Cytrynowy nernik, a raczej nerniczek z suszonymi płatkami róży oraz pistacjami

Prezentowałam już tutaj przepis na tofurnik, jagielnik, więc nadszedł czas, by podzielić się i tym na nernik, a raczej nerniczek, bo jest utrzymany w rozmiarach jednoporcjowych, minimalistycznych, pięknie egoistycznych (gdy dwoje najbliższych żywi się bezwzględnie kontrastowo, to posiłki faktycznie są przygotowywane z myślą o tym jednym), które uprzyjemnią chwilę rozmowy przy nieprzezwyciężonej smakiem kawie.

Przeważnie nerniki wykonywane są w wersji surowej (najpierw chłodzi się spód, później nakłada masę i wstawia na noc do lodówki), ale ja jednak jestem zwolenniczką pieczonych, bo akurat w tym przypadku wolę, gdy masa jest bardziej zbita [jak ciastko, to ciastko, jak kremowo, to sięgnę po pudding, jogurt, gęsty koktajl, fool,trifle (angielskie desery z owocami i kremami właśnie)]; a ta, umieszczona na orkiszowo-orzechowo-rodzynkowym spodzie, smakuje cudownie, delikatnie, z przenikającymi się nutami orzechów, cytryny, róży i pistacji – polecam, bardzo ;)

Przepis na cytrynowy nerniczek z suszonymi płatkami róży oraz pistacjami (kokilka o średnicy 8,5cm) (Przepis autorski)

Składniki:

Spód:

  • 2 łyżki płatków orkiszowych (zmielonych)
  • 1 łyżeczka mąki orzechowej
  • garść rodzynków
  • wrzątek

Cytrynowa masa nernikowa:

  • 50 g orzechów nerkowca
  • 7 daktyli
  • 1 łyżeczka jogurtu greckiego
  • skórka otarta z 1/3 cytryny
  • wrzątek

Dodatkowo:

  • suszone płatki róży
  • pistacje

Sposób przygotowania:

Spód:

Rodzynki zalać wrzątkiem i zostawić pod przykryciem do momentu aż zmiękną (ok. 2h), po czym wrzucić je do młynka elektrycznego lub blendera i zmiksować na gładką masę, do której należy wsypać wcześniej zmielone płatki orkiszowe oraz mąkę orzechową – całość wymieszać, a powstałe ciasto umieścić na spodzie kokilki wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 7 minut, w temperaturze 200°C

Cytrynowa masa nernikowa:

Orzechy nerkowca zalać wrzątkiem i odstawić na kilka godzin (a nawet zalać je na noc), by odpowiednio zmiękły, następnie odsączyć i rozetrzeć w młynku elektrycznym (lub blenderze).

Daktyle zalać wrzątkiem, chwilę odczekać, potem dorzucić do misy blendera, dodać jogurt grecki i startą na drobnych oczkach skórkę z cytryny – blendować do uzyskania kremowej konsystencji.

Masę nernikową wyłożyć na podpieczony spód.

Piec około 30-35 minut, w temperaturze 200°C

Wyjąć. Wystudzić. Udekorować suszonymi płatkami róży oraz pistacjami.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

„Wiesz, pomóc można tylko komuś, kto tego chce” – „Zanim się pojawiłeś” w reż. Thei Sharrock

Ponieważ filmowo zagościłam ostatnio w loży kontrowersyjnej i trudnej tematyki, to oczywiście zamiast wymknąć się stamtąd ukradkiem, by wkroczyć w relaksowy, pogodny obszar, ja oczywiście rozsiadłam się tam na dobre i wcale nie zamierzam wyjść (co zapewne wynika nie tylko z mojego pesymstyczno-refleksyjno-nostalgicznego usposobienia, które, jak wielokrotnie powiadam, paradoksalnie od zawsze pozwala mi się twardo utrzymać na powierzchni – może to i przygnębia, wszak genialnie amortyzuje, bo jak z góry zakłada się gorsze i ono faktycznie się stanie, to czy można czuć zawód? A jakie miłe zaskoczenie, gdy się nie wydarzy -, ale również z tego, że może na świecie faktycznie jest dużo powodów do uśmiechu, niemniej jednak bardzo mało do szczerego śmiechu). Tym razem wybór padł na głośną, ogłaszaną wszem wobec ekranizację książki Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś”, którą, w oparciu o scenariusz samej autorki, wyreżyserowała Thea Sharrock. Do kina nie poszliśmy, bo jakoś nie mieliśmy ochoty ani dopełniać tłumu, ani wdychać oleistego, przesolonego zapachu popcornu i przesłodzonej, trzaskającej bąbelkami coli, stąd poszukaliśmy w otchłaniach wirtualnych, ku zdziwieniu stwierdzając, że jest: zajęliśmy wygodne pozycje, z obowiązkowym zestawem poduchy+koc+My korzenna herbata ze świeżym imbirem+On truskawkowo-jogurtowa Schogetten+Ja waniliowy napój sojowy i chipsy z buraka. Weekend. Rolety zaciągnięte. Domowy półmrok. Komfort. Cisza (poza miłym dudnieniem deszczu). ODPALAMY.

A na ekranie historia niczym smutna baśń (zwana życiem, i to wszystko wyjaśnia): o pięknej, ciut nierozgarniętej, ubogiej dziewczynie o wielkim sercu – Lou Clark (Emilla Clarke – znana z roli Daenerys Targaryen z „Gry o Tron”) – oraz przystojnym, cynicznym, bogatym królewiczu-bankierze – Willu (Sam Claflin) – przeokropnie doświadczonym przez los, który kierując pod rozpędzony motocykl, brutalnie wcisnął go w wózek inwalidzki [z biegiem czasu jego pannę Alicię (Vanessa Kirby) w ramiona przyjaciela Ruperta (Ben Lloyd-Hughes)], z diagnozą czterokończynowego paraliżu (no rehabilitacja pomogła tyle, że daje radę poruszać jednym palcem. Super, nie?). Ich znajomość rozpoczyna się z chwilą, gdy 26-latka traci pracę w kawiarni, a ponieważ rodzinna sytuacja finansowa jest dość ciężka, na potęgę poszukuje nowego zajęcia: w ten oto sposób trafia do zamożnego państwa Traynorów [matka Camilla (Janet Mcteer), ojciec Stephen (Charles Dance)], by przyjąć ofertę opieki nad nie tylko cierpiącym, ale też trudnym synem (choć tę nieprzystępność łatwo wytłumaczyć kompletną bezradnością, rozżaleniem, bo co innego można czuć, gdy wówczas niesamowicie aktywny, młody, flirciarski, rządny przygód, silny mężczyzna dostaje wyrok w postaci unieruchomienia absolutnego? Poza beznadzieją, permanentną złością i przyszłościową pustką chyba nic więcej); w zasadzie do jej zadań należy dotrzymywanie mu towarzystwa, a nie pielęgnacja [od tego jest pielęgniarz Nathan (Stephen Peacocke)], co w zderzeniu z tak ogromną tragedią, jednostkową udręką, okazuje się zgoła bardziej skomplikowane. Lou uparcie przychodzi, siedzi, zagaduje, proponuje, wymyśla, kombinuje, pragnie zainspirować, zaciekawić, rozśmieszyć (na pewno udaje jej się to uczynić swoją szaloną garderobą), jednakże Will, do momentu wspólnego obejrzenia filmu, pozostaje bierny, bowiem po tym seansie, kiedy to zerka na jej szczere reakcje, naturalność, zaangażowanie coś pęka, ulega zmianie, nakłaniając w jej ciepłym towarzystwie do coraz częstszego uśmiechu. I kiedy już wstęga relacji zacieśnia się, wzrokiem, gestem zobowiązuje, zachęca, cieszy, angażuje, pokazując, że może być lepiej, pogodniej, to przychodzi pozytywne rozpatrzenie prośby na wykonanie eutanazji. Szok. Niedowierzanie. Niezrozumienie. Niezgoda. Pomysł. Nadzieja. Realizacja. Bo kobieta zaprzysięga sobie, że od tej decyzji go odwiedzie, bo jej życie z nim takie inne, pełniejsze [nie to co z biegaczem Patrickiem (Matthew Lewis – to ten, który grał Neville’a w „Harrym Potterze”) rozmiłowanym we własnych pasjach i sukcesach], bo te oczy, te usta, dłonie, nowe perspektywy, spojrzenie, poczucie spójności, że on dla niej a ona dla niego; i zaczyna ciągnąć go na wyścigi konne, do opery, na wakacje, gdzie dochodzi do pocałunków, wyznań, deklaracji, obietnic, błagań zalanych łzami, wszakże się okazuje, że dawno postanowione nie uznaje sprzeciwu i w zaistniałych okolicznościach ta śmierć na życzenie finał będzie miała, bo są zwyczajne godziny i są godziny ułomne, kiedy czas zatrzymuje się i potyka, kiedy życie – prawdziwe życie – wydaje się toczyć gdzieś dalej, a on nie nie potrafi dalej, nie ma po prostu siły w ten sposób, nie chce. I dokonuje się najgorsze (albo najlepsze w tym przypadku?), a ona może jedynie zaszufladkować w tajnym kąciku wspomnień, nie myśląc, co by było gdyby, lecz ciesząc, że zaznał spokoju i że miała sposobność choć na chwilę posiadać go tylko dla siebie.

Eutanazja. Kwestia dyskusyjna dla tych, którzy osobiście krzywdy cielesnej nie zaznali. Dla tych, co nie mają pojęcia, co się naprawdę czuje, kiedy to śmierć wydaje się lepszym rozwiązaniem niż życie. Wszak lepiej godnie umrzeć, sztucznie nie przedłużając męczarni, niżeli nieludzko zwijać się z bólu lub z rozpaczy stryczek założyć na szyję. Bo: Kiedy życie odczłowiecza, śmierć jest wybawieniem (Herodot).

Przeglądając Internet napotykam na całkowicie rozbieżne opinie, dotyczące tego filmu: jedni wykorzystują roczny zapas chusteczek, inni z poirytowaniem zastanawiają, co jest fajnego w żerowaniu na nieszczęściu, zgrabnie tłumaczącym trochę nieuzasadnioną eutanazję, bo przecież główny bohater nie był śmiertelnie, lecz nieuleczalnie chory (kij, że takie życie to nie życie, i że nie każdy chce i potrafi, a tu umysł ewidentnie sprawny, więc sam decyduje, czyli jedna zagwozdka rozwiązana). Jedno jest pewne: ta historia angażuje emocjonalnie i wzrusza, więc nie mam zamiaru rozdrabniać jej na części pierwsze.

Po obejrzeniu „Zanim się pojawiłeś” od razu przypomniał mi się ten oto wiersz – pasuje idealnie:

Patrz! jedna z gwiazd
leci jak głaz
w przestwór głęboki i miękki…

Złocisty kwiat
w ciemności spadł
z mojej otwartej ręki…

Pięć ramion gwiazdy,
zmysłów pięć
i pięć kwiatowych płatków,

miłosny smęt
i wspólna chęć
nieskończonego upadku…

Złamać się, klęknąć,
to nie dość,
za wielki sen i żal,

my chcemy paść,
bezwładnie paść,
wskroś czarnej ziemi -
w dal…

Jak przelot gwiazd
co w łukach zgasł
i smugą białą świeci,

spadnijmy w dół,
objęci wpół,
niżej niż wszystko w świecie…

(„Miłosny uścisk”, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/37/05/723705/7730927.3.jpg

źródło ilustracji: http://naekranie.pl/wp-content/uploads/2016/06/zanim-si%C4%99-pojawi%C5%82e%C5%9B-640×409.jpg

źródło ilustracji: http://www.booktwist.pl/wp-content/uploads/2016/06/zanim-sie-pojawiles-jojo-moyes-film2-e1466196659763.jpg

źródło ilustracji: http://klinikazmyslow.pl/wp-content/uploads/2016/07/zanim-si%C4%99-pojawi%C5%82e%C5%9B-2.jpg

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Tiramisu: ciastko i drink w wersji mini – szczyt elegancji :)

Tiramisu to bardzo popularny i lubiany włoski deser (po raz pierwszy spróbowałam go mając jakieś 14 lat, w kawiarni „Consonni”, i już wiedziałam, że to są moje smaki: kawa zamknięta w szykownej kwadratowej kostce, do miniaturowej filiżanki aromatycznego espresso), składający się z biszkoptów mocno nasączonych prawdziwą kawą oraz likierem Amaretto, przykrytych warstwą aksamitnego, śmietankowego kremu, posypanego grubo zmielonymi płatkami gorzkiej czekolady. W książkach, Internecie można znaleźć na niego wiele wariacji-inspiracji: jako tradycyjne ciastko, ale też jako lody, roladę, babkę, sernik, tort, pralinki, eklerki, makaroniki, brownie, krem serwowany w pucharku, z dodatkiem sezonowych owoców, bezy, pianek, sosów, frużelin, no i oczywiście babeczek, które i u mnie się pojawiły, a raczej jedna, całkiem spora. Do tego niewielki kieliszek drinka o tejże nazwie i, i, w zasadzie to można się rozpłynąć ;)

Przepis na babeczki tiramisu (12 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

*ja wykonałam tylko jedną większą babeczkę, więc podzieliłam poniższe proporcje przez 6, dodatkowo nadziałam babeczkę kremem czekoladowym oraz konfiturą wiśniową

Składniki:

Ciasto:

  • 110 g mąki pszennej (tortowej)
  • 110 g brązowego cukru
  • 110 g masła
  • 2 jajka
  • 1 łyżka gorzkiego kakao
  • 2,5 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżka likieru Amaretto

Dodatkowo:

  • 300 ml śmietany 36%
  • 2 łyżki cukru pudru
  • kakao (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć z cukrem do otrzymania jasnej, puszystej masy, cały czas mieszając, wbić jajka, jedno po drugi, po czym dodać kawę – zmiksować.

Do powstałej masy wsypać przesiane suche składniki (mąkę, kakao, proszek, sodę). Na sam koniec wlać likier – wymieszać ręcznie, szpatułką.

Papilotki wypełnić ciastem do wysokości 3/4.

Piec przez około 20-30 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka)

Wyjąć. Wystudzić. Udekorować ubitą z cukrem pudrem kremówką (wyciskając z rękawa cukierniczego okrągłe punkciki). Wierzch oprószyć kakao.

Przepis na drinka tiramisu (2 kieliszki) (Przepis pochodzi ze stronki: http://www.2drink.pl/shot-tiramisu/)

  • 80 ml likieru kawowego
  • 40 ml likieru Baileys
  • 40 ml mleczka skondensowanego
  • 20 ml likieru lub syropu migdałowego
  • syrop + kawa (do dekoracji brzegów)

* w wersji uboższej, ale równie pysznej: wódka kawowa+mleczko skondensowane (pół na pół) + odrobina syropu Amaretto

*oczywiście składniki przed spożyciem należy wymieszać :)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Jednoporcjowy kokosowo-migdałowy serniczek z konfiturą wiśniową i tahini

Odkręcam słoik wiśniowych wspomnień, rozważając, co udekorować ich słodko-kwaśnym akcentem. Rozchylam lodówkowe wrota i od razu zerkam na kostkę chudego twarogu, który już dość długo leniuchuje na jednej z półeczek – nadszedł więc czas, by ją wykorzystać, łącząc z ulubionymi kokosowo-migdałowymi składnikami, z których powstaje ten oto egoistyczny, gęsty, deserowy (a może śniadaniowy?) serniczek na bananowo-owsianym spodzie. Nieskromnie pyszny ;)

Krajobraz skrywa się za deszczową kotarą – czas obejrzeć jesienny spektakl życia; z niewielkim wypiekiem na szklanym talerzyku i parującą (znacznie większą) kawą, tuż obok…

Przepis na jednoporocjowy kokosowo-migdałowy serniczek z konfiturą wiśniową i tahini (kokilka o średnicy 8,5cm) (Przepis autorski)

Składniki:

Spód:

  • 2 łyżki płatków owsianych (zmielonych)
  • 1 łyżka mąki kokosowej
  • 1/3 dojrzałego banana (rozgniecionego)
  • 1 łyżeczka jogurtu greckiego

Kokosowo-migdałowa masa serowa:

  • 100 g chudego twarogu (dwukrotnie zmielonego)
  • 2 łyżki mąki kokosowej
  • 10 migdałów (zmielonych)
  • 1 łyżeczka tahini
  • 1/3 dojrzałego banana (rozgniecionego)
  • 2 łyżeczki jogurtu greckiego
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 kropelka aromatu waniliowego lub migdałowego

Dodatkowo:

  • konfitura wiśniowa
  • tahini
  • prażone migdały (można kupić, można też podprażyć na patelni lub w piekarniku)

Sposób przygotowania:

Ze składników na spód zagnieść ciasto i wcisnąć je do wyłożonej papierem do pieczenia kokilki.

Piec około 10 minut, w temperaturze 200°C

Na podpieczony spód wyłożyć masę serową (wymieszać wszystkie składniki).

Piec około 35 minut, w temperaturze 200°C

Wierzch serniczka przyozdobić łyżeczką konfitury wiśniowej (mogą być też gotowane wiśnie), pastą tahini i prażonymi migdałami.

Doskonały zarówno na gorąco, jak i na zimno, a do filiżanki kawy z podwójną pianką oprószoną przyprawą piernikową lub cynamonem – poezja ;)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Ludzka hodowla, bioetyka, donacje, nieistniejąca galeria, rzekome spełnienie – „Nie opuszczaj mnie” w reż. Marka Romanka

Mam różne zdanie odnośnie tematów powszechnie uznawanych za kontrowersyjne: z jednymi się zgadzam, z innymi nie (zawsze, nie będąc hipokrytką, rozpatrując to personalnie). Wszystkie granice są ruchome, więc można je NIEKONIECZNIE spokojnie przesuwać; to zależy od czasu, miejsca, grupy, obecnej sytuacji, tradycji, poglądów, powiązań, rządów, regulaminów (które spokojnie cwany zmieni, dostosowując do siebie lub bliskich), zastosowanych praktyk, no i oczywiście sposobu wyjaśnienia, uformowania, ubrania w słowa nowych norm uznanych za słuszne, lepsze. Niby standardy określa społeczeństwo, ale nierzadko tym mózgiem okazuje się być władza, która wymyśla, podkręca, dyskutuje, rozpatruje, zatwierdza albo i nie, bo dzierży pałeczkę – to taki głos iluzorycznego rozsądku, moralności, sumienia w imię całości – polityka za zasłonką bioetyki, tworząca ultranowoczesne definicje, nawet te odnoszące się do szeroko pojętego życia oraz śmierci (ja bóg, co nie?). W zakres tego delikatnego i tak naprawdę nikomu tutaj ostatecznie nieznanego obszaru wchodzi kwestia klonowania; by działo się gorzej, i by działo się dobrze (w istocie zależy gdzie kto siedzi).

I o tym klonowaniu ten film właśnie, mianowicie „Nie opuszczaj mnie” (trochę melodramat, trochę science fiction, bo w alternatywnej rzeczywistości, jednakże wizja jak najbardziej realna) w reż. Marka Romanka (na podstawie powieści autorstwa Kazuo Ishiguro), który, bez wcześniejszego zapoznania się z fabułą (gdzieś na forum przeczytany tytuł, opinie, że warto, bo fajne, wzruszające, przeszywające, głębokie – wystarczyło, by odpalić w niedzielne popołudnie, sącząc, przyozdobionego plastrem cytryny, zielono-niebieskiego drinka: sok kiwi, wódka, syrop bule curacao), obejrzeliśmy jakiś miesiąc temu (musiałam przeżuć problematykę), co pozwoliło nam poznać bolesną i wkurzającą historię wielu, ukazaną z perspektywy 3 uczniów: Kathy (Izzy Meikel-Small, Carey Mulligan), Tommy (Charlie Rowe, Andrew Garfield), Ruth (Ella Purnell, Keira Kinghtley) (bo jak wiadomo pojedyncze dramaty trapią dotkliwiej niż te zbiorowe), uczęszczających do elitarnej, zamkniętej placówki z internatem (bardziej sierocińca), jaką jest Hailsham. Co zaskakujące: młodzi zamiast nazwisk mają inicjały, na rękach noszą dziwne identyfikatory, nie znają własnej przeszłości, rodziny, w pamięci jakby czarna dziura, a nic nie tłumacząc o wykształcenie oraz szczególną higieną im dbać karzą (jak przypadkiem znaleziono wypalone papierosy, to wnet zwołano apel), duchowo i artystycznie (trwają w ułudzie, że ich najlepsze rysunki trafiają do domniemanej „galerii”, w której są doceniane – ważne, by być TUTAJ kreatywnym) rozwijać również (bo to takie intrygujące: czy oni w ogóle posiadają duszę? wyhodowana? da się?), pojawiają się też rozrywki, ale o autentycznym funkcjonowaniu kompletnie nie mają pojęcia (chociażby uczą się na specjalnych zajęciach jak zamawiać herbatę), co więcej nie wiedzą, że istnieje pieniądz (który przecież o dziwo panuje nad człowiekiem) – zepchnięci na margines codzienności, jednocześnie w centrum, ale badań: badań genetycznych – KLONY, czyli zbiory komórek będące kopią przeznaczoną wyłącznie do donacji (oddawania organów), góra 4, choć zwykle już po 3 umierają. I oni na pewnym etapie się o tym dowiadują (gdy oddelegowuje się ich do jakiegoś wiejskiego domku w oczekiwaniu na), ale tak, że niekoniecznie czują zawód, tudzież nie misję, tylko coś w rodzaju konieczności, może irracjonalnego spełnienia w zderzeniu z którym większość pozostaje kompletnie bierna, potulna (tak nam przeznaczone i już); wyjątek stanowi zakochana w sobie para głównych bohaterów, pokrzepiająca się utopijną plotką, że jak pojawia się miłość, to mają więcej czasu na zrealizowanie swojej powinności, co naturalnie okazuje się być kłamstwem – nadzieja upada, wraz z nią reszta.

I tak sobie myślę (zupełnie na trzeźwo), że niech tworzą macierzyste, w efekcie w laboratoriach, pod kopułami, pielęgnują wątrobę, nerki, płuca i pozostałe, niezbędne do przeszczepów, ale odosobnione, a nie składające się na człowieka, bo: primum non nocere („po pierwsze nie szkodzić”), a tu się szkodzi, bowiem kosztem jednego ratuje się drugiego, i to w bezczelny, obrzydliwy sposób, od samego początku, nie dając możliwości wyboru, ukierunkowując go na bycie dawcą, takim pudełkiem z organami: bez marzeń, przeszłości, planów, perspektyw, emocji – urodzić się (raczej: zostać wyhodowanym), by chamsko, z chłodną kalkulacją zostać tego życia pozbawionym; nie ma w tym żadnej szlachetności, sam konformizm.

„Nie opuszczaj mnie” to zimny, dyskretny, o zgrozo wizualnie przyjemny obrazek bezduszności, eksperymentalnej celowości, mirażów, zbyt szybkiego przemijania, godzenia z własnym losem, bezradnością, nakreślający granice człowieczeństwa i zbyt swobodnie je przesuwający.

Propozycja warta zobaczenia, bo skłaniająca do refleksji, aczkolwiek mnie niesamowicie irytująca, za tę pasywność, za ten fanatyzm w oczach, za durne pomysły, za ich realizację, za to, że ten absurd tak leniwie się ciągnie, a jednak ciągnie, gdyż nikt nie mówi stop, za to, że to tak fałszywie ładne, poprawne, a wewnątrz krztuszące jadem, upychające kasą bezkresne kieszenie – dobrze, że miałam tego drinka, polecam to samo (znieczula na chwilę, a o chwilę tu chodzi, bo na życie znieczulić się nie sposób).

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/28/84/502884/7361267.6.jpg

źródło ilustracji: http://niechwiedza.pl/upload/avatar_user/13989730057ba49f39647d24bb80f9aa9dcce2060copuszczaj_mnie_4925298.jpg

źródło ilustracji: http://gracz.org/wp-content/uploads/2015/01/Never-Let-Me-Go-06.jpg

źródło ilustracji: https://raizdelglifo.files.wordpress.com/2011/04/donador.jpg

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Dyniowo-kokosowy jagielnik z sosem daktylowo-orzechowym i figami

Kasza jaglana jest moją ulubioną spośród wszystkich (chyba, że kiedyś znajdę lub wykombinuję jakiś smakołyk, pozwalający obalić mi to stwierdzenie, ale jeszcze nie teraz), stąd pojawia się na moim talerzu w rozmaitych postaciach: umieszczałam już tutaj przepis na kuleczki Raffaello, babeczki z bananem, w których to stanowiła główny składnik, z kolei dzisiaj nadszedł czas na intensywnie kremowy dyniowo-kokosowy jagielnik, oblany gęstym sosem daktylowo-orzechowym, obsypanym świeżymi figami, orzechami włoskimi oraz cynamonem – tak w jesiennym klimacie, a co ;)

Zapewniam, że pyszny :)

Przepis na dyniowo-kokosowy jagielnik z sosem daktylowo-orzechowym i figami (kokilka o średnicy 8,5cm) (Przepis zainspirowany tym z bloga: http://more-food-love-and-life.blogspot.com/ – autorka proponuje spożywanie w wersji surowej, ja swoją upiekłam)

Składniki:

Spód:

  • 6 daktyli
  • 3  łyżki płatków owsianych (zmielonych)
  • 1 łyżka mąki kokosowej
  • 2 łyżeczki wiórków kokosowych
  • wrzątek

Dyniowo-kokosowa masa jaglana:

  • 40 g kaszy jaglanej
  • 100 g puree z dyni
  • 1 łyżka mąki kokosowej
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • szczypta cynamonu

Daktylowo-orzechowy sos:

  • 60 g daktyli
  • 40 g masła orzechowego
  • 1/3 szklanki wrzątku
  • szczypta cynamonu

Dodatkowo:

  • figi
  • orzechy włoskie
  • cynamon

Sposób przygotowania:

Spód:

Daktyle zalać wrzątkiem, a gdy zmiękną rozgnieść je widelcem, po czym dodać pozostałe składniki, z których ugnieść ciasto, by następnie wcisnąć je na spód wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia kokilki.

Piec około 7-10 minut, w temperaturze 200°C

Dyniowo-kokosowa masa jaglana:

Kaszę jaglaną podprażyć na suchej patelni, co jakiś czas mieszając (do momentu aż zacznie pachnieć czymś pomiędzy orzechami a popcornem), po czym przepłukać ją wodą, wrzucić do garnka, zalać wodą i gotować do momentu jej wchłonięcia.

Tak przygotowaną kaszę zmieszać z puree dyniowym (obraną i pokrojoną dynię umieścić w rondelku, wlać cytrynę oraz miód – gotować aż do rozpadnięcia) i zblendować do uzyskania konsystencji kremu, do którego wsypać mąkę kokosową, wiórki kokosowe oraz cynamon – całość wymieszać i wyłożyć na podpieczony wcześniej spód.

Piec około 30-35 minut, w temperaturze 200°C

Wyjąć. Wystudzić. Polać sosem daktylowo-orzechowym [daktyle zalać wrzątkiem, poczekać chwilę aż zmiękną, dodać masło orzechowe, cynamon - zblendować na gładki sos (jeśli dalej wydawałby się zbyt gęsty, to należy dolać trochę wrzątku)].

Ozdobić świeżymi figami, orzechami włoskimi. Wierzch oprószyć cynamonem.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Przedkalendarzowojesienne wypieki: maślane ciasteczka z karmelizowanym słonecznikiem

Dzisiaj pogoda idealnie jesienna (choć jeszcze kalendarz na to nie wskazuje; ale… kto by się nim kierował jak obecnie są zimy bez zimy): szaro, ponuro, deszczowo, orzeźwiająco, z ziemisto-orzechowym zapachem, mnóstwem bezskorupowych ślimaków porozkładanych na chodnikach, z parasolem w dłoni, psami śpiącymi bez ustanku, KAWĄ Z CYNAMONEM ii może by tak z ciasteczkiem? Kruchym, maślanym, niewielkim, tak na jeden kęs, z warstwą zatopionego w karmelu słonecznika? :)

Przepis na maślane ciasteczka z karmelizowanym słonecznikiem (u mnie 35 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

Ciasto:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 200 g masła
  • 100 g cukru
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżka zimnej wody

Karmelizowany słonecznik:

  • 250 g ziaren słonecznika
  • 50 g miodu
  • 40 g cukru
  • 40 ml śmietany 36%
  • 40 g masła

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki na ciasto wrzucić do miski i zagnieść, po czym rozwałkować na grubość około 4mm i wycinać okrągłą foremką lub kieliszkiem ciasteczka.

Piec 10 minut, w temperaturze 200°C

W czasie kiedy pieką się ciastka, przygotować słonecznik.

W rondelku z grubym dnem umieścić masło, cukier, miód, śmietanę – podgrzewać do momentu zagotowania, potem gotować jeszcze 3-4 minuty. Do gorącej masy wsypać słonecznik i gotować dodatkową minutę.

Na każde ciasteczko wyłożyć 1 łyżeczkę słonecznika i ponownie wstawić do piekarnika na 7-8 minut.

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Z prywatnego albumu: SANOK, czyli krótki, ale jakże piękny wypoczynek w Bieszczadach

Jedziemy; obładowani tobołami rzeczy niezbędnych oraz wszelkimi troskami dnia codziennego, by powdychać nietkniętą dzikość otoczoną górską potęgą, by, obmywając się w kryształowym, szurającym o obłe kamienie źródle zapomnieć o tym, co złe, naładować pozytywną energią, siłą przesycić umęczonego ducha, co prawdopodobnie pozwoli spojrzeć inaczej, lepiej, choćby przez ułamek sekundy. Wczesnowrześniowe słońce przewierca się przez samochodową szybę, pakując oślepiającego palucha w pochłaniające niemalże filmowe krajobrazy tak bardzo omylne oko (czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko. Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu, widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce. Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu! Miej serce i patrzaj w serce!). Lazurowe niebo z modrymi prześwitami stroi się w stonowanie puszyste obłoki. Poukładane w rolniczej harmonii czarne grudy ziemi dźwigają zgaszoną żółć zrolowanego siana. Dostojnie wkracza butelkowa zieleń, szmaragd, seledyn, pistacja oraz mięta, gdzieniegdzie maźnięta złotym pędzlem jesieni. Kończy się ten pozornie uporządkowany świat, wzniesiony na chorych zasadach podłości, obłudy i wyniszczających nieskrzętnie budowaną moralność sakiewkach brzęczących monetami, dającymi poczucie fałszywego, nadbudowanego szczęścia. W tle muzyka. Ostrzejsze brzmienie jako odpowiedź na to, co tu wzrokowe i mentalnie nienamacalne. Znak drogowy ostrzegający przed zagubioną zwierzyną (żałuję, że nie ma takich, co ostrzegają przed wstrętnymi ludźmi). Noc, falsyfikująca rzeczywistość, skrywająca błędy i tajemnice. Przyjemny trzask klucza przekręcanego w zamku. Jeden z kilku przytulnych pokoików bogatych w cudze historie. Kraina relaksu oraz zapomnienia. Grzaniec o smaku palonej śliwki wspomagany niewielkimi łykami zielonej herbaty nagietkowej. Długa rozmowa przepleciona pięknem oczu. Cisza z tych, jakiej można zaznać wyłącznie w górach. Sen.

A o poranku Sanok, przykryty zasłoną cieniutkiego niczym igiełki deszczu, i ta świadomość, że człowiek otoczony Bieszczadami, PO SEZONIE (więc ilość turystów równa praktycznie zeru, czyli natura urokami, spacerami, zabytkami, śpiewem ptaków, kawiarniami zarezerwowana dla nas, na wyłączność). Ale, że przyroda jest kobietą, to zmienia nastrój (tak mówią, ale do końca mnie to nie przekonuje: hormony i tym podobne kwestie), tym samym promienie dość szybko osuszyły chodniki. Mijamy. Poznajemy. Chłoniemy. Próbujemy. Oglądamy. Słuchamy. Podziwiamy. Bo jest pomnik Grześka humanisty (obok biblioteki), nieopodal Góry Parkowej (w parku miejskim im. Adama Mickiewicza) Tadka Kościuszki  oraz Zdziśka Beksińskiego (przy frontowej elewacji kamienicy na rynku), którego śladami podążyliśmy na Jana III Sobieskiego, do zdaje się ulubionej kafejko-restauracji „NoBo Cafe”(ponoć przeważnie zamawiał: gulasz z sosem seczuańskim, zrazy z kaszą i ogórkami kiszonymi, hamburgera z frytkami i lody z mlekiem skondensowanym), gdzie spróbowałam przewybornej kawy: różanego latte oprószonego cynamonem oraz podwójnego cappuccino z syropem o smaku orzechów makadamia (moje kubki oszalały do tego stopnia, że udało mi się wyszukać i nabyć syrop różany, by w domowym zaciszu powracać wspomnieniami), ale wcześniej odwiedzamy Zamek Królewski, tam Muzeum Historyczne (ekspozycja ikon, przedmiotów liturgicznych i genialna galeria nieżyjącego już wykładowcy krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych – Mariana Kruczka, który ze znalezionych przedmiotów typu: tryby, druty, śruby, koraliki, muszelki tworzył swoje dzieła – pośród zdjęć, które znajdują się poniżej jest to, które najbardziej mnie urzekło, mianowicie „Trzej muszkieterowie”), również punkt osobistego programu: Galerię tegoż artysty właśnie (serce podbite obrazem rozkładającej się kobiety w butach na mega wysokim obcasie – to coś dla mnie, pewnie o mnie), a na zewnątrz taras widokowy, nakreślający cudowność owego miasta, gdzie nawiasem są postawione dosłownie mini galerie (takie tyci tyci) i multum zakładów mechanicznych oraz sklepów meblowych. I wreszcie, niedaleko Muzeum Budownictwa Ludowego, Skansenu, gdzie została zaprezentowana kultura polsko-ukraińska poszczególnych grup etnograficznych (Bojkowie, Łemkowie, Pogórzanie, Dolinianie) jest szlak (góra-dół-jeszcze niżej, slalomami, zakrętami, z ławeczkami, by dychnąć), hektolitry niegazowanej wody limonkowej, 2 śliwki w plecaku, szumy, szelesty, chrupoty, mrowie dostojnych drzew (dąb, buk, jodła, grab, jawor, klon, sosna, świerk, brzoza, modrzew, wiąz, lipa), krzewów (leszczyna, bez, trzmielina), zdradzieckich muchomorów, przypadkowych grzybiarzy, malin, jeżyn, chrząszczy, motyli, kruków, pustułek, wiewiórek, saren, jaszczurek i… padalców; jest więc w tym jakaś pierwotność, wolność, powab, wyciszenie i szczęście (bo On i Ja + natura w połączeniu ze świętym spokojem oraz społeczną izolacją).

No i jest też bajkowy Rzeszów ze słynnym Muzeum Dobranocek (Jacek i Agatka, Gąska Balbinka, Bolek i Lole, Smurfy, Muminki, Miś Uszatek, Mały Pingwin Pik-Pok, Wróbelek Elemelek, Przygody Kota Filemona, Zaczarowany Ołówek, Reksio, Miś Colargol, Pszczółka Maja, Baltazar Gąbka, Krecik, Rozbójnik Rumcjas i dużo starsze, nieznane mi postaci), Podziemną Trasą Turystyczną (to usytuowane 0,5-10 m pod płytą Rynku 15 korytarzy i 25 piwnic o łącznej długości 396 m, wybudowane w XIV-XVIII jako sklepy, magazyny, zakłady produkcyjne, schrony, gdzie można obejrzeć relikty murów, repliki zbroi rycerskich, broni białej i palnej, naczynia, ceramiczne zabawki, butelki po winach, kosmetykach, herby dawnych właścicieli Rzeszowa, ziem, województw, na których był położony oraz herby samego miasta), Fontanną Multimedialną, Okrągłą kładką dla pieszych, Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego, wspaniałą kawiarnią „Niebieskie Migdały” (kawa mrożona: z kostkami lodu i migdałowym posmakiem oraz czerwone smoothie: truskawki, pietruszka, bazylia, mięta, sok z cytryny) i parzoną alternatywnie kawą (jeszcze nie piłam, bo jak to dostrzegłam, to byłam już po 3 solidnych, ale wszystko w swoim czasie, pamiętam o tym).

No i oczywiście oddalony o 20 km od Rzeszowa Łańcut, w którym wkraczamy (w nałożonych na buty OBRZYDLIWYCH FILCOWYCH KAPCIACH wielokrotnego użytku, ale wybaczam, bo podłogi pierwszorzędne) do Zamku Lubomirskich, gdzie przepych goni przepych i pozwala się rozmarzyć (te tapety, szezlongi, wazy, rzeźby, świeczniki, sekretarzyki, lustra, żyrandole, jadalnie, sypialnie, pokoje bilardowe, aksamitne, paradne), bo wszystko zdobione zgodnie z moim gustem (tym większy żal, że zabroniono fotografowania), a mury obluszczone, dziedziniec ukwiecony jak ten karciany w Alicji w Krainie Czarów, rzut beretem Oranżeria z cytryną i ananasem w doniczce, z papugami, żółwiami, rybkami, królikami, świnkami morskimi, tryskającymi źródełkami, nieopodal Storczykarnia, Stajnia (tutaj część dla koni wierzchowych, Szorownia Galowa i Hol) oraz Wozownia (cenna kolekcja pojazdów konnych po rodzinie Potockich), w której wstrząsnęły mną EGZOTYCZNE TROFEA w postaci skór zdartych ze zwierząt i ich głów dumnie prezentowanych na ścianach, zabijanych dla zabawy, bo tak fajnie (wierzę, że gdzieś kiedyś tacy w formie odkupienia win za te bezcelowe okrucieństwa będą mieli latami zdzieraną skórę).

A w ostatni dzień mniej aktywny wypoczynek nad Soliną (jak to śpiewał Wojciech Gąsowski: zielone wzgórza nad soliną, i zapomnianych ścieżek ślad. Flotylle chmur z nad lasów płyną, wędrowne ptaki goni wiatr), nad którą, w triumfalnie ogłaszającym niespodziewany powrót żarze, wprost z alejki obficie obstawionej pamiątkowym badziewiem (ktoś to w ogóle kupuje?), grillującymi oscypkami i grubymi skarpetami (akurat górskie skarpety uwielbiam – czarne też mają), podążaliśmy, będącą w remoncie zaporą (te ruchome płytki, siatki, rusztowania), by wkroczyć na istne targowisko próżności (uprzedzone słonikiem i łańcuchami, na których wiszą kłódki albo tych, co zakochali się pomyślnie i są, albo pechowo, w związku z tym byli, lecz teraz ich nie ma) zapchane automatami do gier, zacnych rozmiarów sklepikami, nawet tymi z modną odzieżą, budkami, oferującymi niezawodne fast-foody, z zastawioną leżakami plażą, wręcz podskakującą w rytm głośno dudniącej dyskotekowej muzyki, okraszonej szklanami lanego piwska, topiących się lodów włoskich i w oczekiwaniu na upragniony rejs, ledwo, w asyście agresywnych pszczół, upolowanego soku grapefruitowego (bo brakło pozostałych owoców) – no satysfakcja gwarantowana: hałas, tłok, ukrop, komercja, na dodatek zamiast relacjonującego na żywo przewodnika: gawędziarz puszczony z kasety (to się nazywa lenistwo i oszczędność)… A tam przecież krajobrazowo mogło by być tak olśniewająco (migocząca brokatem słońca powierzchnia wody, drewniane domki gdzieś pomiędzy odległą gęstwiną drzew, mural przedstawiający zwierzęta, ciekawych kształtów rowerki wodne, statki, żaglówki, Wyspa Mała, Duża, Okresowa, Polańczyk, Półwysep Jawor), i natura obroniła by się urokiem sama, ale chciwy człowiek wpakował tam swoją rządną interesu łapę, nasyfił, urynkowił i magia przemieniła się w tandetę.

Niemniej jednak jakiś tam przejaw ludzkiego materializmu i zachłanności, czyhających z każdego zakątka ziemi (więcej, więcej ponad wszystko) w żaden sposób nie zepsuły mi tego niezwykłego wyjazdu w nieokiełznane Bieszczadzkie tereny, gdzie obszar niczym zdjęty z widokówki, gdzie wiatr wieje zupełnie inaczej, liście tańczą własny układ, a usta mimowolnie układają się w uśmiech – świat zwalnia, człowiek z nim (choć raczej jest na odwrót). Cóż mogę rzecz: czuję się górsko spełniona ;)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Sernik końca lata

Dzisiejszym wpisem żegnam się z letnimi wypiekami (choć pogodowo coś lato nie chce się pożegnać ze światem, a szkoda, bo marzy mi się prawdziwie złota jesień, obfitująca w chrupiące, mieniące się złotem, czerwienią, brązem, pomarańczą, gdzieniegdzie zielenią liście, kłujące czapeczki kasztanów, orzechy włoskie, figi, dynie, syrop klonowy, laski cynamonu, cukinie, plasterki imbiru, lekko chłodne noce, ten tajemniczy mrok otaczający przestrzeń, sezonowe kawy oraz herbaty posłodzone płynnym miodem, spacery w ciepłych swetrach i zdobionych w ornamenty płaszczach), serwując ogromny, smakowity sernik na kruchym, maślanym spodzie, z rodzaju tych cięższych, zbitych, z wierzchu dźwigający całą masę owoców lata: są więc truskawki, maliny, jeżyny, porzeczki, rabarbar, wiśnie i jagody, dodatkowo przykryte słodką kruszonką. Jest pysznie i przytulnie – myślę, że to godne pożegnanie ;)

Przepis na sernik z owocami letnimi i kruszonką (tortownica o średnicy 25 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

*ja podwoiłam poniższe proporcje, bo piekłam w vdużej prostokątnej blaszce

Składniki:

Ciasto:

  • 170 g mąki pszennej (tortowej)
  • 30 g mąki ziemniaczanej
  • 130 g masła
  • 80 g cukru
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Masa serowa:

  • 500 g twarogu półtłustego (trzykrotnie zmielonego)
  • 250 g serka mascarpone
  • 3 duże jajka
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Dodatkowo:

  • 450 g owoców lata (u mnie: truskawki, wiśnie, maliny, jeżyny, jagody, rabarbar, porzeczki)
  • 2 łyżki skrobi ziemniaczanej

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki zagnieść, do momentu kiedy ciasto zacznie formować się w kruszonkę – przełożyć je do miski, przykryć folią spożywczą i schłodzić przez 30 minut w lodówce.

Po upływie wskazanego czasu ciasto podzielić na pół: pierwszą część wysypać do tortownicy (wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia) i wylepić ciastem spód, zaś drugą część odłożyć na kruszonkę.

Podpiec przez około 15-18 minut, w temperaturze 180°C

Na podpieczony spód wylać powstałą ze zmiksowania podanych produktów masę serową (miksować tylko do połączenia, bo zbyt długie mieszanie napowietrzy masę, co sprawi, że sernik najpierw mocno urośnie, a potem opadnie), następnie poukładać na niej owoce lata wymieszane z mąką ziemniaczaną.

Wierzch oprószyć odłożoną kruszonką.

Piec około 50 minut, w temperaturze 175°C (lub dłużej – do wypieczenia sernika i zarumienienia wierzchu)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Ostatnie wiśniowe podrygi

Letnie owoce pozostają już tylko pięknie pachnącym, barwnym wspomnieniem, które urealni się dopiero w przyszłym roku – taki egzamin z cierpliwości i powściągliwości; ulegnie, czy nie ulegnie, kupi, czy nie kupi te szklarniowe, pozbawione aromatu, smakujące tekturą, niemożliwie monstrualne cuda nafaszerowane dziwnymi literkami, cyferkami, nazwami. Nie ulegnie ten, kto mądry i albo zamroził sezonowe, albo ugotował z nich konfitury, by w środku złotej, chrupiącej liśćmi jesieni oraz błękitnej od chłodu i śniegu zimy wyciągnąć magiczny woreczek bądź słoiczek, rozwiązać czy odkręcić i odpłynąć w dni PRZYJEMNIE (a nie męcząco) słoneczne (czyli z lekkim wiaterkiem, dostępnym cieniem, całą furą kwiatów i soczystych traw), kiedy to świat swoim krajobrazowym optymizmem dawał nadzieję na lepsze jutro.

A na pewno najlepsze są te drożdżowe bułeczki: mięciutkie, obficie nadziane wiśniami, polane grubą warstwą śnieżnobiałego lukru ;)

Przepis na drożdżowe rożki z wiśniami (u mnie 12 sztuk – naprawdę sporych) (Przepis na ciasto pochodzi z bloga: http://niebonatalerzu.blogspot.com/)

Składniki:

Ciasto:

  • 0, 5 kg mąki pszennej (tortowej)
  • 50 g drożdży
  • 1 szklanka mleka
  • 4 żółtka
  • 100 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)
  • nieco więcej niż 0, 5 szklanki cukru

Nadzienie:

  • 0, 5 kg wiśni
  • 4 łyżki cukru
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej

Lukier:

  • 1 szklanka cukru pudru
  • 3-4 łyżki gorącej wody

Sposób przygotowania:

Do miski wrzucić pokruszone drożdże, zalać ciepłym mlekiem, wsypać 1 łyżkę cukru i 1 łyżkę mąki – odstawić pod przykryciem na 10 minut.

Żółtka utrzeć z cukrem na jasny puch, dodać mąkę, wlać drożdżową mieszankę – wyrabiać ręcznie lub przy pomocy miksera z końcówkami w kształcie haków (nie krócej niż 10 minut), po czym, w dalszym ciągu zagniatając, wlać roztopione i lekko przestudzone masło do momentu jego całkowitego wchłonięcia (ciasto może wydawać się luźne, ale takie ma być, nie należy podsypywać go bardziej mąką) – odstawić w ciepłe miejsce, pod przykryciem, na 2 h.

Po upływie wskazanego czasu podsypać mąką blat i rozwałkować ciasto, by następnie pokroić je nożem na dość duże, równej wielkości kwadraty, na każdym rozłożyć wiśniowe nadzienie (powstałe z połączenia składników), złożyć na pół po przekątnej, by utworzyły trójkąty i mocno dociskając skleić brzegi – odstawić na 30 minut do wyrośnięcia.

Piec około 20-30 minut, w temperaturze 170°C (jeśli zaczną się zbyt szybko rumienić należy przykryć je papierem lub folią aluminiową)

Wyjąć. Wystudzić. Oblać lukrem.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj