Uwaga, Uwaga: NOWY ADRES BLOGA

W związku z tym, że platforma blog.pl wkrótce zostanie zamknięta zmieniłam adres bloga i od dnia dzisiejszego funkcjonuję tutaj:

www.blacklady.cba.pl 

ZAPRASZAM! :)

Opublikowano Wszystkie wpisy | Skomentuj

Nowy Rok – Stara Ja…

Wraz z nadejściem Nowego Roku dostrzegam wzmożone tendencje do planowania, podsumowywania, wypisywania celów, zamiarów, potęgowania marzeń, wklejania obrazków z motywującymi hasłami, zakupywania notatników, by móc to wszystko gdzieś pomieścić, usystematyzować, nie zapomnień, krótko: do biczowania za rok miniony i postanowienia poprawy w tym świeżym, jeszcze nieuszkodzonym.

Ja nie mam takiej potrzeby, w zasadzie to z czterech naczelnych powodów (i kilku bardziej trywialnych): PO PIERWSZE (i najważniejsze) wiem, że trzeba do czegoś dążyć, spełniać się, itd., ale… jeśli życie chce coś spaprać (zwykle w tych kluczowych kwestiach), to i tak zrobi swoje, tym samym, pokrzyżuje moje zamiary, z szyderczym smutkiem udowadniając, że jasne, oczywiście mogę sobie obmyślać, niemniej jednak apokaliptyczne Fatum, manifestując mocarność własnej pozycji, może to wszystko rozmyć jednym splunięciem, pokazać mi i moim aspiracjom środkowy palec, PO DRUGIE (co wiąże się z pierwszym) nie mogę zbyt beztrosko wybiegać w przyszłość, ponieważ nie mam pojęcia ile ona będzie trwała (nawiasem; czas jest dla mnie pojęciem względnym to raz, a dwa, że nie mam ochoty się z nim ścigać), PO TRZECIE to zwyczajnie nic nie lubię sobie obiecywać, a PO CZWARTE (co z kolei wiąże się z trzecim) nie znoszę czuć na sobie zimnego oddechu presji (wolę zimny podmuch wiatru, ale już niekoniecznie zimny kubeł wody na otrzeźwienie) i w związku z powyższym, co niezaprzeczalnie wynika z dobrze znanej prywatnej konstrukcji psychicznej: w żaden sposób nie będę się łudziła, składała zapisanych zobowiązań, bo mam poczucie, iż zrobię z siebie przed Losem oraz czasem pośmiewisko, a one w każdej chwili, prawem nieuzasadnionego roszczenia, mogą ze mnie i moich mrzonek gorzko zadrwić, wiedząc, że gdzieś tam kończą się moje i świata możliwości.

A ja utrzymuję się na tej powierzchni dlatego, że zawsze, ZAWSZE przyjmuję tę gorszą wersję, bo wolę się miło zaskoczyć niż zawieść; jeśli stanie się to gorsze, to boleśnie się uśmiechnę i będę musiała jakoś dźwignąć, z kolei gdy zakładałabym lepsze, żywiąc się nadzieją (wszak hasła typu nadzieja umiera ostatnia i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych postrzegam jako urojony stek bzdur; jasne, że są rzeczy niemożliwe, a karmienie się kłamstwami szkodzi drastyczną niestrawnością ducha – sama nadzieja ma osobiście podbudowujący urok, lecz bywa zwodnicza), a mimo to dostałabym w imię pokory, otrzeźwienia i NIEWIADOMOCZEGO solidnego kopa w dupsko, to upadłyby wszystkie moje wartości, zapatrywania, fundamenty, a wraz z tym wszystkim ja, a tacy ludzie jak ja grzebią się a nie podnoszą. Ja po prostu nie mam ochoty być naiwna, mydlić sobie oczu – od tego są pozostali, którzy często parszywie starają się to uczynić drugiemu, wobec tego samemu można sobie już darować.

Ponadto nie lubię się zmieniać i nie ma na to wpływu ani miejsce, ani czas, ani towarzystwo, bo zawsze i wszędzie pozostaję samą sobą. Natomiast wiem, że mogę się ulepszać: być lepszą dla siebie oraz dla innych, chociaż mam też świadomość, że nie dla każdego warto tracić swój cenny, krótki czas – czyli nie życzyć gnidzie źle, ale i nie zawracać sobie nią głowy.

Plany więc muszą być realne i takie niezbyt do przodu, takie z krótkim terminem ważności, bym nigdy za bardzo się nie rozczarowała, że chciałam, a jednak nie mogę, zaś marzenia pozostawię w sferze marzeń; niech unoszą mnie ponad tę nędzną ziemię, a nie twardo z nią zderzają.

Ps. Tak, tak, wiem, że przeznaczeniu trzeba pomóc, ale należy to czynić rozumnie, a nie budować zamki na lodzie, bowiem zasadniczy jest dla mnie fakt, iż ja tak naprawdę nie potrzebuję Nowego Roku, by coś zmienić: dla mnie to żaden przełom, żadna granica, przeto przekraczam ją mimowolnie, z przymrużeniem oka, gdzieś pomiędzy kieliszkiem szampana, rozpryskiwaniem brokatowych fajerwerków, a Jego błękitnym spojrzeniem, bo zmieniać mogę się zawsze, potrzebuję tylko siły, chęci i systematyczności, a nie tam żadnego nowego stycznia – na mnie to nie działa.

Ja zatem pozostaję stara, jako że przewartościowuje mnie życie, a nie Nowy Rok.

Za miłość! Za gniew! Za szczęście i siłę w bólu!

Z mocą tego spojrzenia…

… sercem ;)

Opublikowano Wszystkie wpisy, Życie | Skomentuj

Menu sylwestrowe dla Niej i dla Niego: pomidorowa kapuścianka, drożdżowe rogaliki a la pizza, faszerowane łódeczki ziemniaczane, sałatka ze szpinakiem, figami i orzechami oraz drink z Malibu

Noworoczną granicę czasu przekroczyłam z przymrużeniem oka, bo takie momenty nie są dla mnie ani żadnym przełomem, ani symbolem; ot kolejną kartką wydartą z kalendarza, którą chce się samodzielnie zapisać, ale nie zawsze można nią pokierować, bo bywa, że nie ma się na coś wpływu. Nie zakupiłam notesu, nie stworzyłam w nim listy postanowień i nie podsumowałam uprzedniego roku (niby minął, a przeszłość jest tak bliska, że niemal dotykam ją palcami), bo z pewnych mentalnych powodów nie mam tego w zwyczaju, ale słów kilka o tym w następnym wpisie.

Nie wiem czy będzie lepiej, jednak chciałabym, by nie było gorzej, bo wiem, że gorzej zawsze być może, ponieważ nikt nie otrzymał obietnicy na wieczną pomyślność, a szczęście to już raczej kwestia umiejętności doszukania się go w swojej niedużej, odgrodzonej rzeczywistości; mimo wszystko staram się nie ufać nadziei, bo małpa zwodniczo ślubuje, potem ściąga boleśnie na sam dół, w najbardziej ohydne moczary życiowo-psychicznego rozczarowania.

Poziom śniegu osiągnął wartość zero, ale honorowo zastąpiła go baśniowa, niby wełnista, a jednocześnie aksamitna jak krem mgła. Czarna noc miała w sobie magię i zabarwienie Jego błękitnych oczu, na które padał cień z plastikowego gangsterskiego kapelusza (moje z kolei osłaniała i otaczała ażurowa maska, nie mająca absolutnie nic wspólnego z nakładaniem i zmienianiem sytuacyjnych tudzież towarzyskich masek), a kolorowe wybuchy tych wszystkich rakiet, wyrzutni i fontann nie były tak spektakularne jak chociażby 2 lata temu, co w zasadzie i tak nie wywarło na mnie żadnego wrażenia; podejrzewam, że znaczący wpływ ma tutaj ogromne współczucie dla wszelkich kochanych sierściuchów i futrzaków, które kompletnie nie rozumieją tego typu atrakcji, w efekcie, z tego niezrozumienia, popadają w straszliwą histerię (raz, że ich prywatni ludzie powinni wtedy zadbać o podanie im środków uspokajających, a dwa, że tak właściwie to pozostali mogliby zmądrzeć i przejść na pokazy laserowe; a tak w ogóle to najfajniejsze są zimne ognie, bo mają w sobie magię serc oraz przeszłości – emanują takim intymnym pięknem) – ja akurat otrzymałam tę łaskę losu, że moje czworonożne dziewczyny mają te głupie atrakcje głęboko pod ogonami, więc żaden wybuch nie jest w stanie ich strwożyć czy złamać, stąd najedzone i wybiegane, snem spokojnym, kompletnie nieświadomie pojawiły się w roku 2018, nie odczuwając ni żalu, ni różnicy – a wyglądało to jak na poniżej załączonym:

My z kolei cieszyliśmy się tą ciszą i w tej ciszy (pomijając parę eksplozji w tle, na które zerkaliśmy zza kuchennego okna, sącząc schłodzonego, nabąbelkowanego szampana o smaku białej truskawki) sobą, zapominając o czymś takim jak pojęcie czasu (o czym w zasadzie ja i tak raczej nie myślę, uznając go za coś zupełnie względnego), a pośród tych rozmów, spojrzeń i gestów obejrzeliśmy „500 dni miłości” w reż. Marca Webba, mając na stole kilka naprawdę smacznych potraw, drinków i słodkości, których przepisami od serca się podzielę, bo można je przecież przyrządzić nie tylko w Sylwestra ;)

Pomidorowa kapuścianka z ziemniakami i natką pietruszki, czyli syta, rozgrzewająca, jesienno-zimowa, lekko kwaśna (bo z kapusty kiszonej), rzadka (a nie gęsta jak choćby leczo), nie zabielana śmietaną zupa – po przepis zapraszam TUTAJ, bo wedle sumienia każdy zdecyduje w jakiej wersji ją wykona (u mnie wywar warzywny i bio warzywna kostka rosołowa), która była serwowana z…

mięciutkimi, aromatycznymi, solidnie nafaszerowanymi ziołowymi rogalikami drożdżowymi a la pizza (8 sztuk) (przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

Ciasto:

  • 220 g mąki pszennej (tortowej)
  • 125 ml ciepłej wody (około 40°C)
  • 2 łyżki oleju
  • 5 g suchych drożdży
  • 1 pełna łyżeczka cukru
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 1 pełna łyżeczka ziół prowansalskich
  • 3 ząbki czosnku

Farsz:

  • sos pomidorowy (lub koncentrat wymieszany z ziołami prowansalskimi)
  • podsmażone na maśle pieczarki
  • czerwona papryka
  • tarty ser żółty

Sposób przygotowania:

W misce wymieszać: mąkę, suche drożdże, cukier, sól, zioła prowansalskie i starty na drobnych oczkach tarki czosnek. Wodę połączyć z olejem i wlać do miski – zagnieść ciasto, uformować w kulę i odstawić pod przykryciem na 30 minut.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować na okrąg, podzielić nożem na 8 trójkątów, każdy z nich posmarować sosem pomidorowym (lub koncentratem wymieszanym z ziołami), a następnie wyłożyć porcję sera, papryki i pieczarek, po czym zwinąć i uformować w rogaliki – ułożyć na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia i odstawić na 15 minut.

 Piec około 15-17 minut, w temperaturze 200°C (muszą się lekko zarumienić).

Potem chrupiące, lekko zarumienione zapiekane z serem, wypełnione pomidorkami koktajlowymi i pieczarkami łódeczki ziemniaczane podane z sosem koperkowym (8 sztuk)

Składniki:

  • 4 dość duże ziemniaki
  • 1 czerwona cebula
  • pomidorki koktajlowe
  • podsmażone pieczarki
  • ser żółty w plasterkach
  • majonez, śmietana lub jogurt
  • masło
  • sól
  • pieprz
  • suszony koperek

Sposób przygotowania:

Ziemniaki ugotować w mundurkach w osolonej wodzie do momentu, aż staną się miękkie, ale nie tak, by się rozpadały. Wyjąć. Wystudzić. Przeciąć na pół i wydrążyć łyżeczką środek.

Środek ziemniaka utłuc z masłem, dodać podsmażone, starte na drobnych oczkach tarki pieczarki, zeszkloną, pokrojoną w niedużą kostkę czerwoną cebulę, majonez, sól, pieprz i suszony koperek do smaku – dokładnie wymieszać.

Tak przygotowanym farszem nadziać ziemniaki, z lekką górką, poukładać na niej plasterki pomidorków koktajlowych, przykryć plastrami sera żółtego i z wierzchu oprószyć suszonym koperkiem.

Zapiec w piekarniku około 15-20 minut, w temperaturze 200°C (muszą się lekko zarumienić).

Podawać z sosem koperkowym/pieczarkowym/chrzanowym/śmietanowym/jogurtowym.

Z kolei dla mnie świeża, przepyszna, bogata w składniki sałatka ze szpinakiem, pieczonym burakiem, pomidorem, figami, oliwkami nadziewanymi migdałami, awokado, orzechami włoskimi, sezamem i kremem z octu balsamicznego.

A poza szampanem królował drink z Malibu i mlekiem skondensowanym (Malibu+mleko skondensowane słodzone+kostki lodu+wisienki koktajlowe).

No i deser, a tu blondie z masłem orzechowym i orzechami pekan oraz…

…wegańskie ciasto gruszkowe z tahini oraz orzechami macadamia

ale to już są receptury godne odrębnych wpisów ;)

Opublikowano Drinki, koktajle, Przepisy, Wszystkie wpisy, Wytrawne | Skomentuj

Tęczowy torcik piankowy (bez pieczenia)

Jeśli ktoś się uprze, to taki deser może wykonać jeszcze dziś, bo ani nie wymaga tytanicznego nakładu pracy, ani dużo czasu, ani nawet wymyślnych składników (w sumie to jakiekolwiek galaretki + mleko skondensowane niesłodzone, czyli to, które dodaje się do kawy), a jest nim magicznie kolorowy torcik, który w konsystencji przypomina coś pomiędzy pianką, ptasim mleczkiem, a panna cottą – jest niezwykle delikatny, owocowy i  przy tym niezbyt słodki. Jego wierzch można udekorować bitą śmietaną oraz wszelkimi cukrowymi posypkami, ale można też posypać tylko wiórkami białej czekolady lub kokosowymi, można też nie dekorować niczym, bo sam w sobie wygląda jak wyjęty z lodówki z jakiejś dziecięcej bajki ;)

Prosty, smaczny, orzeźwiający (bo serwuje się dobrze schłodzony), lekki niczym chmurka i pstrokaty (barwy układają się jeszcze efektowniej, tak pasami, gdy masy lepiej stężeją; ja zaczęłam nakładać na siebie zbyt rzadkie) jak te wszystkie sylwestrowe ozdoby, fajerwerki i postanowienia  :-P

Przepis na tęczowy torcik piankowy (bez pieczenia) (tortownica o średnicy 23cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://zjemto.blox.pl/html)

Składniki:

Torcik:

  • 410 g mleka skondensowanego niesłodzonego (schłodzonego)
  • 3 galaretki: niebieska, czerwona, żółta (każda rozpuszczona w 250 ml wrzątku)

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretek z agarem

Dodatkowo:

  • 250 ml śmietany 30%
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1 fix do śmietany
  • biała czekolada (starta na tarce)
  • kolorowa, błyszcząca posypka

Sposób przygotowania:

Każdą galaretkę rozpuścić w 250 ml wody – wystudzić, ale zwracać uwagę na to, by wciąż była płynna.

Schłodzone mleko skondensowane niesłodzone ubić do momentu spienienia i podzielić na 3 równe części – do każdej części wmiksować jedną galaretkę.

Dno tortownicy szczelnie wyłożyć papierem do pieczenia lub folią spożywczą. Na środek wyłożyć 5 łyżek pianki niebieskiej, potem 5 czerwonej, 5 żółtej, znowu 5 niebieskiej i tak aż do skończenia galaretek.

Torcik wstawić do lodówki, żeby dobrze stężał, a gdy tak się stanie udekorować wierzch ubitą z fixem i cukrem pudrem kremówką, wiórkami białej czekolady oraz kolorową, błyszczącą posypką.

Opublikowano Wszystkie wpisy | Skomentuj

Filmy obejrzane w trakcie świąt: „Złe mamuśki”, „Niebiańskie stworzenia” i „Droga do szczęścia”

W tegoroczne święta nie obejrzałam jakiejś oszałamiającej liczby filmów, bo wychodzi, że jeden w każdy dzień, ale w sumie ile można, by uczynić to dla relaksu i wyciągnąć jakieś rozumne, trzeźwe refleksje?

Tematyczne oraz gatunkowe zróżnicowanie było ogromne, bowiem rozpoczęłam od rynsztokowego zniesienia jarzma, potem na mrożącej krew w żyłach prawdziwej historii na przemian trwożyłam się i kamieniałam, a maraton zakończyłam pośród wypowiedzianych kłamstw i naciągniętych masek sytuacyjnych, czyli powróciłam do wszystkim znanej, ale nie przez wszystkich akceptowanej rzeczywistości.

Odrębności w owych produkcjach jest wiele, wszakże jest też coś, co je łączy – tym wspólnym mianownikiem jest miłość; ze swoimi skazami i walorami.

Zatem pokrótce:

1. „Złe mamuśki”, reż. Jon Lucas, Scott Moore – Amy (Mila Kunis) jest do bólu perfekcyjną i potwornie zarobioną matką 2 nastolatków, którą wzorowe połączenie obowiązków domowych, zawodowych, szkolnych i poza szkolnych doprowadza do szału: czuje się tym zmęczona i zwyczajnie sfrustrowana, zwłaszcza, że nie ma wsparcia od egoistycznego, zgnuśniałego, zdradzającego ją przez seks kamerkę z właścicielką dużej farmy mężulka Mike’a (David Walton), więc kiedy między odwożeniem dzieci na zajęcia dodatkowe, przygotowywaniem pożywnych posiłków i wykonywaniem większej liczby obowiązków niż przewiduje praca na pół etatu na jej drodze z problemem toksycznych składników (glutaminian sodu i konserwanty, soja, sezam, jajka, orzechy, mleko, masło, cukier, pszenica), jakie mogą się znaleźć w ciastkach sprzedawanych na zbliżającym się kiermaszu wypieków, staje roszczeniowa przewodnicząca komitetu rodzicielskiego Gwendolyn (Christina Applegate), mówi wzorowemu rodzicielstwu: DOŚĆ i postanawia zostać złą mamuśką; bo po co ma wkładać w to wszystko tyle sił, jeśli i tak nie udaje się sprostać zadaniu? Za jej przykładem podążają dwie inne kobiety: przesłodka, przygaszona, choć czasem niepokojąca swoimi tekstami Kiki (Kristen Bell), niańcząca 4 maluchów (ślubny oddala się od tych zadań jak tylko może) oraz seksualnie, słownie i życiowo wyzwolona Carla (Kathryn Hahn), na co dzień samotnie wychowująca dorastającego syna. Po wspólnej wizycie w barze, gdzie zalewają się w drobny mak, uznają, że przecież nie muszą ani się ciągle wykazywać, ani mieć wszystkiego pod kontrolą, by ich pociechy były szczęśliwymi i szlachetnymi ludźmi, bo do tego potrzeba życzliwej atmosfery, wiary, miłości oraz dobrych relacji, stąd postanawiają nie być już tak idealnymi; początkowo totalnie się rozluźniają, ale później znajdują zdrową równowagę.

Film absolutnie szalony, odznaczający wulgarnym humorem, afirmujący wolność, ale naprawdę zabawny i rozgrzeszający fakt, że nikt nie jest do końca idealny; i wcale być nie musi.

źródło ilustracji: https://media.multikino.pl/uploads/images/film_video_files/df-26679r_f93fce5c19.jpg

2. „Niebiańskie stworzenia”, reż. Peter Jackson - to autentyczna historia, która wydarzyła się w mieście Christchurch w 1954 roku i zaszokowała całą Nową Zelandię.

Pauline Ivonne Rieper (Melanie Lynskey) jest typowym przykładem społecznego wyrzutka: stojąca na uboczu, nieśmiała, małomówna, zamknięta w sobie, jednak niezwykle bystra. Sytuacja ta ulega zmianie, gdy do szkoły średniej dla dziewcząt, z placówki im. Świętej Małgorzaty, przenosi się pochodząca z Londynu pewna siebie, rozrywkowa, pyskata, beztroska, pomysłowa Juliet Hulme (Kate Winslet), która przez wzgląd na pracę ojca często znajduje się w rozjazdach; Dr Henry Hulme (Clive Merrison) jest znanym fizykiem, a obecnie dostał posadę rektora Uniwersytetu w Canterbury. Nastolatki zaczynają razem po lekcjach spędzać coraz więcej czasu, a swoją przyjaźń ubarwiają tworzeniem ekscentrycznej listy świętych oraz pisaniem powieści, do której z początku rzeźbią wymyślone postaci, ale w końcu zaczynają się z nimi utożsamiać; wręcz obsesyjnie przeplatają świat fantazji z tym rzeczywistym, bo tamten pierwszy wydaje się być bardziej atrakcyjny (a rozrasta się zwłaszcza korespondencyjnie z chwilą, gdy Juliet z powodu gruźlicy trafia do sanatorium; wtedy też potęguję się uczucie tęsknoty oraz pustki). Wzajemna pasja do literatury i fantastyki, bezkresna lojalność, odizolowanie, bujanie w obłokach i rodząca się nić erotycznej fascynacji zaczynają niepokoić bliskich, zwłaszcza Honorah (Sarah Peirse), matkę Pauline, która z obawy przed obsesyjną intensywnością, wzajemną fascynacją oraz terminem homoseksualizm postanawia uciąć tę złowieszczą relację. Niestety próba rozdzielenia kończy się tragicznie: zdesperowane dziewczyny w trakcie pożegnalnego spaceru zabijają Honorah, uderzając ją 45 razy w głowę cegłówką zawiniętą w pończochę.

Zbrodnia szybko wyszła na jaw (policja znalazła szczegółowo prowadzone pamiętniki Pauline), przyjaciółki trafiły przed sąd, gdzie odrzucono wniosek o niepoczytalności, ale jako zbyt młode na karę śmierci zostały skierowane do 2 różnych więzień; po odsiedzeniu 5 lat wyszły na wolność, lecz z dożywotnim zakazem spotykania się (stwierdzono, że oddzielnie nie stanowią żadnego zagrożenia). Obie zmieniły imię i nazwisko: Juliet to Anne Perry, czyli poczytna autorka kryminałów, a Pauline to Hilary Nathan, która poświęca się pracy na rzecz dzieci niepełnosprawnych.

Któż może wątpić? To cud prawdziwy, że dwie tak niebiańskie istoty są żywe. Nienawiść płonie w oczach brązowych, paliwem jej wrogowie – chłodna pogarda i okrucieństwo spod oczu szarych bije powiek – ludzkość to głupcy, nie doceniają mądrości, którą oczy te skrywają. A tą cudowną dwójką jesteś Ty i jestem Ja.

Tylko najlepsi pokonają wszelkie przeszkody w pogoni za szczęściem.

źródło ilustracji: http://horrorsandscaryshits.blox.pl/resource/niebiansie.jpeg

3. „Droga do szczęścia”, reż. Sam Mendes (na podstawie powieści Richarda Yatesa) – Akcja rozgrywa się w połowie lat 50. April (Kate Winslet) i Frank Wheeler (Leonardo DiCaprio) są małżeństwem z 7-letnim stażem, zamieszkującym wraz z 2 dzieci przestronny, elegancki dom na przedmieściach Connecticut. W oczach sąsiadów oraz agentki nieruchomości uchodzą za wzór cnót: mili, młodzi, piękni, ustatkowani, zgodni – jednak to tylko fasada, bo w gruncie rzeczy oboje są zgnębieni ponurą codziennością, ciągłymi kłótniami, pozorami, zdradami, niespełnieniem w roli rodzica, małżonka i etatowca (mężczyzna sprzedaje maszyny liczące, a kobieta jest gospodynią domową). Ta rutyna, upodobnienie do osób, jakimi nigdy nie chcieli zostać sprawiają, że zaczynają snuć plany o dokonaniu istnej rewolucji, spełnieniu amerykańskiego snu: postanawiają rzucić wszystko i wyjechać do Paryża – tam ona będzie początkowo zarabiała na rodzinę, być może zostanie sławną aktorką, zaś on w tym czasie pogrąży się w rozważaniach co tak naprawdę chce w życiu robić, by dokonać czegoś wielkiego. O swoich planach krzyczą głośno, wierząc, że tylko oni potrafią urzeczywistnić niemożliwe – niestety już same przygotowania do wyjazdu pokazują, iż pod pojęciem szczęście każde rozumie coś zupełnie innego, do tego mają kompletnie odmienne temperamenty: ona skłonna do szaleństw, totalnego oswobodzenia, on bardziej niepewny, mniej odważny, gotowy dopasować do ustabilizowanej szarzyzny, gotowy do pogodzenia z nią.

Marzenia marzeniami, a życie życiem i lawina problemów, przeciwności, słabostek, wybuchów, póz, słów, gestów, kłamstw pokazuje, że nie tak łatwo ziścić tę wyśmienitą iluzję.

Paradoksalnie najbardziej trzeźwą osobą jest tutaj John Givings (Michael Shannon) – pensjonariusz zakładu psychiatrycznego, który nie boi się mówić jak jest naprawdę, nie bawi się w fałszowanie doczesności.

Mnóstwo ludzi widzi pustkę, ale trzeba odwagi, żeby dostrzec beznadziejność.

źródło ilustracji: http://kino.musu.lv/movies/0509/revolutionary_road_05.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Skomentuj

Sernik z masą orzechową

Sylwester kojarzy się raczej z ciastami kremowymi, tortowymi, mocno naponczowanymi, z galaretką, z owocami i przepis na takie prawdopodobnie również umieszczę na blogu (być może uda mi się i na takie w wersji wege), ale myślę, że akurat sernik jest odpowiedni na każdą okazję, stąd dzisiaj szybciutko dodaję jego zimowo-imprezową wersję ;)

Ten sernik jest wyśmienicie kremowy, waniliowo-orzechowy, z fantastycznym kruchym spodem orzechowym i nie mniej genialną masą miodowo-orzechową, która stanowi jego serce.

Odpowiednio słodki, jasny, gładki, delikatny, równy jak stół, do tego nie pęka i idealnie się kroi.

Polecam ;)

Przepis na sernik z masą orzechową (blacha o wymiarach 34x25cm) (Przepis na ciasto pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; zamiast spodu ciasteczkowego wykorzystałam ciasto z przepisu na śnieżne kule, zwiększyłam również proporcje i takie też podaję – autorka upiekła sernik w tortownicy, a ja w prostokątnej blaszce)

Składniki:

Spód:

  • 2 i 1/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 230 g miękkiego masła
  • 0,5 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1 łyżeczka cukry cynamonowego
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
  • 3/4 szklanki posiekanych orzechów włoskich

Masa orzechowa:

  • 3 szklanki posiekanych orzechów włoskich
  • 1,5 szklanki miodu (oryginalnie golden syrupu)
  • 2/3 szklanki roztopionego masła
  • 2 łyżki brązowego cukru
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki aromatu waniliowego

Masa serowa:

  • 1 kg twarogu półtłustego (dwukrotnie przemielonego)
  • 1 i 1/3 szklanki cukru
  • 5, 5 jajek
  • 2,5 łyżki mąki pszennej (tortowej)
  • trochę więcej niż 3/4 szklanki śmietany 36%
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Sposób przygotowania:

Składniki na spód szybko zagnieść i wylepić ciastem wcześniej wyłożony papierem do pieczenia spód blaszki.

Podpiec około 15-18 minut, w temperaturze 180°C (musi się lekko zarumienić).

W tym czasie przygotować masę orzechową.

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać w garnku i podgrzewać na wolnym ogniu do zgęstnienia (trwa to około 10 minut).

Masę orzechową wylać na podpieczony spód, równomiernie rozprowadzić, odstawić na bok i wykonać masę serową, w której wystarczy po prostu niezbyt długo (by uniknąć napowietrzenia) zmiksować wszystkie składniki.

Tak przygotowaną masę serową wylać na masę orzechową.

Piec 1h, w temperaturze 175°C (może to trwać chwilę dłużej; sernik musi być z wierzchu dobrze ścięty i sprężysty).

Wystudzić w lekko uchylonym piekarniku, po czym wstawić do lodówki na całą noc.

 

Opublikowano Przepisy, Serniki | Skomentuj

Czarne niebo źrenicę zalało…

Czarne niebo źrenicę zalało.

Rozpacz ciało wprowadza w bezruchy.

Martwy obraz. Śmierć zimy. Liść suchy.

To wciąż boli i będzie bolało.

Zasępione świstają podmuchy.

Senny szelest jezioro zmąciło -

wśród mgieł nocnych błąkają się duchy.

Pieśń utraty coś ciągle nuciło:

»serce nigdy nie zazna otuchy«.

 

Pójdę smętnie, szaleńczo przed siebie -

tam, aleją, gdzie gęste moczary.

Wachlarz wspomnień rozprasza opary.

Darmo oddam uczucie radości,

siądę w kącie wystygłej pieczary,

nie chcę wzroku społecznej litości -

to są moje ponure obszary.

Tej dobroci brakuje od Ciebie.

Biel różana ozdabia mizary.

 

I kołyszę się w środku zgryziona,

bo to miejsce doprawdy upiorne.

Ludzkie plany są śmiesznie przezorne;

wykrzyczane tak głośno – sonorne.

Fatum jednak złośliwie przekorne.

Próżnym szczęściem nie będę mamiona, 

to wrażenie jest zbędnie wytworne.

Tak zostałam brutalnie zgnieciona.

Rady innych bezwzględnie są sporne,

bowiem dusze jak ja: nieodporne.

(autor: Ja)

Nawet alkohol okazuje się za słaby, nawet udawany uśmiech ciąży, nawet ta chwila, kiedy bym chciała inaczej – nieszczera, bo sztuczna wesołość miesza się z głębokim smutkiem i gniewem – nie chce mi się nic…

Opublikowano Moje wiersze | Skomentuj

Legnickie bomby piernikowe

Wiem, wiem, że wszyscy są przejedzeni po świętach, ale kiedy, jak nie w tym okresie, mam podać przepis na tradycyjny, jeszcze przedwojenny specjał bożonarodzeniowy, pochodzący wprost z Legnicy?

A chodzi o nieduże, bo typowej muffinowej wielkości bomby, wykonane z cudownego, kleisto-puszystego ciasta piernikowego, pełnego miodu oraz bakalii, nadzianego marcepanowo-pomarańczową masą, z wierzchu oblanego polewą czekoladową i ozdobionego koktajlowymi wiśniami i kandyzowanym imbirem.

Po raz pierwszy upiekli je bracia Müller, a teraz może już każdy ;)

Przepis na Legnickie bomby piernikowe (14 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Babeczki:

  • 400 g mąki pszennej (tortowej)
  • 50 g migdałów (zmielonych)
  • 50 g migdałów (bardzo drobno posiekanych)
  • 30 g gorzkiego kakao
  • 300 g miodu 
  • 130 g cukru
  • 125 g masła
  • 3 jajka
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 5 łyżeczek korzennej przyprawy do piernika
  • świeżo otarta skórka z 1 pomarańczy
  • 2 łyżki soku z pomarańczy

Marcepanowo-pomarańczowe nadzienie:

  • 200 g masy marcepanowej
  • 3 łyżki migdałów (zmielonych)
  • 2 łyżki dżemu lub konfitury z pomarańczy
  • 2 łyżki likieru pomarańczowego (w wersji bezalkoholowej soku z pomarańczy)
  • 130 g kandyzowanej skórki pomarańczowej

Polewa:

  • 200 g deserowej czekolady
  • 4 łyżki mleka

Dodatkowo:

  • wiśnie koktajlowe
  • kandyzowany imbir

Sposób przygotowania:

Miód, cukier oraz masło umieścić w garnku i podgrzać na palniku aż do rozpuszczenia – zestawić i odłożyć do wystudzenia. Następnie wymieszać (można mikserem, ale można też ręcznie, przy użyciu trzepaczki) z przesianymi suchymi składnikami (mąka, gorzkie kakao, migdały zmielone i posiekane, przyprawa do piernika, soda oczyszczona), sokiem wyciśniętym z pomarańczy, skórką otartą z pomarańczy i jajkami.

Powstanie klejące ciasto piernikowe.

Na dno każdej papilotki wyłożyć 1 kopiastą łyżkę ciasta, nawilżoną łyżeczką zrobić wgłębienie i wypełnić je 2 łyżeczkami marcepanowo-pomarańczowego nadzienia (marcepan zetrzeć na tarce o dużych oczkach i dokładnie wymieszać z pozostałymi składnikami) i przykryć ciastem piernikowym w taki sposób, by nie wydostało się na zewnątrz w trakcie pieczenia.

Piec około 30 minut, w temperaturze 170°C (do tzw. suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu oblać polewą czekoladową (gorzką czekoladę rozpuścić z mlekiem w kąpieli wodnej) i ozdobić wiśniami koktajlowymi i kandyzowanym imbirem.

Opublikowano Babeczki, muffiny, tartaletki, Pierniki, pierniczki, Przepisy | Skomentuj

Korzenna kostka z powidłami (bez pieczenia)

Jest takie ciasto, które spokojnie można zrobić jeszcze dzisiaj, i to  wręcz błyskawicznie, bo bez pieczenia; wystarczy szybciutko zmiksować, poprzekładać i wstawić do lodówki na całą noc.

Tym ciastem jest naprawdę smaczna, aromatyczna (autentycznie pachnie świętami) korzenna kostka złożona z 5 warstw kruchych ciasteczek „Speculoos” (dostępne chociażby w LIDLU) lub innych korzennych herbatników, przełożona gęstym, aksamitnym kremem śmietanowym z delikatnym posmakiem cynamonu i kwaśnymi powidłami śliwkowymi, z wierzchu oprószona słodkim kakao wymieszanym z cynamonem.

Ciasto idealnie się kroi, jest duże, wysokie, podzielne, takie rodzinne, niezbyt słodkie i mało pracochłonne ;)

Przepis na korzenną kostkę z powidłami (bez pieczenia) (blacha o wymiarach 34x25cm) (Przepis na ciasto pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; podaję z moimi zmianami i ze zwiększoną ilością składników, bo robiłam w większej niż autorka formie)

Składniki:

  • 2 opakowania herbatników korzennych (użyłam „Speculoos” z LIDLA)
  • 1250 ml śmietany 36%
  • 375 ml kwaśnej śmietany 18%
  • 250 g serka mascarpone
  • 1 i 1/3 szklanki cukru pudru
  • 2 opakowania cukru waniliowego
  • 3 płaskie łyżeczki cynamonu
  • 2 słoiki powideł śliwkowych
  • 1 łyżeczka ekstraktu migdałowego
  • 4 fixy do śmietany
  • słodkie kakao + cynamon (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

W dużej misce umieścić: śmietanę 36%, śmietanę 18%, serek mascarpone, cukier puder, cukier waniliowy, cynamon, fixy i ekstrakt migdałowy – zmiksować do momentu aż masa stanie się gęsta oraz gładka.

Krem podzielić na 5 części.

W blaszce ułożyć 5 warstw ciastek, każdą z nich przełożyć kremem, a dodatkowo 2 i 4 warstwę, jeszcze przed nałożeniem kremu, posmarować powidłami śliwkowymi. Krem, który będzie z wierzchu, oprószyć słodkim kakao wymieszanym z cynamonem.

Wstawić do lodówki na całą noc.

Opublikowano Przekładane, Przepisy | Skomentuj

Makowiec z lekką budyniową pianką toffi i kruszonką

Jeśli jest sernik, to musi być też makowiec ;)

Jakoś dotychczas unikałam pieczenia makowców (i generalnie ciast z makiem), które wymagają samodzielnego wykonania nadzienia makowego (wolałam się posiłkować gotowymi masami makowymi z puszki, ale one są strasznie słodkie i rzadkie), jednak w tym roku postanowiłam się przełamać (mak został po prostu odciśnięty z nadmiaru wody nie moimi rękami ^^) i była to jedna z najlepszych wypiekowych decyzji, bo ciasto wyszło wyśmienite: cieniutki, kruchuteńki, pachnący masłem spód, na nim idealnie wilgotne nadzienie makowe wzbogacone miodem oraz bakaliami, przykryte piankową masą budyniową o smaku toffi, która z wierzchu chrupie niczym najlepsza beza, a na niej dodatkowa warstwa ciasta w postaci kruszonki.

Ciasto jest duże, podzielne, tak naprawdę wcale nie skomplikowane, no i najważniejsze: przepyszne! ;)

Przepis na makowiec z lekką budyniową pianką toffi i kruszonką (blacha o wymiarach 34x23cm) (Przepis na ciasto pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; zmieniłam smak pianki)

Składniki:

Ciasto:

  • 2,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 200 g masła (zimnego)
  • 50 g smalcu (zimnego; można zastąpić masłem – ja zastąpiłam)
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 5 żółtek
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Nadzienie makowe:

  • 400 g mielonego maku
  • 2 duże jajka (białka i żółtka osobno)
  • 60 g masła (miękkiego)
  • 50 g brązowego cukru
  • 150 g płynnego miodu
  • 50 g rodzynków
  • 50 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 50 g orzechów włoskich (posiekanych)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z migdałów
  • szczypta soli

Budyniowa pianka toffi:

  • 5 białek
  • 1 szklanka  cukru do wypieków
  • 16 g cukru wanilinowego 
  • 2 opakowania budyniu o smaku toffi (2 x 40 g)
  • 0,5 szklanki oleju słonecznikowego lub rzepakowego
  • szczypta soli

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto szybko zagnieść i podzielić na dwie części  (60% i 40%), uformować je w kule, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce (można wykonać dzień wcześniej; ja schłodziłam 1h).

Większą część ciasta zetrzeć na tarce na spód blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia, lekko przyklepać i wyrównać.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 180°C (na złoty kolor).

W tym czasie przygotować masę makową.

Mak zalać wrzącą wodą do przykrycia – odstawić do wystudzenia, po czym, przy użyciu ściereczki, dokładnie odcisnąć z nadmiaru wody.

Masło utrzeć z cukrem i miodem, potem, cały czas ucierając, wlać żółtka. Następnie dodać odciśnięty mak, rodzynki, kandyzowaną skórkę pomarańczową, posiekane orzechy oraz ekstrakt z migdałów – zmiksować do połączenia.

Na sam koniec wmieszać ubitą na sztywno ze szczyptą soli pianę z białek.

*mi masa trochę się kruszyła, więc dodałam 2 łyżki miodu

Tak przygotowaną masę makową równomiernie rozprowadzić na podpieczonym spodzie i zabrać się za wykonanie budyniowej pianki toffi.

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywno, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypywać cukier oraz cukier waniliowy i ubijać do momentu, aż piana stanie się gęsta i lśniąca. Dalej wsypać przesiany proszek budyniowy – zmiksować. Następnie wlać olej – połączyć.

Piankę rozsmarować na nadzieniu makowym.

Na wierzch wysypać resztę startego na tarce ciasta.

Piec około 30-35 minut, w temperaturze 180°C.

Wyjąć. Wystudzić. Można oprószyć cukrem pudrem.

Opublikowano Makowce, z makiem, Przepisy | Skomentuj