Dżemowe oczka – ciasteczka „Thumbprint”

Okres przedbożonarodzeniowy to taki czas, kiedy najlepiej piecze się właśnie ciasteczka, stąd dziś kolejna propozycja: „Thumbprint”, czyli po prostu dżemowe oczka, do wykonania dla każdego, bo nie sprawiają absolutnie żadnych kłopotów – wystarczy po prostu wrzucić składniki do miski, połączyć, schłodzić i formować kulki z dziurką na kształt klusek śląskich, którą można wypełnić rozmaitymi smakami. Tym, co wyróżnia je od innych wypieków jest ponadprzeciętna kruchość; są wręcz sypkie, piaskowe, finezyjne, ale w tym właśnie ich urok ;)

Przepis na dżemowe oczka – ciasteczka „Thumbprint” (35 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 110 g mąki pszennej (tortowej)
  • 110 g migdałów lub orzechów laskowych (zmielonych)
  • 1/3 szklanki cukru pudru
  • 125 g masła (zimnego)
  • 1 żółtko
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Dodatkowo:

  • gęsty dżem (do wypełnienia ciastek)

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki wrzucić do miski, zagnieść z nich ciasto, uformować kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić przez 1h w lodówce.

Po tym czasie z ciasta odrywać niewielkie kawałki, kształtować z nich kulki, układać na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i na środku każdej wykonać palcem wgłębienie, które należy wypełnić gęstym (chodzi o to, by nie wypłynął w trakcie pieczenia), ulubionym dżemem.

Piec około 13-15 minut, w temperaturze 170°C (do lekkiego zarumienienia)

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Miękkie ciasteczka pomarańczowe

Marzenie z dzieciństwa, czyli pierwszy dzień grudnia rozpoczynający intensywne opady śniegu spełnione. Tylko, że ja już nie jestem dzieckiem, stąd wolałabym jej łagodniejszy przebieg, a przynajmniej brak tego wstrętnie mroźnego wiatru. Wiadomo: z okna każdy lubi, gorzej, gdy życie obowiązkami nakłania do wyjścia na zewnątrz i przedzierania przez zawieruchę. Ale po powrocie można sobie ten ziąb przyjemnie zrekompensować, piekąc przepyszne, mięciutkie, pachnące świętami, bo na bazie soczystej pomarańczy, uroczo postrzępione ciasteczka, obtoczone w grubej warstwie cukru pudru ;)

Przepis na miękkie ciasteczka pomarańczowe (20 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

  • 350 g (lub 400 g ) mąki pszennej (tortowej)
  • 70 g cukru
  • 80 g masła (miękkiego)
  • 100 g białej czekolady (posiekanej)
  • 1 jajko
  • 1 duża, soczysta pomarańcza (a z niej zarówno otarta skórka jak i wyciśnięty sok)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Dodatkowo:

  • cukier puder (do obtoczenia)

Sposób przygotowania:

*autorka sugeruje miksowanie poszczególnych produktów, ale ja połączyłam wszystkie naraz i wszystko wyszło idealnie ;)

Wszystkie składniki wrzucić do miski i wyrobić z nich ciasto (początkowo wsypać 350 g mąki) – powinno być delikatne i miękkie, ale zbytnio nie kleić się do rąk, bo jeśli się tak dzieje, to należy wsypać dodatkowe 50 g mąki (wszystko zależy od wielkości i soczystości pomarańczy).

Z powstałej masy odrywać trochę większe niż orzech włoski fragmenty i układać je postrzępioną od odrywania stroną do góry na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce.

Piec około 12-13 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Ciastka wyjąć kiedy są jeszcze jasne, bo to zagwarantuje im wspaniale miękki środek – nie wolno im się zarumienić.

Wystudzone obtoczyć w cukrze pudrze.

 

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Ludzie muszą sami chcieć zapomnieć i w końcu pójść dalej, pierwszy krok należy do nich, a motywacja musi się zrodzić w nich” – „Bezpieczna przystań” w reż. Lasse’a Hallströma + szarlotkowy drink

Chłodny wicher w oddali rozpaczliwie zawodzi. Pan samotnie siedzący na krawężniku,  postukując zdartą cholewą, śpiewa pieśń o nieszczęśliwej miłości. Szczątkowe trawy przymarzły do utwardzonej mrozem ziemi. Pałąkowate gałęzie wstydzą się własnej nagości. Jasnobrązowe wróble pochowały się w roztropnie wypatrzonych dziurach. Dziewczynka zacięcie kopie kamień, upychając w pamięci niemiłe zdarzenia. Stara cyganka, dźwięcząc cienkimi bransoletami, obiecuje z dłoni wyczytać przyszłość. Kruszą się wyblakłe mury pobliskiej kamienicy, gdzie w jednym z mieszkań ciepła zupa ląduje w poszczerbionym talerzu. Czarna herbata rozmiękcza kęs suchego ciasta. Pomarszczona dłoń gładzi równie pomarszczony policzek, zachowując błysk wspomnień w zamglonym wiekiem oku. Bez słów i słowami, gestem, uśmiechem, tkliwą łzą cieszą się, że to życie należało do nich, więc uczynili je najlepszym z możliwych, podczas gdy inni, znudzeni sobą i wspólną codziennością zgotowali prawdziwy koszmar, pomijając, że robili to dla siebie.

Kieliszki wzniesione w prywatnym toaście zwieńczonym cichym brzęknięciem, by tę relację tworzyć piękną i nigdy nawzajem nie zapominać o sobie. Cynamonowy posmak subtelnie palącej szarlotki przyjemnie rozpływa się po podniebieniu. Na ekranie film o tym, że warto pielęgnować, nie popadając w obłęd, że toksyczne więzy nie wychodzą na dobre, ale chwila namysłu, otrząśnięcie pokrzepione odwagą, porzucenie przeszłości, wyplątanie z kłamstw, mądre wybory, czułość i wzajemny szacunek zostają nagrodzone, czyli „Bezpieczna przystań” w reż. Lasse’a Hallströma na podstawie książki Nicholasa Sparksa.

Pewnego dnia w malowniczym nadmorskim miasteczku Southport pojawia się piękna, osnuta tajemnicą Kate Feldman (Julianne Hough), która dość szybko zatrudnia się w znajdującej nieopodal plaży restauracji „U Ivana”. Kobieta lokuje się w ustronnym domku, gdzie wiedzie samotne życie, ale nie wygląda na to, by chciała tę sytuację zmienić, ponieważ raczej nie wyraża chęci do zawierania nowych znajomości (co nie oznacza, że jest niesympatyczna, bardziej wycofana towarzysko). Jedyna osoba, jaka czasem ją odwiedza to równie enigmatyczna Jo (Combie Smulders), zaświadczająca, iż przyjechała tutaj w poszukiwaniu wyciszenia. Krąg znajomych poszerza się z chwilą, gdy postanawia odmalować pokój, w efekcie wybiera się do sklepu, by zakupić farbę. Tam poznaje właściciela – młodego wdowca Alexa (Josh Duhamel), na co dzień zajmującego się dwójką swoich dzieci: Lexie (Mimi kirkland) oraz Joshem (Noah Lomax). Mężczyzna w delikatny sposób zabiega o względy, ale ta atrakcyjna, małomówna kobieta niestety nie ma ochoty na uczuciowe zaangażowanie. Jednak serdeczność, niewymuszone ciepło, szczerość, uczynność, osobisty urok sprawiają, że coraz chętniej spędza z nim czas, a tym, co szczególnie ją urzeka jest stworzone przez niego poczucie bezpieczeństwa. A gdy już zyskuje zaufanie i zakochują się w sobie, przykra rzeczywistość, o której z całych sił chciała zapomnieć powraca w postaci listu gończego, gdzie jest podana za niebezpieczną morderczynię, z jej wizerunkiem, także autentycznym imieniem i nazwiskiem: Erin Tierney - został nielegalnie wypuszczony przez policjanta Kevina (David Lyons), będącego jednocześnie jej mężem, od którego, po uprzedniej zmianie wizerunku, uciekła, bowiem znęcał się nad nią zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Alex początkowo ma do niej żal, że nie powiedziała mu prawdy, ale gdy oprawca przybywa na miejsce i chce ją skrzywdzić heroicznie staje w jej obronie, tym samym uświadamiając i sobie i Erin ile dla niego znaczy. W związku z podjętą decyzją wręcza jej list od zmarłej żony, który tamta przed śmiercią napisała do przyszłej partnerki swojego męża w nadziei, że trafi jeszcze na kobietę, którą autentycznie pokocha i znowu będzie szczęśliwy. Erin czyta go z przejęciem, a gdy zerka na zdjęcie uzmysławia sobie, że jego żoną była… Jo.

„Bezpieczna przystań” to produkcja, którą ogląda się z przyjemnością, bez poczucia znużenia. Jest tu i romans i wątek kryminalny, a sama fabuła zgrabnie upływa na miłych rozmowach zabarwionych dojrzałym flirtem, jak to zazwyczaj bywa, przełamanym troskami. Znajdzie się miejsce na wzruszenie oraz złość, na niezgodę i refleksje, a wszystko to na tle ujmujących krajobrazów. Jedyna rzecz, która mi się nie podoba to tak naoczna obecność zmarłej osoby tu i teraz, co niestety zalatuje fikcją, ale mimo wszystko, nawet jak ktoś uzna, że prostota czy przewidywalność, to nic, niech to nie zraża, bo życie składa się z banałów, tylko my czynimy je tak bardzo skomplikowanym.

źródło ilustracji: http://images.tinypic.pl/i/00846/5mvr4i8l39jc.jpg

źródło ilustracji: http://www.cyfraplus.pl/ms_galeria/galeria/42234_1.jpg

źródło ilustracji: http://cdn1.stopklatka.pl/dat/movie/0000000067/0000067786/g-9.jpg

źródło ilustracji: http://cineman.as.e54-po.insyscd.net/vod/photos/PL/8239d7cb4d-p1823jhcll1nhl15521hefp0uslr1M_001_23607rV1.jpg

źródło ilustracji: http://img2.gofilm.pl/upload/album_1568/8a011fbec1798698048e05f43100c579.jpg

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/ph/18/30/651830/373470.1.jpg

źródło ilustracji: http://4.bp.blogspot.com/-OTTKHL9p1cs/Ue-x7tT2xRI/AAAAAAAAMHY/i3MqJcXKXvY/s1600/safe-haven-julianne-hough-josh-duhamel1.jpg

A szarlotkowy drink, który pysznie towarzyszył Nam w trakcie seansu, to nic innego jak połączony w dowolnych proporcjach sok jabłkowy z wódką, mieszany laską cynamonu ;)

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Musimy ponosić odpowiedzialność za własne decyzje – to właśnie jest odwaga” – „Światło między oceanami” w reż. Dereka Cianfrance’a

Wczesny wieczór. Zza wzorzystej firanki obserwuję przestrzeń przysłoniętą ciemnoszarym tiulem. Czarne kruki prostują skrzydła, dostojnie spacerując po małomiejskich chodnikach; tam i z powrotem, rozważając o istocie świata, nagłych zmianach pogody i co się z tym wiąże. Głęboko zamyślona, z wzrokiem wbitym bezwiednie prosto przed siebie, odstaną w plastikowej butelce wodą podlewam storczyka, fiołka alpejskiego, wrzos i campanule. Wygładzam zmarszczenia na kocu powstałe przez kopnięcia psich łapek podczas tylko im znającej sens zabawy. Poprawiam poduszki, by stały pod odpowiednim kątem. Jedną ręką domykam delikatnie wysuniętą szufladę, podczas gdy drugą ścieram kurz z materiałowej lampki nocnej. Chowam sztućce, szklanki, kieliszki, talerze i kwieciste filiżanki, chowam smutki i radości, marzenia, frustracje, przeszłość i przyszłość, portfel, szczotkę, klucze i wychodzę. Stukam obcasami stuk-stuk. Chłodny wiatr rozwiewa rozczesane włosy. Przyjazny uśmiech. Trzask samochodowych drzwi.

Wkraczamy w damskim gronie tam, gdzie pachnie kawą, a harmider pozwala mówić głośniej i swobodniej niż wypada w zacisznych miejscach. Historie zupełnie banalne i te najbardziej górnolotne. Czas mija szybciej niż powinien, bo już strzepujemy z płaszczów niechciany pył, jadąc na górę karbowanymi schodami.

Sala niemalże pusta, prawie intymna; taka do szeptów, tęsknot, chwilowych euforii, sekretów, grzechów, tajemnych nienawiści i decyzji – nie zawsze odpowiednich, naznaczających tych, którzy zdecydowali i tych, za których zdecydowano, niosących rezultaty przyjemne i nie, długotrwałe i przejściowe. I o tym właśnie ten film, oparty na powieści pisarki M.L. Stedman, wyreżyserowany przez Dereka Cianfrance’a: „Światło między oceanami”.

Gdy były australijski żołnierz,  Tom Sherbourne (Michael Fassbender), schodzi z wojennego frontu chce tylko jednego: ŚWIĘTEGO SPOKOJU, który, jak początkowo uważa, zapewni mu przyjęcie posady latarnika na odległej wyspie Janus. Tam, otoczony niezgłębionym oceanem, skalistą scenerią, pociągniętą kępkami dzikich traw, nocą kołysany dźwiękiem uderzających fal i ponurych świstów stara się poukładać wszystko od nowa, wyciszyć, wymazując z pamięci koszmarne wspomnienia. Kiedy psychicznie zaczyna wychodzić na prostą pojawia się chęć korespondencji z przepiękną, młodziutką Isabelą Graysmark (Alicia Vikander), którą poznał w trakcie służbowych wizyt na pobliskim lądzie. Dziewczyna zarówno urzeka go, jak i na nowo zaraża otwartością, spontanicznością, typową dla jej wieku beztroską i apetytem na życie, czym doprowadza to tego, że błyskawicznie biorą ślub i przeprowadzają się na czarujące pustkowie. Małżeństwo żarliwie oczekuje potomka, ale rozradowanie zamienia się w rozpacz, bowiem jego donoszenie z jakichś przyczyn jest niemożliwe. Kobieta po utracie drugiego dziecka pogrąża się w depresji. Nagle zdarza się cud, będący też początkiem i moralnego i indywidualnego i społecznego dramatu: do wybrzeży dobija łódka, gdzie znajdują się zwłoki mężczyzny oraz zapłakane niemowlę. Isabel namawia męża do zatrzymania dziewczynki, jednak on, rozdarty pomiędzy sumieniem opartym na zasadzie uczciwości, ukojeniem rozżalonej małżonki a realizacją własnych dążeń od początku nie jest pewny, mimo wszystko w końcu decyduje się na zatajenie tej informacji, ukrycie ciała i odchowania Lucy (Florence Clery) jako swojej córki (tym bardziej, że o drugim poronieniu jeszcze nikt nie wie). Po kilku latach tę rodzinną idyllę przerywa przypadkowe ujrzenie pochylającej się nad grobem Hannah Roennfeldt (Rachel Weisz), która okazuje się wdową po zaginiętym mężu (był nietolerowanym przez miejscowych, przez wzgląd na pochodzenie, Niemcem, stąd kiedyś, w obawie o siebie i pociechę wskoczył z nią do łódki, a ponieważ chorował na serce prawdopodobnie dostał zawału) i biologiczną matką Grace. W Tomie odżywają przytłumione samolubnym i wymuszonym przez Isabel szczęściem wyrzuty sumienia, więc stara się anonimowo poinformować kobietę, że jej córka żyje i ma się dobrze. Tymczasem ta, będąca córką tutejszego bogacza, postanawia za wszelką cenę odnaleźć dziecko. Kilka połączonych wycinków, faktów, przypadków i w walce o sprawiedliwość do małżonków przybywa szalupa z sierżantem i posterunkowym, przed wejściem na którą mężczyzna mówi rozgoryczonej żonie, iż całą winę weźmie na siebie, z kolei ona początkowo się na to zgadza, zwłaszcza, że ma do niego okropne pretensje. Proces zbliża się wielkimi krokami, Lucy-Grace nie chce mieszkać z obcą jej kobietą, ta jest tym zmęczona, sfrustrowana, ale też pełna nadziei oraz wdzięczności wobec tych, którzy ją uratowali, Tom milczy, chcąc chronić żonę i mając poczucie, że uczynił dobrze, Isabel z jednej strony go nienawidzi a z drugiej kocha – burzliwa mieszanka emocjonalna na chłodno rozpatrywana przez jego teściów, którzy tłumaczą córce, że to przecież jej mąż, że porwał się z motyką na słońce, chciwie żądając ich pomyślności, ale tej niestety nie da się zbudować na czyimś nieszczęściu, więc trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje, bo właśnie to świadczy o ogromnej odwadze i wrażliwości. W konsekwencji Isabel przyznaje się, że to był jej pomysł, Hannah w wyrazach wdzięczności prosi o ich ułaskawienie, dostają niewielką karę, prawdopodobnie prowadzą udane życie, które jako pierwsza kończy Isabel, pozostawiając list dla Lucy, która już jako dorosła kobieta odnajduje Toma, by samodzielnie podziękować mu za ocalenie życia.

„Światło między oceanami” to słodko-gorzka historia kobiety i mężczyzny zakochanych w sobie tak bardzo, że ogólne morale stają się mniej wartościowe od tych własnych. On spragniony jej szczęścia, ona łaknąca tym szczęściem dodatkowo obdarzyć maleńką istotę, która uzupełni brakujący element sielankowego obrazka. Jest więc romans nacechowany masą rozmaitych uczuć, które zwykle, gdy całkowicie ogarniają umysł, bywają zwodnicze, zamieniając go w dramat, bo egoistycznie podjęte decyzje pociąga za sobą szereg tragicznych konsekwencji – i naprawdę silny okazuje się ten, który lojalnie potrafi to poskromić. Tutaj szlachetność wygrała, czyniąc ową ekranizację na tle zjawiskowych krajobrazów autentycznie wzruszającą i pouczającą.

Szczerze polecam ;)

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/96/76/719676/7748993.6.jpg

źródło ilustracji: http://cityfun24.pl/file/gig/897/960/f248dd0b-4512-4811-a2e8-fea7b4499da0.jpg

źródło ilustracji: http://i.iplsc.com/-/0005WHAS16VTKD4I-C122.jpg

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2016/11/swiatlo_2.jpg

źródło ilustracji: http://moviesroom.pl/images/kwiecien-maj2016/keprowski/%C5%9Awiat%C5%82o_mi%C4%99dzy_oceanami/%C5%9Awiat%C5%82o_mi%C4%99dzy_oceanami_1.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Tort czekoladowy z malinami

Oderwałam się na chwilę od książki, którą obecnie czytam, zagarnęłam ze sobą kubek kawy i przyszłam tu, by wstawić przepis na piętrowy tort, którego podstawę stanowią dość ciężkie, kleiste, mocno kakaowe blaty przełożone jedwabistym musem czekoladowym i świeżymi malinami.

Niech dodatek majonezu nikogo nie zraża, bo przecież on sam składa się z jajek oraz oleju, czyli składników zawsze do ciast dodawanych, ale należy pamiętać, że musi być to majonez naprawdę dobry jakościowo, delikatny w smaku, a nie ten typu light.

Przepis podaję za autorką, bo ja wykonałam mniejsze blaty (u mnie było to: 20cm, 15cm i 10cm), więc w oryginale ciasto jest jeszcze wyższe ;)

Przepis na Tort czekoladowy z malinami (tortownice o średnicy:  25cm, 20cm i 15cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Blat czekoladowy 25cm:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 3/4 szklanki gorzkiego kakao
  • 1 i 1/3 szklanki brązowego cukru
  • 3/4 szklanki majonezu
  • 3/4 szklanki mleka
  • 3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Blat czekoladowy 20cm:

  • 1 szklanka mąki pszennej (tortowej)
  • 0,5 szklanki gorzkiego kakao
  • trochę mniej niż 1 szklanka brązowego cukru
  • 0,5 szklanki majonezu
  • 0,5 szklanki mleka
  • 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Blat czekoladowy 15cm:

  • 0,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/4 szklanki gorzkiego kakao
  • 0,5 szklanki brązowego cukru
  • 1/4 szklanki majonezu
  • 1/4 szklanki mleka
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Mus czekoladowy:

  • 450 ml śmietany 36%
  • 150 g gorzkiej czekolady
  • 2 łyżki cukru pudru

Dodatkowo:

  • 500 g malin (do ozdoby)
  • cukier puder (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Blaty czekoladowe (czynność powtórzyć 3 razy – oddzielnie do każdego blatu):

Kawę zaparzyć we wrzącym mleku, ostudzić.

W misce, przy pomocy rózgi kuchennej, wymieszać: majonez, ostudzoną kawę i brązowy cukier. Do gładkiej mieszanki wsypać mąkę przesianą z gorzkim kakao oraz sodą oczyszczoną – wymieszać ręcznie, rózgą, do dokładnego połączenia się składników (powinna powstać gęsta, jednolita masa).

Gotowe ciasto przelać do tortownicy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec w temperaturze 170°C zależności od wielkości tortownicy:

25 cm. około 40 minut

20cm. około 35 minut

15cm. około 30 minut

Wyjąć z piekarnika. Wystudzić.

Mus czekoladowy (TRZEBA PRZYGOTOWAĆ DZIEŃ WCZEŚNIEJ):

W małym garnuszku podgrzać śmietanę z cukrem pudrem do wrzenia, następnie wrzucić do niej połamaną gorzką czekoladę, na chwilę odstawić i wymieszać do połączenia i powstania gładkiego sosu. Wystudzić i schłodzić w lodówce przez minimum 12h. Po upływie tego czasu ubić do otrzymania gęstego czekoladowego musu.

Wykonanie:

Poszczególne blaty tortu układać na sobie, zaczynając od największego, przekładając je kremem czekoladowym i malinami. Z wierzchu oprószyć cukrem pudrem.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Piętrowe ciasto Siostry Anastazji: Marysieńka

Siostra Anastazja słynie ze wspaniałych wypieków, zwłaszcza tych wysokich, piętrowych, przełożonych duża ilością rozmaitych mas. Ja z jej przepisów upiekłam tylko kruche słoneczka z kokosem (przepis TU), stąd muszę powoli zacząć nadrabiać zaległości ;) A, że za oknem typowo jesienne pogoda, to wybór padł na Marysieńkę, czyli kakaowy biszkopt nasączony likierem kawowym przełożony 2 warstwami kremu budyniowo-maślanego, pomiędzy którym znajduje się chrupiąca beza nafaszerowana orzechami. Ta pyszna, rozpływająca się w ustach całość jest z wierzchu oblana czekoladowym ganache i ozdobiona orzechami pekan. Istna feeria smaków i zapachów ;)

Przepis na Marysieńkę (blacha o wymiarach 28x36cm ) (Przepis pochodzi od Siostry Anastazji, ze zmianami Pani Doroty z Moich Wypieków)

Składniki:

Kakaowy biszkopt:

  • 140 g mąki pszennej (tortowej)
  • 50 g gorzkiego kakao
  • 1 szklanka cukru
  • 7 dużych jajek (białka i żółtka osobno)
  • szczypta soli

Blat orzechowo-bezowy:

  • 5 dużych białek
  • 200 g cukru
  • 250 g orzechów włoskich (użyłam ziemnych)
  • 1 łyżka mąki pszennej (tortowej)
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

Krem budyniowo-maślany:

  • 500 ml mleka
  • 5 dużych żółtek
  • 200 g cukru
  • 16 g cukru waniliowego
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 200 g masła (miękkiego)

Polewa czekoladowa:

  • 80 g gorzkiej czekolady
  • 80 ml śmietany 30%

Dodatkowo:

  • likier kawowy (do nasączenia)
  • orzechy pekan (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

Kakaowy biszkopt:

Białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, po czym powoli, łyżka po łyżce, cały czas mieszając, wsypywać cukier. Następnie dodawać po kolei żółtka. Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z gorzkim kakao – wymieszać ręcznie (szpatułką).

Ciasto wlać do wyłożonej papierem do pieczenia formy.

Piec około 30-35 minut, w temperaturze 160-170°C (wstawiać do nagrzanego piekarnika)

Wyjąć. Wystudzić. Przekroić na dwa blaty.

Blat orzechowo-bezowy:

Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodawać partiami cukier, aż do powstania gęstej i błyszczącej masy bezowej. Dodać posiekane orzechy, mąkę i proszek do pieczenia – wymieszać delikatnie, tylko do połączenia.

Masę wlać do wyłożonej papierem do pieczenia formy. Wyrównać.

Piec około 30-40 minut, w temperaturze 175°C (wstawiać do nagrzanego piekarnika)

Wyjąć. Wystudzić.

Krem budyniowo-maślany:

W większym garnku zagotować mleko z cukrem waniliowym. Doprowadzić do wrzenia i zdjąć z palnika.

Żółtka utrzeć z cukrem do jasnożółtej, gęstej masy, wsypać mąkę ziemniaczaną i zmiksować do uzyskania gładkiej pasty, do której należy wlać 100 ml wrzącego mleka – zmiksować do połączenia.

Gotową pastę jajeczną wlać do reszty zagotowanego mleka, dokładnie wymieszać i zagotować, często mieszając, aż do uzyskania konsystencji budyniu. Wystudzić.

Chłodny budyń zmiksować z miękkim masłem.

Wykonanie:

Pierwszy blat kakaowy nasączyć likierem kawowym, posmarować połową kremu budyniowo-maślanego, położyć blat orzechowo-bezowy, na którym należy rozprowadzić pozostały krem, po czym przykryć go drugim blatem biszkoptowym, nasączyć likierem, z wierzchu oblać polewą czekoladową i przyozdobić orzechami pekan.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Istnieje granica, poza którą nie można posuwać wiary w ukryte dobro w innym człowieku” – „Gdy była porządną dziewczyną” autorstwa Philipa Rotha

Każdy ma subiektywne oraz obiektywne wyobrażenie o ludziach i o świecie, stąd ciężko jednoznacznie stwierdzić, które przeważa, czy wedle którego stara się egzystować; wszystko zależy od osobowości, przemyśleń, osobistego bagażu, miejsca, czasu, wieku, może nawet środowiska, a w nim wpojonych zasad. Wszak jedno wydaje się być pewne: w dzieciństwie ten obraz jest bardziej kolorowy, abstrakcyjny, czysty, bo mniej refleksyjny, ubogi w doświadczenia, nacechowany sporą dawką pragnień i nadziei; tam trawa jest zielona, niebo niebieskie, ból kolana łagodzi pocałunek, a na dziury naszywa się łaty – dopiero z czasem człowiek dowiaduje się, że szarość ma wiele odcieni, że bolącą duszę wcale nie tak łatwo uleczyć, a ta naklejona łata to blizna, pod którą znajduje się stale rozdrapywana mentalnymi powrotami do przeszłości rana. I jak zwykle prościej na co dzień ma ten, który otrzepie nogawki i pójdzie dalej, po drodze modyfikując ten wymarzony zarys, ale jak to bywa istnieją nie tylko tacy, ale i ci, którzy nie potrafią się dostosować, zrozumieć, zmienić, których rozczarowania nie hartują, lecz załamują, którzy nie przyjmują innej wizji niż ta nadrzeczywista, bo tacy po prostu są, że idealnie by chcieli, nieskazitelnie, z kilogramami miłosierdzia podszytego naiwnością, bo jak to tak brutalnie, jeśli mogłoby być tak pięknie? Mogłoby, ale nie jest.

Takie też przewyborne fantasmagorie kreśli w swoim umyśle główna bohaterka dramatu psychologicznego na tle obyczajowo-społecznym amerykańskiego drobnomieszczaństwa, mianowicie „Gdy była porządną dziewczyną” autorstwa Philipa Rotha (której historię poznawałam popijając migdałowe cappuccino i chrupiąc amarantusowe sezamki). A chodzi o Lucy Nelson, córkę Bielasa (Duane Nelson) i Myry, którzy kompletnie nie potrafią odnaleźć się w roli rodziców, bowiem ojciec to kłamca, pijak, złodziej, z ciężką łapą lądującą na łatwowiernej, nieśmiałej oraz niesamowicie biernej żonie, jakiekolwiek niepowodzenia zrzucający na fakt, że w wyniku kryzysu gospodarczego musiał zrezygnować z posady elektryka i przeprowadzić się do teściów, będących zresztą naprawdę ciepłymi, zaradnymi (Willard Carroll wywodził się z dość prostej, nawet prymitywnej rodziny, miał również upośledzoną siostrę Ginny i od zawsze chciał żyć jak „człowiek cywilizowany”, toteż własnymi siłami dorobił się posady zastępcy naczelnika poczty w Liberty Center, gdzie wybudował dom, w którym zamieszkał wraz z ukochaną Bertą) wyrozumiałymi, troskliwymi, ale niestety zbyt bezkrytycznymi ludźmi, zatem nie stać ich na konstruktywne, dosadne słowa i kroki względem najbliższych, w których zmianę na lepsze nieustannie wierzą. Lucy jest zakompleksioną (Miała taką kwadratową, taką nieciekawą twarz (…) Zadarty nos nie jest właściwie brzydki, tylko że jej nos był za gruby w miejscu, w którym zadzierał się do góry. I szczękę również miała za grubą, jak na dziewczynę w każdym razie. Włosy jej były białawożółte, wiedziała, że grzywka nie pomaga na jej  kwadratowy kształt twarzy, ale kiedy podnosiła grzywkę, jak w tej chwili, ukazywało się zbyt kościste czoło. Oczy są przynajmniej dobre… ale byłyby dobre na innej twarzy), niezwykle dojrzałą dziewczynką, skrupulatnie obserwującą, mimo to niemądrze kreującą doskonały wizerunek życia, które niestety w przykry sposób zaskakuje, bo przecież rówieśnicy widzą, że tata przesiaduje w spelunach, mama od jej znajomych bezwstydnie pobiera pieniądze za naukę gry na fortepianie, dodatkowo mieszkają u dziadków, czyli nie mają ani wystarczającej ilości pieniędzy, ani swojego domu, w efekcie nie ma przyjaciół (wyjątkiem jest epizod z fanatycznie uduchowioną, ślepo zapatrzoną w księdza Damroscha i św. Tereskę Kitty Egan oraz chwilowe uczestnictwo w kursie umuzykalnienia pod kierownictwem pana Valerio), co potęguje bunt, oschłość, skrytość i nieprzystępność. Lucy marzy o dostaniu się na Uniwersytet Fort Kean, bo to umożliwi jej jak najszybszą przeprowadzkę, ale znajomość ze starszym kuzynem obrzydliwie bogatej, przelotnej psiapsióły Ellie Sowerby skrzętnie te plany niszczy. Bo Roy Bassart, czyli niespełniony malarz, mający za sobą zaszczytną służbę wojskową, często bywający u snobistycznego wujostwa (z grubiańskim wujem Julianem na czele), uwodzi młodą fantastkę do tego stopnia, że rodzi im się syn Edward. Poważne obowiązki, problemy, błyskawiczny kurs dojrzałości, wymóg ustatkowania i wzięcia odpowiedzialności za nowe życie doprowadzają do potwornej tragedii. A jakiej? Przekonajcie się sami.

„Gdy była porządną dziewczyną” to obowiązkowa pozycja dla tych, którzy uparcie wierzą w sprawiedliwość, moralność oraz to, że można zmienić innych, tym samym czyniąc świat na wzór własnych imaginacji IDEALNYM, w zderzeniu z brutalną powszedniością i ludzkim okrucieństwem, pokazująca przykre konsekwencje nie tylko owego marzycielstwa, ale też w nim całkowitego nieprzejednania.

Kiedy czytałam tę książkę to od razu skojarzyła mi się z utworem Czesława Miłosza „Nadzieja”, pochodzącym z cyklu „Poema naiwne”:

Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
Że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.

Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
Myślą, że kiedy człowiek się odwróci,
Cały świat za nim zaraz być przestaje,
Jakby porwały go ręce złodziei.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Nadszedł czas na… pierniczki – przepis na tradycyjne niemieckie Lebkuchen

Święta Bożego Narodzenia to istny konglomerat smaków, brokatów, tasiemek, łańcuchów choinkowych, wykrochmalonych obrusów, okien wyczyszczonych na błysk, raz do roku wyciąganej zastawy (chyba, że ta sama króluje w trakcie Wielkanocy), domniemanej bliskości, radości, tłoku w sklepach, szału prezentów, zwierząt mówiących ludzkim głosem, przyjemnych dla ucha piosenek, rozświetlonych miast, okolicznościowych filmów, magii serc i wspomnień oraz aromatów, bowiem pachną lasem, przyprawami korzennymi (imbir, cynamon, gałka muszkatołowa), miodem, zupą grzybową, kapustą, mandarynkami i oczywiście pierniczkami, o których trzeba pomyśleć wcześniej, by dać im trochę czasu na słodkie leżakowanie ;)

Były już tutaj te nadziane różaną marmoladą (przepis TU) i te robione na ostatnią chwilę (przepis TU), z kolei w tym roku postawiłam na LEBKUCHEN, czyli tradycyjne niemieckie pierniczki uznane za jedne z najlepszych na świecie: okrągłe, bardzo puszyste, z całą masą kandyzowanej skórki, z wierzchu oblane lukrem i nie potrzebujące wiele czasu do tego, by stać się naprawdę mięciutkie ;)

Przepis na Lebkuchen – tradycyjne niemieckie pierniczki (30 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 250 g mąki pszennej (tortowej)
  • 85 g migdałów (zmielonych)
  • 85 g masła
  • 200 ml płynnego miodu
  • 0,5 szklanki drobno posiekanej kandyzowanej skórki pomarańczowej oraz cytrynowej
  • 3 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Lukier:

  • 2 szklanki cukru pudru
  • kilka łyżek gorącej wody

Sposób przygotowania:

Mąkę, zmielone migdały, przyprawę do piernika, cynamon, sodę i proszek wymieszać w misce.

W garnku z grubym dnem umieścić miód oraz masło – podgrzewać do momentu rozpuszczenia masła.

Lekko wystudzoną, ale wciąż ciepłą masę miodowo-maślaną wlać do suchych składników, dodać kandyzowane owoce i wymieszać (można mikserem). Ciasto powinno wyjść dość lepiące, więc nie należy dosypywać mąki. Odstawić do całkowitego wystudzenia.

Z chłodnego ciasta formować kulki wielkości niedużego orzecha włoskiego i w dość dużych odstępach układać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec 15 minut, w temperaturze 180°C (nie dłużej, ponieważ staną się zbyt kruche i twarde).

Wyjąć i przez kilka minut nie zdejmować z blaszki, ponieważ początkowo pierniczki są bardzo miękkie, następnie przenieść je na kratkę lub po prostu talerz, a gdy będą już chłodne polukrować (cukier puder wsypać do miseczki i łyżka po łyżce, dokładnie mieszając, dolewać gorącą wodę do momentu aż lukier uzyska oczekiwaną konsystencję; nie może być za gęsty, musi być lejący).

Zamknąć w puszce lub szczelnym pojemniku.

*jeśli jednak zdarzyłoby się, że nie zmiękły, to trzeba włożyć do nich fragmenty jabłka, z których pochłoną wilgoć (pamiętając o ich zmienianiu, by nie zaczęły pleśnieć)

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Na słodkie popołudnie: mini serniczki Oreo

Bardzo szybkie w przygotowaniu, bardzo smaczne i naprawdę urocze mini serniczki z popularnymi ciastkami Oreo (kiedyś upiekłam też z ich udziałem tort – przepis TUTAJ) do wykonania jeszcze dziś. Spód to po prostu ciasteczko, a masa wymaga tylko wymieszania składników. Idealny dodatek do filiżanki kawy i miłej rozmowy ;)

Przepis na mini serniczki Oreo (15-18 sztuk; w zależności od wielkości papilotek) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Spód:

  • 15-18 ciastek Oreo

Masa serowa:

  • 500 g twarogu półtłustego (3krotnie zmielonego)
  • 6 rozkruszonych ciastek Oreo
  • 0,5 szklanki cukru
  • 0,5 szklanki śmietany 18%
  • 0,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 jajko
  • 1 białko
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Sposób przygotowania:

Na spód każdej papilotki położyć ciastko Oreo, które należy przykryć masą serową (powstałą z połączenia wszystkich składników).

Piec około 25-30 minut, w temperaturze 160°C (masa serowa powinna być całkowicie ścięta z wierzchu).

Wyjąć. Schłodzić w lodówce.

Można podawać z bitą śmietaną, polewą czekoladową lub po prostu z wierzchu pokruszone ciastkami.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wspaniałe muffiny cukiniowo-nutellowe

Cukinia to typowo jesienne warzywo, a że jesień jeszcze trwa, to trzeba ją jakoś przyjemnie spożytkować, by umilić sobie dzisiejszy deszczowy dzień ;) Ponoć humor poprawia czekolada, więc i jej tutaj nie zabraknie. Cukinia + Nutella? Brzmi dziwnie? Może tak, ale pasuje idealnie, bo zaskakuje przepysznym smakiem, puchatością, wilgotnością oraz miękkością. Robi się je tak szybko, że nim się zacznie, to one już wyskakują z piekarnika ;)

Przepis na muffiny cukiniowo-nutellowe (12 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1 szklanka startej ze skórką cukinii (najlepiej małej, bo są najsłodsze)
  • 3/4 szklanki cukru
  • 0,5 szklanki oleju słonecznikowego
  • 0,5 szklanki maślanki
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka soku wyciśniętego z cytryny
  • 0,5 łyżeczki cynamonu
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 12 łyżeczek Nutelli

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki (oprócz Nutelli) umieścić w misce i wymieszać aż do połączenia.

Powstałym ciastem wypełnić papilotki do muffinów do 3/4 wysokości.

Na wierzch każdej muffinki nałożyć łyżeczkę Nutelli i wykałaczką porobić „esy floresy”.

Piec około 25-30 minut, w temperaturze 180°C

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj