CierpieNIEuszlachetnia

Cierpienie jest twarzowe,

wszak w baśniach kolorowe

jak zdjęcie pamiątkowe;

a płacz odbiera mowę.

 

Nie uszlachetnia wcale -

jest absurd w tym banale.

Wypowiesz się niedbale?

OBALE NIE OCALE.

 

Łzy duszę zalewają.

Wspomnienia pogrążają.

Anioły pokrzepiają –

ich słowa nic nie dają.

 

Ta droga wyboista:

przez żałość cała szklista,

ale nie przezroczysta -

od niepewności mglista.

 

Cierniowe mam korale.

Z Ziemi w Zaświaty wale.

Nikt mi nie odpowiada.

ISTNA DEGRENGOLADA.

 

Zaciskam zęby w szale.

Tam pewnie jakieś bale!

Panuje sztab milczenia!

Nie zaznam ukojenia.

 

Brakuje pocieszenia,

poszukać trzeba cienia,

przycupnąć po cichutku,

utopić w własnym smutku.

(autor: Ja)

Opublikowano Wszystkie wpisy, Życie | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wege niebo, czyli wegańska szarlotka + spis innych wegańskich wypieków

Wegański sernik jest, makowiec też, więc by powstało zimowo-jesienne trio ze świątecznym posmakiem w ciut nowej odsłonie potrzeba tutaj szarlotki ;)

Ta jest WYJĄTKOWA, w smaku kompletnie nie odbiegająca od tej tradycyjnej (więc jeśli goście nie zostaną wcześniej uświadomieni, to nawet się nie zorientują), a na pewno dużo zdrowsza, bo bez dodatku mąki pszennej i białego cukru.

Kruchy spód, gęsta, delikatnie cynamonowa masa jabłkowa, chrupiąca kruszonka – doskonała na ciepło z kleksem mleka kokosowego i na zimno, z filiżanką mocnego espresso albo piankowego cappuccino (oczywiście z mlekiem sojowym), ze szklanką korzennej, może kwiatowej herbaty? Pyszna zawsze ;)

Dodatkowo postanowiłam tutaj umieścić listę wegańskich przepisów, jakie są dostępne na blogu: wszystkie sprawdzone ;)

Przepis na wegańską szarlotkę (forma o wymiarach 20x20cm ) (Przepis pochodzi z bloga: http://www.truetastehunters.com/ )

Składniki:

Ciasto:

  • 120 g mąki kokosowej
  • 120 g mąki z ciecierzycy
  • 50 g skrobi kukurydzianej
  • 1,5 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 125 ml syropu klonowego
  • 125 ml oleju kokosowego
  • 100 ml waniliowego mleka sojowego (albo innego roślinnego)
  • ziarenka z 0,5 laski wanilii
  • 1,5 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • 700 g domowych prażonych jabłek wymieszanych z 2-3 łyżkami ksylitolu, 1 łyżeczką cynamonu i 1 łyżką soku z cytryny (waga nie surowych, ale już uprażonych jabłek, gotowych do wyłożenia na ciasto)

Sposób przygotowania:

W kąpieli wodnej rozpuścić olej kokosowy. Dodać mleko roślinne, sól, ziarenka wanilii i syrop klonowy – całość podgrzać do połączenia składników, odstawić do lekkiego wystygnięcia i wmieszać mielone siemię lniane.

Do miski przesiać wszystkie mąki wraz z bezglutenowym proszkiem do pieczenia.

Do suchych składników wlać mokre, dokładnie wymieszać, zagnieść ciasto, owinąć folią spożywczą (wystarczy z wierzchu przykryć miskę, bo ciasto może pozostać w formie kruszonki) – schłodzić przez 30 minut w lodówce.

Ciasto podzielić na dwie części: pierwszą wylepić spód wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blaszki, później rozsmarować prażone jabłka (jabłka umyć, obrać, pozbawić gniazd nasiennych, pokroić w kostkę, wrzucić do garnka, dodać ksylitol, sok z cytryny i cynamon – smażyć pod przykryciem, od czasu do czasu mieszając, aż do zmięknięcia; mają być miękkie, ale jeszcze w kawałkach), wyrównać i z wierzchu oprószyć pozostałą kruszonką.

Piec około 50 minut, w temperaturze 175°C (jeśli kruszonka będzie się przypalała należy szarlotkę przykryć papierem lub folią aluminiową)

Wyjąć. Wystudzić albo jeść od razu, jeszcze ciepłą ;)

Inne wegańskie przepisy:

1. Makowiec w kruchym cieście

2. Orzechowiec

3. Piernik marchewkowy (z kremem z tofu i suszonymi owocami)

4. Waniliowy tofurnik na bananowo-migdałowym cieście (z konfiturą pomarańczową i suszonym mango)

5. Dyniowo-orzechowy tofurnik (z konfiturą pomarańczową i nerkowcami)

6. Cytrynowy nernik (z suszonymi płatkami róży oraz pistacjami)

7. Dyniowo-kokosowy jagielnik (z sosem daktylowo-orzechowym i figami)

8. Mazurek orzechowo-chałwowy

9. Blondie (z dżemem z czarnego bzu, malinami i orzechami ziemnymi)

10. Ciasto kasztanowe (z suszoną żurawiną, dżemem rokitnikowym i orzeszkami pinii)

11. Kasztanowe ciasteczka (z żurawiną i migdałami)

12. Torcik Raffaello

13. Jaglane praliny Raffaello

14. Jaglany krem Raffaello

12. Muffiny

13. Babeczki jaglano-bananowe 

13. Owsiano-ryżowe tartaletki z budyniem waniliowym oraz jeżynami

14. Jaglane serduszka buraczano-jabłkowe z sosem wiśniowym

14. Orkiszowo-owsiane ciastko kawowe (z masłem orzechowym i konfiturą bananowo-gruszkową z wanilią)

15. Ciasteczka owsiane z bananem

16. Kukurydziano-ryżowe pieczone pączusie (z dżemem figowym i kokosowym deserem sojowym)

17. Słodkie bułeczki (kukurydziano-pomarańczowe z nadzieniem kokosowym, pieczone naleśniczki ryżowo-owsiane z nadzieniem z tofu jedwabistego i rodzynków, orzechowo-owsiane kwadraciki z wiśniami i sosem daktylowym)

18. Kawowe trufle z tofu

19. Dyniowo-orzechowo-kokosowe pralinki

20. Pralinki nadziane wiśniami i masłem orzechowym

21. Marchewkowo-orzechowe pralinki owsiane

22. Kokosowy pudding z chia z jęczmiennymi lodami bananowymi

23. Kokosowa biała czekolada z migdałami

24. Kukurydziany pudding z musem malinowym

25. Banany w cieście kukurydzianym

26. Kokosowy krem z awokado i banana

27. Budyń marchewkowo-pomarańczowy

28. Pasztet z cieciorki

29. Chipsy z jarmużu

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 3 komentarzy

Trochę późno, ale jest: wegański makowiec w kruchym cieście

Przepis niby typowo bożonarodzeniowy, ale kto powiedział, że makowce można jeść tylko w grudniu? No nikt – to tylko schematy, które czasem warto przełamywać (wiedzą ci, którzy chcą i mają odwagę). Tu nie tyle odwaga jest potrzebna, co zamiłowanie do maku i wegańskich wypieków; może i odbiegających od tradycyjnych, ale zdrowszych (bez jajek, cukru, białej mąki, mleka i masła) i według mnie znacznie smaczniejszych.

W oryginalnym przepisie była mieszanka skrobi kukurydzianej z mąką ryżową oraz owsianą – ja tę owsianą zamieniłam na kukurydzianą, choć lubię obie, to kiedy za oknem ponuro i dusza smutnawa wymarzył mi się bardziej słoneczny kolor.

Ten makowiec ma cztery główne zalety (a sam w sobie jest ideałem: z tym kruchuteńkim spodem i dość ciężką, wypełnioną bakaliami masą): przepyszny, bezglutenowy, ekologiczny i bardzo szybki w przygotowaniu.

Jeśli nie zostanie zjedzony od razu, to z powodzeniem można go zamrozić, bo to nie ujmuje mu smaku – sprawdzone ;)

Przepis na wegański makowiec w kruchym cieście (forma o wymiarach 20x30cm ) (Przepis pochodzi z bloga: http://www.natchniona.pl/ )

Składniki:

Ciasto:

  • 150 g mąki ryżowej
  • 150 g mąki kukurydzianej (lub owsianej)
  • 50 g skrobi kukurydzianej
  • 100 ml oleju orzechowego
  • 100 ml syropu klonowego lub z agawy
  • 0,5 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia

Masa makowa:

  • 500 g mielonego suchego maku
  • 150 g bakalii (u mnie tylko rozmoczone rodzynki)
  • 350 ml waniliowego mleka sojowego
  • skórka otarta z 1 ekologicznej pomarańczy
  • 1 szklanka syropu z agawy
  • ziarenka z 0,5 laski wanilii

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto wymieszać w misce, zagnieść i podzielić na większą oraz mniejszą część. Większą część dokładnie wgnieść na spód blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia i ponakłuwać widelcem.

Podpiec około 12 minut, w temperaturze 190°C

Na podpieczonym spodzie równomiernie rozprowadzić masę makową (powstałą z połączenia wszystkich powyżej podanych produktów), a na niej rozpłaszczone pozostałe fragmenty ciasta lub ciasteczka wycięte foremkami (u mnie gwiazdki).

Piec około 25-30 minut, w temperaturze 180°C

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Człowiek nic o sobie nie wie. Sądzi, że siebie zna – jakże bardzo się myli. Z biegiem lat coraz mniej rozumie, kim jest osoba, w której imieniu wypowiada się i działa” – „Krasomówca” autorstwa Amélie Nothomb

Szłam dzisiaj wzdłuż rzeki, skrywającej zapewne ciała samobójców, demoniczne Baby wodne, zwodnicze Syreny, blade, długowłose Rusałki z ziołowymi wieńcami oraz srebrzystymi szatami i gigantyczne humanoidy oplecione siecią wodorostów. Szłam bez pośpiechu, nasycając społecznym bezhałasem i ludzką nieobecnością. Tylko Natura, Ja i samotny most. W tle padający deszcz. Czułam się jak umierająca Wiosna odarta z barw i motyli: tęsknie, przygnębiająco, ale mimo wszystko lirycznie. Zerkałam na poranione gałęzie śliwy, przywiędłe forsycje, także hasłami głoszące miłość i nienawiść mury. Widziałam polującą mewę i leżącego na brzegu rudego kota. Popijałam mocne, gorące espresso z tekturowego kubka. W torebce miałam kilka dorodnych cytryn, które zapomniałam wczoraj wyłożyć: też tutaj byłam. Ale wtedy wciągałam zapach mułu, świeżej trawy i mokrych kamieni. Podziwiałam łąki płonących mniszków, różowe migdałki, pękające pąki magnolii, rozkwitające grusze, mirabelki i jabłonie. Tafla mieniła się kolorami odbijającego słońca. Minął mnie chłopiec na hulajnodze, a ja minęłam pasiaste markizy, za którymi popijano herbatę i jedzono śmietankowe lody, paplając o denerwującym mnie niczym, do którego każdy ma prawo. Chmury były gęste i falbaniaste, a niebo czyste jak wytryskujący górski strumień. Nastrój był pogodny, a pogoda była nastrojowa. Chociaż czasami, kiedy przestaję myśleć.

Wróciłam do domu, zdjęłam płaszcz i roztarłam zziębnięte dłonie. Ręcznikiem wysuszyłam włosy – zapomniałam parasola. Dwa ogony odmerdywały powitalną pieśń. Nastawiłam czajnik, by stworzyć niewyobrażalnie gorzki napar z czarnego bzu dla równowagi osładzany sztucznym napojem kawowym. A gdy na klatce ktoś wnosił nowe i wynosił zużyte meble, sięgnęłam po kolejną książkę zaskakującej, mglistej Amélie Nothomb i pogrążyłam w ruralistycznym świecie „Krasomówcy”.

Były nauczyciel łaciny i greki Emil Hazel i jego ukochana Juliette są emerytowanym, bezdzietnym małżeństwem od czterdziestu trzech lat, ale razem aż od sześćdziesięciu, bowiem poznali się i zakochali już na samym początku edukacji (dzieli ich miesiąc różnicy: on jest z grudnia, ona ze stycznia). Od zawsze cenią sobie ciszę oraz samotność, stąd, by odsunąć się od świata, który stanowi tylko stratę czasu, zgodnie z ulubionym przysłowiem: „Żeby żyć szczęśliwie, żyjmy w ukryciu”, postanawiają nabyć dom na wsi, co dość szybko im się udaje (bywają domy, które wydają rozkazy. Są bardziej władcze niż los: człowiek raz na nie spojrzy i z miejsca się poddaje. Będzie musiał tu mieszkać): jest ładny, niewidoczny, porośnięty glicyniami, usytuowany na polanie, nieopodal wioski Mauves, gdzie znajduje się sklep z niewielką ilością artykułów, a po drugiej stronie rzeki jest jeszcze zaledwie jeden, zamieszkiwany przez kardiologa, praktykującego jako internista – pana Palamedesa Bernardina i jego połowicę Bernadette, który to pewnego zimowego po południa, około godziny czwartej, postanawia ich odwiedzić:

Wyglądał jak smutny Budda. W każdym razie nie można mu było zarzucić gadatliwości. Przez dwie godziny, siedząc nieruchomo w fotelu, odpowiadał na moje nieszkodliwe pytania. Nie od razu, jakby musiał się zastanowić, nawet kiedy zagadywałem o pogodę. Wydał mi się wzruszający: ani przez chwilę nie wątpiłem, że ta wizyta go nudzi. Jasne było, że poczuł się do niej zobowiązany, by zadośćuczynić konwenansom. Miałem wrażenie, że rozpaczliwie wyczekuje chwili, kiedy będzie mógł się pożegnać. Widziałem, że jest za bardzo skrępowany, by zdobyć się na odwagę i wypowiedzieć zbawienne słowa: »Nie będę państwu dłużej przeszkadzał« albo: »Miło mi było państwa poznać«.

Niestety te wnioski nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, bo to dwugodzinne najście staje się początkiem dramatu, ponieważ sąsiad postanawia między szesnastą a osiemnastą bywać u nich CODZIENNIE: punktualnie przychodzi – siada – milczy (a jest to milczenie ani przytulne, ani pełne obietnic, lecz irytujące, czyniące z człowieka kupkę nędznej materii) – nie patrzy na nic – minę ma otępiałą i niezadowoloną – twarz bez śladu łagodności i spokoju, za to wyrażająca najwyższą pogardę dla innych, z permanentnym smutkiem (takim nieeleganckim, ciężkim, niewzruszonym, beznadziejnym) – odpowiada lapidarnie, w zasadzie jego słownik zamyka się na wyrazach: „tak” i „nie”, a jeśli pytania przekraczają poza ich zasób wyraźnie przeżuwa złość, z kolei przy obustronnym milczeniu okazuje oburzenie, że nie jest absorbowany „rozmową” (w jego prymitywnym mózgu jednorazowa grzeczność urasta do rangi prawa), wraz z upływem czasu przekraczającą granice groteskowości; zalewa go monotonnym strumieniem słów, mówi zawile, męcząco, bezładnie i jałowo, nawet dzięki czemu stwierdza, że zabawniej jest być nudziarzem niż zajmującym – aczkolwiek nie uzyskuje oczekiwanego efektu, a więc zniechęcenia natrętnego gościa, w zderzeniu z którym dochodzi jednak do zaskakujących wniosków, mianowicie:

Nie mogłem się powstrzymać, by go nie podziwiać; był czy nie był niedorozwinięty, miał tę odwagę czy też tupet, których ja nigdy nie miałem: nic nie odpowiadać. Żadnego »nie wiem«, żadnego wzruszenia ramionami. Kompletna obojętność. Jak na kogoś, kto godzinami u mnie przesiadywał, graniczyło to z cudem. Byłem zafascynowany. I zazdrościłem, że jest do tego zdolny. Nie wyglądał nawet na skrępowanego – to my czuliśmy się skrępowani! Szczyt wszystkiego! Zresztą niesłusznie się dziwiłem: gdyby chamy wstydziły się swoich manier, przestałyby być chamami. Przyłapałem się na myśleniu, że to wspaniale być gburem. Co za komfort: pozwalać sobie na wszelkiego rodzaju uchybienia, a poczucie winy pozostawiać innym, jakby to oni źle się zachowali!

Jego niema obecność ma w sobie coś przerażającego: wręcz doprowadza małżonków do szału, nawet zaczynają się lękać, stają niespokojni, a otwierają mu gdyż są uprzejmi, a uprzejmość wynikająca z dobrych manier jest po prostu nieświadoma. Sytuacja staje się nieznośna i zagmatwana od teorii kim on jest i dlaczego tak czyni: gbur? mag? wariat? brutal? opóźniony w rozwoju? nieśmiały? nieszczęśliwy? intelektualista? tuman? nieokrzesany typ? biedna życiowa oferma? tyran? niebezpieczny szaleniec?, stąd postanawiają znaleźć jakąś broń i najpierw zaczynają kpić, potem wpadają w gniew (skrajne zachowania: gwałtowne i ordynarne, dające niespodziewane szczęście), pozostawiający wrażenie utracenia czegoś nieuchwytnego i istotnego, dalej, po jego próbie samobójczej, zaczynają współczuć i pomagać zdławionej małżonce („cysta”, „góra cielska”, „macka tłuszczu”, „obrzęk”, „baryła”), która w przeciwieństwie do Palamedesa potrafi się cieszyć  drobiazgami (wypicie sosu czekoladowego, pochłonięcie babki piaskowej, zapach stokrotki, widok błękitnego nieba, sen), czego on, nie mogąc udźwignąć, kategorycznie jej zabrania. I właśnie to okazuje się być dla Emila kluczem: pan Bernardin jest zakałą iście mitologiczną; chodzi po ziemi, zatruwając ludziom życie, ale nie czerpie z tego perwersyjnej przyjemności – to męczenie męczy również jego, wszakże nie może i nie chce inaczej, jako że doczesność go nie satysfakcjonuje. Cierpi więc na oziębłość wszystkich zmysłów, jego byt  to nicość (ale nie ta wspaniała jak u Wiktora Hugo, tylko nędzna i śmieszna), a on jest uwięziony sam w sobie i wyłącznie śmierć sprawi, iż przestanie być świadkiem własnej nieobecności (w celu kontroli upływu czasu otacza się całą masą zegarów). Jego wieczne niezadowolenie niszczy tych, znajdujących w pobliżu, koniec końców doprowadzając do jego zwycięstwa, albowiem:

W tej bezlitosnej walce nie liczyła się inteligencja, spryt, poczucie humoru czy zdolność zalewania przeciwnika potokiem erudycji. Żeby wygrać, należało być cięższym, bardziej nieruchomym, bardziej przytłaczającym, bardziej niegrzecznym, bardziej pustym. To ostatnie słowo chyba najlepiej go określało: pusty. Pan Bernardin był tym bardziej pusty, że był gruby: ponieważ był gruby, miał więcej miejsca, aby pomieścić swoją pustkę. Tak to jest na tym świecie: poziomki, jaszczurki i aforyzmy są zwięzłe i dają wrażenie pełni, tymczasem dynie, suflety z sera i przemówienia inauguracyjne są rozdęte proporcjonalnie do swojej pustoty. Nie ma w tym nic pocieszającego: moc pustki jest przerażająca. Rządzą nią niewzruszone prawa. Na przykład pustka nie dopuszcza dobra: uparcie zamyka przed nim drogę. Chętnie natomiast daje się opanować złu, jakby utrzymywała z nim odwieczne związki, jakby obojgu sprawiało przyjemność, że znowu się spotykają, aby odświeżyć wspólne wspomnienia (…) Dobro jest znacznie mniej przekonujące niż zło: to dlatego, że mają różną strukturę chemiczną.  Tak samo jak złoto, dobro nie występuje w stanie czystym: normalne więc, że nie wywiera wielkiego wrażenia. Ma przykry zwyczaj pozostawania biernym; woli robić z siebie widowisko. Zło natomiast podobne jest do gazu: niełatwo je zobaczyć, ale można wyczuć po zapachu. Najczęściej jest nieruchome, tworzy duszące rozlewisko; z początku wydaje się niegroźne – i dopiero widząc je w akcji, człowiek uświadamia sobie, jak się rozprzestrzeniło i czego dokonało – i leży na ziemi pokonany, bo wtedy jest już za późno. Gazu nie sposób usunąć.

Bo Emil nagle zaczyna badać tajniki swojej duszy, szukać wspomnień, staje się beznadziejnie gadatliwy, ze skłonnościami do wybuchów i mściwości, porzuca ideał szczęścia, godności, równowagi, alienacji, traci jedyną przyjaciółkę (osiemnastoletnią uczennicę Clarie), uświadamia sobie, że jest stary, słaby, tchórzliwy, godzi z niewiadomych powodów, by „zawracano mu dupę”, a osobiste życie postrzega jako banalną porażkę, co więcej dostrzega, iż posiada podwójną osobowość, gdyż nocą jest zarazem mroczniejszy i śmielszy (światło sprzyjało miałkiej komedii uprzejmości, ciemności pozostawiały z człowieczeństwa jedynie niszczycielską pasję). Ostatecznie postanawia zdeptać swoje przekonania i w noc przesilenia letniego, porzucając pasywność, przedkładając dobro bliźniego ponad własne, zachować szlachetnie, spełniając niewypowiedziane, ale domniemane przez niego życzenie biednego człowieka: dusi więc Palmenidesa poduszką, co sprawia, że przestaje wiedzieć o sobie cokolwiek.

„Krasomówca”, czyli licząca zaledwie 125 stron książka to dla mnie skondensowana, ale porażająco wnikliwa opowieść o ucisku, o odrzuceniu, wynikającym z niezrozumienia drugiego, ze strachu przed jego odmiennością, przed którą człowiek zwykle tak bardzo się broni: nie znam, więc nie akceptuję, eliminuję, potępiam, bo z tą niewiedzą po pierwsze jest mi niewygodnie, po drugie szkoda czasu, po trzecie obawiam się, bo nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać, po czwarte nie pochwalam, że ktoś nie tak samo, że poza schematem, że zmienione wytyczne, stąd albo pięknym gadaniem ukształtuję cię na siebie, zinterpretuję tak, jak mi wygodnie, wedle moich racji, by było łatwiej, bo jednolicie, albo zniszczę, odtrącę. Dyktatorskim krasomówcą jest więc sam Emil, z kolei Palamedes to człowiek na wskroś nieszczęśliwy, domagający bliskości, jednak na pierwszy rzut oka nieczytelny, nietypowy, zwyczajnie inny, wobec tego stanowiący komunikacyjno-integracyjno-poznawcze wyzwanie; niestety zbyt skomplikowane, zbyt zagadkowe, by marnotrawić na niego swoje cenne minuty.

Ja właśnie tak to odczytuję, i w tym rozumieniu serdecznie polecam.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Sernik krakowski

Z dzieciństwa pamiętam tylko trzy rodzaje serników: pierwszy – klasyczny, bez spodu, z polewą czekoladową, czyli wiedeński, drugi – elegancki, ciężki, z kakaową kruszonką, a więc królewski i polski słodki specjał z bakaliami oraz charakterystyczną kruchą kratką, to jest krakowski, który właśnie dzisiaj po raz pierwszy upiekłam i bez wahania polecam poniższy przepis, bo wyszedł wspaniały.

Idę pokroić i poczęstować bliskich ;)

Przepis na sernik krakowski (forma o wymiarach 35x25cm ) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

*dwukrotnie zwiększyłam ilość ciasta i tak też podaję, bo na oko wydawało mi się go trochę za mało i dobrze zrobiłam, choć zostało mi go jeszcze na kilka ciasteczek, to lepiej zrobić ciut więcej niż mniej ;)

*by rodzynki nie opadały na spód należy najpierw zalać je wrzątkiem i poczekać aż zmiękną, potem dokładnie odsączyć i obtoczyć w mące ziemniaczanej

Składniki:

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 200 g cukru pudru
  • 16 g cukru waniliowego
  • 250 g masła (zimnego)
  • 2 jajka

Masa serowa:

  • 1 kg twarogu półtłustego (zmielonego przynajmniej dwukrotnie)
  • 8 jajek
  • 100 g masła (miękkiego)
  • 250 g cukru
  • 3 łyżki cukru waniliowego
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 100 g rodzynków
  • wrzątek
  • szczypta soli

Lukier:

  • 1 białko
  • 150 g cukru pudru
  • sok wyciśnięty z 1 małej cytryny

Dodatkowo:

  • 1 żółtko do posmarowania pasków

Sposób przygotowania:

Rodzynki zalać wrzątkiem – odstawić.

Składniki na ciasto zagnieść, uformować w kulę, owinąć folią spożywczą – schłodzić 1h w lodówce.

Wyjąć. Podzielić na większą i mniejszą część.

Większą część rozwałkować, umieścić w formie wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia i ponakłuwać widelcem.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 180°C

Masło utrzeć z 200 g cukru oraz cukrem waniliowym na puch, potem, cały czas miksując, dodawać na zmianę zmielony twaróg i po jednym żółtku.

W osobnym naczyniu ubić białka ze szczyptą soli na sztywno, a pod koniec ubijania wsypać pozostałe 50 g cukru.

Pianę wmieszać delikatnie do masy serowej.

Na sam koniec dodać rodzynki (dokładnie odciśnięte i wysuszone) zmieszane z mąką ziemniaczaną.

Masę wylać na podpieczony spód, wyrównać, po czym rozwałkować mniejszą część ciasta i powycinać z niej paski, z których należy ułożyć kratkę, a z wierzchu posmarować ją żółtkiem.

Piec około 50-60 minut, w temperaturze 170°C

Wyjąć. Wystudzić. Kratkę posmarować lukrem (wymieszać dokładnie wszystkie składniki).

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Najsmaczniejsze i najprostsze ciasto czekoladowe

Już na samym wstępie muszę zaznaczyć, że jest to ciasto warte wypróbowania: po pierwsze dlatego, że jest bardzo proste w wykonaniu, po drugie dlatego, że zawiera składniki zwykle dostępne w domu, po trzecie ponieważ jest ogromne, podzielne: dla całej rodziny i znajomych, po czwarte gdyż w swej prostocie jest po prostu pyszne; a smakuje dość podobnie do popularnego murzynka (jest bardziej mięsiste, trochę cięższe, ale też intensywniej czekoladowe) ;)

UWAGI:

1. Masło musi być naprawdę miękkie, bo jak na jego ilość jest tutaj sporo cukru, więc jeśli będzie twardawe to w trakcie miksowania wyjdzie coś w rodzaju kruszonki (ale trzeba ucierać cierpliwie, do skutku, około 6-7 minut).

2. Nie ma się co zrażać ilością gorzkiego kakao oraz czekolady, ponieważ ciasto nie wychodzi suche, lecz mięciutkie i wilgotne.

3. Bardzo ważne, by do masy maślanej dodawać przesiane suche składniki, na zmianę z mlekiem, mieszając je wyłącznie rózgą kuchenną i tylko do momentu połączenia, co pozwoli uniknąć zakalca.

Przepis na ciasto czekoladowe (forma o wymiarach 34x23cm ) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 260 g mąki pszennej (tortowej)
  • 35 g gorzkiego kakao
  • 110 g gorzkiej czekolady
  • 120 g masła (miękkiego)
  • 1,5 szklanki cukru
  • 2 duże jajka
  • 1,5 szklanki mleka
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Polewa:

  • 120 ml śmietany 30%
  • 140 g gorzkiej czekolady

Sposób przygotowania:

Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej – przestudzić.

Masło ubić z cukrem na puszystą masę, po czym cały czas miksując, wbijać jajka, jedno po drugim, dalej dodać aromat waniliowy i wlać strużką przestudzoną czekoladę. Na sam koniec, na zmianę z mlekiem wsypywać przesiane suche składniki (mąkę, gorzkie kakao oraz proszek) – wymieszać ręcznie (przy pomocy rózgi kuchennej), tylko do połączenia się składników.

Ciasto przelać do wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia formy.

Piec około 40 minut (lub trochę dłużej), w temperaturze 165°C

Wyjąć. Wystudzić. Oblać polewą czekoladową (zagotować śmietanę, wrzucić do niej połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos).

 

 

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Kobiety portret własny, czyli kilka filmów o niewiastach

Kolejny smutny dzień przyrody był wczoraj, choć powietrze mniej porywcze, więc włosami twarzy nie zaścielało i chłodem nie wślizgiwało pod wiosenny płaszcz, to jednak przy tym takie ciężkie, wilgotne, duszące jak gryzące sumienie lub tendencyjny Los. Może przedburzowe? Chciałabym by rozpętała się burza, by na tle granatowego krajobrazu dziko trzaskało świetlistymi błyskawicami, unaoczniając śmiertelnikowi jego miałkość, a potem, żeby pachniało ziemiście. To zemsta natury czy gniew Boga? Albo krzyk zmarłych? Nie chcę wierzyć w pospolite wyładowania elektryczne, bo to zbyt katastroficzne, awanturnicze, eksplozywne, wszechobejmujące, zbyt potężne, by mogło sprowadzić się do takiego frazesu. Frazesy tworzą ludzie.

Oglądałam podeszwy poodciskane na mokrym piachu: jedne były pasiaste, drugie w zygzaki, trzecie ukwiecone, pozostałe gładkie, szerokie, wąskie, długie bądź krótsze, duże oraz małe, sportowe, eleganckie, lekkie, ciężkie, z obcasem albo bez, profilowane i nie, bardziej lub mniej oddalone. Wyczulony szewc niemało wyczyta z butów, stąd każdy zakłamany wróżbita niech skurczy się, zyskując tę świadomość. Buty mówią wiele o człowieku, znacznie więcej niż komukolwiek się wydaje.

A nad moimi głowami latały mewy: szybowały przepięknie – takie uwznioślone, pełne krasy, swobody. A w mojej torbie mieszankę keksową splatały cienkie gałązki skórzastego, naznaczonego wieczną zielenią bukszpanu. A u mego boku wiernie deptały uszczęśliwione psy – one zawsze są rozradowane i szczerze im tego zazdroszczę.

Gdy pokonałam schodów tysiące i zatrzasnęłam drzwi przed światem, zaparzyłam rumową kawę i odpaliłam ostatni z czterech filmów, jakie ostatnio udało mi się zobaczyć – ich wspólnym spoiwem jest to, że wszystkie opowiadają o kobietach. Kobietach, z którymi tak dobrze i tak źle żyć. Kobietach, będących najsłodszym i najbardziej cierpkim pokarmem tego łez padołu.

1. „Carrie Pilby” , reż. Susan Johnson (na podstawie powieści Caren Lissner) – ekscentryczna, wyobcowana, zamknięta w sobie, umysłem wręcz genialna i nad wyraz dojrzała Carrie (Bel Powley), w wieku dziewiętnastu lat zostaje absolwentką literatury na prestiżowym Uniwersytecie Harvarda, a po jego ukończeniu tak naprawdę nie wie co ma dalej zrobić ze swoim życiem, stąd całe dnie spędza w samotni nowojorskiego mieszkania, gdzie czyta po siedemnaście książek tygodniowo, z kolei nocami tkwi nad korektą prawniczych teksów. Zaprzyjaźniony z mieszkającym w Londynie ojcem (Gabriel Byrne), starającym po śmierci żony ułożyć na nowo codzienność z niejaką Fliss (Poorna Jagannathan), narażając tym samym na gniew pierworodnej, terapeuta Petrov (Nathan Lane), chcąc wszczepić w nią odrobinę radości i nastoletniej spontaniczności sporządza listę z podpunktami, których zrealizowanie ma uczynić ją szczęśliwą, bo potrafiącą funkcjonować w społeczeństwie osobą, a chodzi o: znalezienie przyjaciela, przewertowanie ulubionego dzieła, zrobienie czegoś, co w dzieciństwie sprawiało największą frajdę, kupienie zwierzaka, umówienie na randkę i spędzenie z kimś sylwestra. Początkowo kartka zostaje wyśmiana, ale potem, po krótkim zastanowieniu, kompletnie pozbawiona zapału bohaterka zaczyna odhaczać kolejne cele, dzięki czemu nie tylko poznaje zwariowaną Tarę (Vanessa Bayer), niezdecydowanego Matta (Jason Ritter), uroczego, grającego pod jej oknem na didgeridoo Cy (William Moseley), odzyskuje pożyczoną starszemu profesorowi, z którym zresztą miała kiedyś romans, książkę, kupuje złote rybki i przypomina sobie smak wiśniowej oranżady, ale też na rzecz sentymentalnych, uogólnionych chwil, porzuca swoją ironiczną, rezolutną, zdystansowaną część, w efekcie czyni coś, czego tak bardzo obawiał się Gombrowicz: UPUPIA, uśmierca indywidualizm na rzecz spospoliciałego ujednolicenia.

źródło ilustracji: http://opolskielamy.pl/wp-content/uploads/2017/02/carriepilby_01.jpg

2. „Kolekcja sukienek”, reż. Marzena Więcek (inspiracją do powstania scenariusza była sztuka Magdaleny Rybarczyk „Mówią o sobie”) – to osiem historii zaprezentowanych na zasadzie monologów ośmiu kobiet: Luizy (Ewa Szykulska), Iwony (Marzena Trybała), Agnieszki (Katarzyna Bujakiewicz), Moniki (Adrianna Biedrzyńska), Anny (Dorota Stalińska), Sylwii (Marzena Wieczorek), Katarzyny (Iwona Katarzyna Pawlak) oraz Joanny (Marzena Więcek), które odpowiadają na pytania zagadkowego, bo dopiero na końcu pokazanego ankietera (Zbigniew Zamachowski). Znajdują się one w różnym wieku, wykonują inne zawody, mają odmienne zainteresowania i dzieje, są rozwódkami, posiadają mężów, dzieci, wnuki albo nie, nawet bywają atrakcyjne, wykształcone, zamożne, z paroma sukcesami na koncie, jednak po zrzuceniu paradnej maski, niezbędnej do wyrecytowania podpartej teatralną pozą kwestii, że zawsze jest pięknie i gładko okazuje się, że każda skrywa osobisty dramat, jakąś tajemnicę, nałóg, poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, lęku, a ostatecznie wszystkie łączy pustka, niespełnienie, wyobcowanie, rozczarowanie, zagubienie, potrzeba wygadania oraz mentalno-egzystencjalna samotność, bo nawet jeśli gdzieś znajduje się męskie ramię, to nie na tyle stabilne i wyrozumiałe, by można się było na nim wesprzeć; na co zresztą wskazuje scena końcowa.

źródło ilustracji: http://0.s.dziennik.pl/pliki/9656000/9656481-ewa-szykulska-w-filmie-kolekcja-900-506.jpg

3. „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, reż. Maria Sadowska – to dzieje słynnej ginekolog Michaliny Wisłockiej (Magdalena Boczarska), która w okresie PRL-u postanowiła zrewolucjonizować polską, zaskorupiałą, pruderyjną obyczajowość seksualną, tocząc boje z absurdalnym system, socjalistyczną cenzurą i ludzką mentalnością. Kobieta jest niezłomna w dążeniu do wydania książki-poradnika, mającego zmienić ówczesne myślenie i podejście do spraw intymnych, odsłaniając sekretne obszary, uzupełniając wiedzę oraz wyjaśniając kwestie, o których każdy wstydził się mówić na głos; a jest o czym, bo jak się okazuje z pożycia można czerpać radość, tyle że po pierwsze musi być świadome, a po drugie trzeba porzucić egoizm i również myśleć o przyjemności partnera, bowiem orgazm nie jest wyłączną domeną mężczyzn, którzy niestety w tamtym czasie szczególnie nie przepadali za postępowymi niewiastami, a Wisłocka taka jest: barwna, temperamentna, dowcipna, wyedukowana, uparta, odważna, nowoczesna, rezolutna, ekscentryczna, niby silna, a jednak bardzo wrażliwa, niby wyzwolona, a mimo wszystko powściągliwa, zamknięta w obszarze własnych lęków, na pewno zdeterminowana, zaangażowana w życie naukowe, przez co często nieobecna w tym prywatnym, w którym wraz z zapatrzonym w siebie Stanisławem (Piotr Adamczyk) i przyjaciółką Wandą (Justyna Wasilewska) tworzy miłosny trójkąt, co w efekcie nikomu nie wychodzi na dobre. Emocjonalnie oraz w kwestii erotycznego spełnienia muśniętego dowartościowaniem i podziwem dość dobrze (bo w danej chwili, ale również przyszłościowym obeznaniem) wychodzi na epizodycznej relacji z żonatym Jurkiem (Eryk Lubos), ale niestety ani to, ani macierzyństwo nie dają jej pełnego szczęścia. Z pewnością ofiarowała je praca i może dlatego tak się na niej skupiała? Niemniej jednak uczyniła swoją historię ponadczasową, wypełniając puste miejsce wiedzą, która bądź co bądź jest niezbędna.

źródło ilustracji: http://img1.styl.fm/resize/w650/newsy/galerie/2017/02/20817/382925-eryk-lubos-w-sztuce-kochania-rozkochal-w-sobie-wislocka-kim-jest-nowy-amant-z-twarza-mordercy.jpg

4. „Wyznania nastolatki”, reż. Marielle Heller (adaptacja powieści graficznej Phoebe Gloeckner) – to opowieść o piętnastoletniej  Minnie (Bel Powley), która jak każda dojrzewająca dziewczyna zaczyna interesować się seksem, jak większość nie jest zadowolona ze swojego wyglądu, ale już jak zdecydowana mniejszość nawiązuje romans z dwadzieścia lat starszym Monroe (Alexander Skarsgård), czyli partnerem wyluzowanej, lubiącej od czasu do czasu odurzyć się narkotykami matki Charlotte (Kristen Wiig); i to właśnie za jego przyczyną poznaje smak czynności intymnej, relacji toksycznej i miłości zabronionej. Do tego wszystkiego dochodzi nerwowy ojczym Pascal (Christopher Meloni), nie mogący pogodzić z faktem odrzucenia, nieznośna, podsłuchująca i szantażująca młodsza siostra Gretel (Abby Wait), szalone imprezy uatrakcyjnione szczyptą dragów, erotyczny epizod z inną kobietą, zrobienie laski przypadkowemu gościowi, w asyście przyjaciółki Kimmie (Madeleine Waters), za pięć dolców w publicznej toalecie obskurnego klubu, ucieczka z domu, masa wątpliwości, krzyków, tańców, śmiechów, przemyśleń, wyobrażeń, sekretów, fantazji i rysowniczej pasji dziwacznych komiksów.

źródło ilustracji: http://www.hbo.pl/siteimages/galleryimages/227000/227780/resized/000_the_diary_of_a_teenage_girl_000_-_960.jpg

Skomplikowane te kobiety: złożone z osobliwych konfiguracji, chaotycznej harmonii, naturalności i wystudiowanej maniery, z całego wachlarza marzeń, nadziei, oczekiwań, poświęceń, smutków, sprzeczności, ekscytacji, pamiętliwe i potrafiące zbyt wiele wybaczyć, szalone i umiarkowane, heroiczne i zalęknione, kruche i potężne, kochające namiętnie i nienawistnie, cierpliwie wznoszące i gwałtownie niszczące, zawsze nieoczywiste – nigdy niezgłębione, obfitujące w wiedzę tajemną, dotyczącą ich samych.

A co na to Mickiewicz?

Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!
Postaci twojej zazdroszczą anieli,
A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!…
Przebóg! tak ciebie oślepiło złoto!
I honorów świecąca bańka, wewnątrz pusta!
Bodaj!… Niech, czego dotkniesz, przeleje się w złoto;
Gdzie tylko zwrócisz serce i usta,
Całuj, ściskaj zimne złoto!
______

Ja, gdybym równie był panem wyboru,
I najcudniejsza postać dziewicza,
Jakiej Bóg dotąd nie pokazał wzoru,
Piękniejsza niżli aniołów oblicza,
Niżli sny moje, niżli poetów zmyślenia,
Niżli ty nawet… oddam ją za ciebie,
Za słodycz twego jedynego spojrzenia!
______

Ach, i gdyby w posagu
Płynęło za nią wszystkie złoto Tagu,
Gdyby królestwo w niebie,
Oddałbym ją za ciebie!
Najmniejszych względów nie zyska ode mnie,
Gdyby za tyle piękności i złota
Prosiła tylko, ażeby jej luby
Poświęcił małą cząstkę żywota,
Którą dla ciebie całkiem poświęca daremnie!

No i Justyny portret własny…

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy, Życie | Skomentuj

Mazurek wiśniowo-czekoladowy

Myślę, że to najlepszy mazurek jaki dotychczas upiekłam: kruchutki, maślany, słodki, ale nie do przesady, bo masę kajmakową równoważy krem z gorzkiej czekolady i nasączone w alkoholu wiśnie ;)

Pozostałe przepisy dostępne na blogu:

1. Mazurek czekoladowy „Noc i dzień”

2. Kolorowy mazurek z bakaliami

3. Wielkanocne mini mazurki

4. Wegański, bezglutenowy mazurek orzechowo-chałwowy

Przepis na wiśniowo-czekoladowego mazurka (forma o wymiarach 20x25cm ) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

Ciasto:

  • 200 g mąki pszennej (tortowej)
  • 150 g masła (zimnego)
  • 50 cukru pudru
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki zimnej wody

Masa czekoladowa:

  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 200 g masła (miękkiego)
  • 100 ml mleka
  • 2 łyżki cukru pudru

Dodatkowo:

  • 2 pełne łyżki masy kajmakowej
  • frużelina wiśniowa (lub wiśnie z nalewki)
  • płatki migdałów

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Z podanych składników zagnieść ciasto, rozwałkować (ja jeszcze z części zrobiłam plecionkę i poprzyklejałam po bokach), umieścić w blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia – schłodzić przez 2-3h w lodówce.

Piec około 20 minut, w temperaturze 180°C

Wyjąć. Wystudzić.

Masa czekoladowa:

Mleko oraz połamaną czekoladę umieścić w rondelku i podgrzać aż do otrzymania gładkiego, gęstego sosu – wystudzić.

Masło ubić z cukrem pudrem na puch, po czym zmiksować z wystudzoną czekoladą.

Wykonanie:

Kruchy spód posmarować kajmakiem, dalej wycisnąć szprycą masę czekoladową, ułożyć rzędy wiśni, a na nich płatki migdałów.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wielkanocna baba drożdżowa z rodzynkami

Tradycyjna, OGROMNA, puszysta, mięciutka baba drożdżowa nafaszerowana rodzynkami i z wierzchu oblana cytrynowym lukrem, czyli wypiek idealny na Święta Wielkanocne ;)

Odsyłam też do innych przepisów na babki:

1. Wielkanocna babka Bounty

2. Wilgotna babka kakaowa na Wielkanoc

3. Bezglutenowa, niesamowicie delikatna babka piaskowa

4. Babka tulipan

5. Trójkolorowa: kawowo-kakaowo-waniliowa

6. Orzechowa z polewą czekoladową

7. Potrójnie cytrynowa z makiem

Przepis na wielkanocną babę drożdżową z rodzynkami (forma o średnicy 25 cm ) (Przepis na babkę pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Babka:

  • 3,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 21 g suchych drożdży
  • 0,5 szklanki cukru
  • 1 szklanka mleka (letniego)
  • 125 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)
  • 6 żółtek
  • 1 jajko
  • 150 g rodzynków
  • 1 łyżeczka aromatu cytrynowego
  • szczypta soli

Lukier cytrynowy:

  • 1 szklanka cukru pudru
  • 3 łyżki soku wyciśniętego z cytryny

Sposób przygotowania:

Rodzynki zalać wrzątkiem – odstawić.

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, po czym dodać resztę składników (włącznie z rodzynkami) i wyrobić z nich gładkie, elastyczne ciasto – odstawić pod przykryciem na 1,5h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto wyjąć, ponownie wyrobić i umieścić w natłuszczonej masłem i oprószonej mąką pszenną formie – odstawić na kolejne 1,5h.

Piec około 30-40 minut, w temperaturze 170°C (może być trochę dłużej; patyczek wetknięty w ciasto musi być suchy, ale nie można też piec zbyt długo, bo wtedy będzie zbyt suche)

Wyjąć. Wystudzić. Polukrować.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Cytrynowo-kokosowe króliczki wielkanocne

W zeszłym roku upiekłam babeczki jogurtowe w kształcie stokrotek (przepis TU), więc w tym postawiłam na cytrynowo-kokosowe króliczki, z którymi może jest nieco więcej zabawy, ale efekt wychodzi naprawdę świetny: są puszyste, miękkie, delikatnie cytrynowe, nieduże, z aksamitnym kremem śmietankowym oprószonym wiórkami koksowymi – w sam raz na świąteczny stół i podarunek dla kogoś bliskiego ;)

Przepis na cytrynowo-kokosowe króliczki wielkanocne (12 sztuk ) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 165 g mąki pszennej (tortowej)
  • 160 g masła (miękkiego)
  • 120 g cukru
  • 3 jajka
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 łyżeczka aromatu cytrynowego
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Krem śmietankowy:

  • 200 g serka mascarpone
  • 100 ml śmietany 36%
  • 1 łyżka cukru pudru

Dodatkowo:

  • wiórki kokosowe
  • pianki marshmallows
  • draże czekoladowe
  • różowe kamyki arachidowe
  • czekoladowe sprinkles (na wąsy)

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć z cukrem na puch, cały czas miksując, dodawać po jednym jajku, potem skórkę otartą z cytryny i aromat cytrynowy. Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia – wymieszać.

Gotowym ciastem do 3/4 wysokości wypełnić papilotki do muffinów.

Piec około 20 minut, w temperaturze 180°C

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu posmarować kremówką ubitą z mascarpone i cukrem pudrem, oprószyć kokosem, przykleić uszy wykonane z przeciętych po skosie pianek, wcisnąć draże kakaowe w miejsce oczu, kamyki arachidowe w miejsce nosa, a po obu stronach umieścić wąsy z czekoladowych sprinkles.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy