Serowy torcik kawowo-borówkowy

Miałam ochotę stworzyć coś eleganckiego, coś kusząco kawowego, słodko-kwaskowatego, niemniej jednak subtelnego, najlepiej w formie niezbyt wysokiego, dwupoziomowego torcika, wzbogaconego jakimś owocowym akcentem, więc gdy natrafiłam na ten przepis od razu wiedziałam, że jest uosobieniem moich cukierniczych wizji.

Autorka łączy tu kawę z malinami, ale ja już jeden malinowy, dokładniej wafelkowy torcik z malinami, w tym roku upiekłam, stąd pomyślałam o jagodach, których nie znalazłam, potem o jeżynach, lecz ich również nie udało mi się kupić, dlatego też ostatecznie zdecydowałam się na borówki, które nawet najlepiej tutaj pasują, bo są mocno wyczuwalne, jednak wcale się nie narzucają, wręcz idealnie współgrają z puszystym kawowym biszkoptem i aksamitną, piankową masę serową oblaną gęstą polewą czekoladową.

Jest delikatnie. Jest wykwintnie. Jest pięknie, szybko i naprawdę przepysznie ;)

Przepis na serowy torcik kawowo-borówkowy (tortownica o średnicy 26 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

Biszkopt:

  • 100 g mąki pszennej (tortowej)
  • 80 g cukru
  • 3 jajka
  • 1 łyżka gorzkiego kakao
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
  • 2 łyżki oleju
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Galaretka z borówkami:

  • 2 galaretki o smaku jagodowym
  • 350 ml wrzątku
  • 500 g świeżych borówek

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretki z agarem; jeśli będzie problem ze znalezieniem jagodowej, to można albo wykonać samodzielnie (sok z jagód, wrzątek, agar, ksylitol, sok z cytryny, mrożone lub świeże jagody) albo po prostu zamienić smak

Kawowa masa serowa:

  • 650 g twarogu sernikowego (z wiaderka)
  • 250 g śmietany 36%
  • 4 kopiate łyżki cukru pudru
  • 3 łyżki kawy rozpuszczalnej
  • 3 płaskie łyżeczki żelatyny
  • 100 ml wrzątku

*w wersji wegetariańskiej żelatynę należy zastąpić agarem; ja zawsze żeluję agarem i zawsze wychodzi idealnie

Polewa czekoladowa:

  • 50 g gorzkiej czekolady
  • 50 g mlecznej czekolady
  • 8 łyżek mleka
  • 1 łyżka masła

Poncz:

  • 2 łyżeczki kawy + 2 łyżeczki cukru rozpuszczone w 125 ml wrzątku

Sposób przygotowania:

Jajka ubić z cukrem aż do otrzymania puszystej masy, a pod koniec wlać olej. Następnie wsypać mąkę przesianą z proszkiem, gorzkim kakao oraz kawą – delikatnie wymieszać.

Ciasto przelać do tortownicy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 15 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Zdjąć papier z biszkoptu i ponownie umieścić go w tortownicy. Nasączyć posłodzoną kawą.

Galaretki jagodowe rozpuścić w 350 ml wrzątku, po czym zalać nimi borówki (mogą być zamrożone), a gdy tylko zaczną tężeć przelać je na biszkopt i wstawić do lodówki do całkowitego ścięcia.

W tym czasie przygotować kawową masę serową: kawę oraz żelatynę zalać wrzątkiem, mieszać aż do rozpuszczenia i odstawić do wystygnięcia. Ser zmiksować z cukrem pudrem, dalej dodać do niego ubitą kremówkę. Na sam koniec wlać kawę z żelatyną – zmiksować.

Masę przelać na borówkową galaretkę, wyrównać wierzch i wstawić do lodówki aby stężała.

Przed podaniem ciasto oblać wystudzoną polewą czekoladową (wszystkie składniki rozpuścić w kąpieli wodnej i wymieszać aż do uzyskania gładkiego sosu).

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Kruche ciasto z agrestem i serem

Ciasto, które dzisiaj zaproponuję wyciągnęłam z piekarnika już kilka tygodni temu, ale ponieważ ciągle koncentrowałam się na czymś innym, to wstawiam je dopiero teraz, bo będąc w warzywniaku zauważyłam, że agrest jeszcze się pojawia, jednak w znikomych ilościach, a to właśnie on jest królem tego wypieku.

A jest to wypiek, zważywszy na znikomą ilość propozycji z tym owocem, naprawdę znakomity: kruche ciasto wypełnione słodką, kremową masą serową (nie jest to klasyczny sernik, ponieważ ciasto nie jest wysokie) z kwaśnym agrestowym akcentem, zasypane chrupiącą kruszonką, którą po wystudzeniu można dodatkowo oprószyć cukrem pudrem.

Pyszne, świeże i zapewniam, że nie mdłe – następne wspaniałe do kolekcji ciast z kapryśnymi produktami, do których należy również bardziej popularne ucierane z bezą  oraz biszkoptowe z agrestowym budyniem i śmietanowo-galaretkową pianką.

Polecam ;)

Przepis na kruche ciasto z agrestem i serem (blacha o wymiarach 24×35 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://ilovebake.pl/)

Składniki:

Spód:

  • 3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g masła (zimnego)
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 5 żółtek
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Masa serowa:

  • 750 g twarogu półtłustego (dwukrotnie zmielonego)
  • 2 jajka
  • 80 g masła (roztopionego)
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1,5 łyżeczki mąki ziemniaczanej

Dodatkowo:

  • 500 g agrestu

Sposób przygotowania:

Z podanych składników wyrobić kruche ciasto, podzielić je na 2 części: 2/3 i 1/3 – owinąć folią spożywczą i schłodzić przez 2h.

Następnie większą część wcisnąć na spód blachy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia i wstawić na 10 minut do piekarnika rozgrzanego do 180°C.

W tym czasie przygotować masę serową: zmielony ser zmiksować z jajkami, wlać roztopione masło, wsypać cukry i mąkę ziemniaczaną – połączyć.

Masę serową wyłożyć na podpieczony spód, wyrównać i lekko dociskając ponakładać umyty i osuszony agrest. Z wierzchu obsypać kruszonką powstałą ze startego na tarce pozostałego ciasta.

Piec około 40-50 minut, w temperaturze 180°C (do zarumienienia się kruszonki).

Wyjąć. Wystudzić. Można też przed podaniem obsypać cukrem pudrem.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Obietnica: rozpaczliwe otępienie

Na niebie noc rozsiewa czar.

Łzą obszar jest skażony.

Kotłuje się od wspomnień mar:

mój umysł rozstrojony.

 

Smętna ballada cichutko brzmi,

morwami tło zacienione.

Ktoś sobie dziarsko ze mnie drwi.

Ciało widmami gnębione.

 

Sztywnieję wzdłuż – leżę na wznak.

W uszach bezgłosem dzwoni.

Ciągle odczuwam oddechu brak -

nikt przed tym nie obroni.

 

Przeszywa ból, wypełnia złość.

Znam dobrze źródło lęku.

Los niespodzianie dał mi w kość -

odarł z ułudy wdzięku.

 

Strumyka szum, bunt gorzki wszczynam.

Psychikę zalały mroki.

Skrzypi podłoga – ja ten dźwięk znam:

czy Twoje słyszę kroki?

 

Wydarłeś się na przekór Tym,

co gwałtem uchwycili?

Zrobiłeś obłąkańczy dym,

celem do tych, co stracili.

 

Troskliwy wzrok i dobrze wiem -

przyszedłeś ciut pokrzepić.

Jesteś z miłości posłowiem -

stłuczone serce zlepić.

 

Ciąży ten szloch, ład boski mąci -

nie cieszy więc żadne zbawienie,

lecz obiecuję, by ulżyć Ci:

MUSZĘ WPAŚĆ W OTĘPIENIE.

 

 …

Udaję śmiech, hamuję łzy -

choć wszystko mam rozmiażdżone.

Wokoło słodko pachną bzy;

już nigdy nie ochłonę.

 

(autor: Ja)

 

Doszczętnie katuję ten utwór…

A wkrótce, wkrótce jedziemy w góry; po wyzwolenie, po ukojenie…


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=IrH_7r53EKY)

 

Straciłam mój własny głos wobec prostych prawd
Przybita niechęcią do ludzkich trosk i spraw
Zegary cofają się wciąż do starych ran
Boleśnie przemijam, ot tak

To cała ja
To właśnie ja
Królowa łez
Królowa strat

(…)

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy, Życie | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Tarta z budyniem waniliowym i morelami

Chyba się wczoraj za bardzo ucieszyłam, że słońce nie skwierczy… No nie lubię, nic nie poradzę i wątpię, by mój stosunek do upałów kiedykolwiek uległ zmianie; podziwiam ludzi (nawet im trochę zazdroszczę, choć zazdrość uczucie haniebne), którzy mi mówią, że fajnie się wtedy czują.

Wszak słońce na cieście to coś zupełnie innego, przyjemnego, więc do dzieła!

Kiedyś podawałam tutaj przepis na tartę z kremem morelowym, bitą śmietaną i białą czekoladą, a dzisiaj proponuję kruchuteńką, naprawdę wręcz rozsypująca po tknięciu widelczykiem, tartę, wypełnioną aromatycznym budyniem waniliowym i mięciutkimi, lekko kwaskowatymi, gęsto poukładanymi morelami, z wierzchu zasypaną chrupką kruszonką.

Ciasto jest bardzo proste, niezbyt słodkie i raczej szybkie w przygotowaniu, a warto upiec coś z morelami, które już od dłuższego czasu można kupić w warzywniakach; ja dotychczas spożywałam je jedynie w formie surowej – zresztą przeważnie właśnie tak jem owoce – ale najmilej piecze się dla kogoś, nie dla siebie ;)

Można podawać w wersji schłodzonej, z zimniutkim nadzieniem i gorącą kawą lub na odwrót: jeszcze ciepłą, z gałką lodów waniliowych, kleksem bitej śmietany oraz szklanką mrożonej herbaty z listkami świeżej mięty ;)

Przepis na tartę z budyniem waniliowym i morelami (forma do tarty o średnicy 24 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

Ciasto:

  • 2 szklanki mąki krupczatki
  • 130 g zimnego masła
  • 0,5 szklanki cukru pudru
  • 4 duże żółtka
  • 2 łyżeczki wody
  • 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia

Budyń waniliowy:

  • 2 opakowania budyniu o smaku waniliowym, bez cukru
  • 700 ml mleka 3/2%
  • 3 łyżki cukru
  • 1 łyżka cukru z ziarnami wanilii

Dodatkowo:

  • 10-12 moreli

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki na kruchy spód połączyć, zagnieść z nich ciasto, podzielić na dwie części – 2/3 i 1/3. Większą częścią wyłożyć spód i boki formy na tartę, przykryć papierem do pieczenia, który należy obciążyć kulkami ceramicznymi, ryżem lub fasolą i wstawić do nagrzanego na 200°C piekarnika na 17 minut, potem zdjąć obciążenie oraz papier i piec kolejne 7-8 minut (musi się zarumienić z wierzchu).

W czasie kiedy ciasto się piecze przygotować budyń: budyń oraz oba cukry wymieszać w 200 ml mleka, resztę zagotować i wlać przygotowaną wcześniej mieszankę – energicznie mieszać, a jak tylko zgęstnieje zdjąć z palnika.

Gorący budyń wylać na podpieczone ciasto i ułożyć na nim przekrojone na pół oraz pozbawione pestek morele. Z wierzchu posypać pozostałym ciastem, tworząc z niego drobną kruszonkę.

Piec około 20-25 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Wyjąć. Wystudzić lub podawać jeszcze ciepłe z bitą śmietaną i lodami waniliowymi.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„W godzinach grozy lub wielkiego cierpienia są chwile, kiedy umysł czeka jakby na objawienie” – „Miriam” autorstwa Trumana Capote’a

Ktoś dzisiaj ukradł słońce, ale w trwożliwym pośpiechu własnego występku zapomniał wpakować do kieszeni ten koszmarny zaduch, szczelnie splatający dłonie na cherlawych szyjach i mocno uciskający nie mniej dychawiczne klatki piersiowe. Tracę oddech po raz kolejny, nie wiedząc czy to wina niesprzyjającej pogody czy może sadystycznego Losu. Spadam. Spadam w otchłań osobistego zamętu i upiornej dysharmonii. Wiruję pomiędzy leciwymi kasztanowcami i pomarańczowoczerwonymi koralikami jarzębiny. Jestem w amoku przykrości, fantazji oraz lęków. Jawę mieszam ze snem. Odczuwam coś jakby derealizację – powszechnie panującą obcość, martwotę, pustkę i sztuczność, choć widzę i rozróżniam barwy, to już sama nie wiem co jest naprawdę.

Mam zły nastrój i jestem zmęczona.

Zbieram kasztany i opadłe jarzębiny. Tworzę bukiet.

Wracam do domu. Biorę truskawki, wytrawne wino i zatapiam w obszar widmowy, iluzyjny, mglisty, trochę flegmatyczny, lecz tak bardzo przerażający – stworzony przez Trumana Capote’a (chyba szczególnie kojarzony z utworami: „Śniadanie u Tiffany’ego” i „Z zimną krwią”) w 4 opowiadaniach, składających się na książkę „Miriam”, a chodzi o:

1. Pan Bida – Dzień był chłodny, o wysrebrzonym niebie i wietrze ostrym i zapierającym dech jak woń czeremchy. Na wystawach, pośród zasp cekinowego śniegu, połyskiwały sople anielskich włosów, a w tej niezwykłej aurze snuje się przybyła z Easton (miasteczka na północ od Cincinnati) do Nowego Jorku osamotniona Sylwia (starszy brat i rodzice nie żyją), która mieszka z natrętnie obnoszącymi się ze swoim kizi-mizi małżeństwem: przyjaciółką z dzieciństwa Estelle oraz studiującym prawo na Uniwersytecie Kolumbijskim Henrym. Kobieta na co dzień pełni funkcję maszynistki w „Snug-Fare” – firmie wytwarzającej bieliznę, co nie daje jej ani satysfakcji, ani szansy na samodzielne wynajęcie choćby maleńkiego pokoiku, więc gdy spotyka ekscentrycznego, niezbyt dojrzałego pana A.F. Revercomba (niepokalany, dokładny jak podziałka, otoczony cocktailem klinicznych woni, z bezdusznymi szarymi oczami, posianymi jak ziarna w anonimowej twarzy i opieczętowanymi stalową martwotą soczewek), to postanawia udać się do jego wielkiego domu, mieszczącego na Siedemdziesiątej Ósmej Wschodniej Ulicy (wyglądał z zewnątrz jak zwykły miejski dom, może odrobinę mniej elegancki, mniej imponujący jak niektóre inne, jednakże stosunkowo okazały. Dokoła oprawnych w ołów szybek wił się bluszcz zwarzony przez zimę, obejmował wężowymi splotami drzwi; po obu stronach wejścia stały dwa małe kamienne lewki o wyżłobionych, niewidomych oczach) i sprzedać mu swoje sny, które tamten spisuje na specjalnych fiszkach, po czym segreguje w kartotece. Co prawda owy nietypowy fach umożliwia przeprowadzkę, ale jednocześnie daje wrażenie, że jej byt ma teraz więcej wspólnego ze śmiercią; czuje się okradziona, pozbawiona aspiracji. W tych rozterkach towarzyszy jej były klaun, pijaczek, kloszard Oreilly, który snuje podejrzenia, iż pan Bida, jak określa Revercomba (bo kradnie sukinsyn, i wiecznie czyha na człowieka. Zabierze ci wszystko, co masz, nie zostawi nic, nawet ostatniego snu) nie posiada duszy, toteż pożycza czyjeś, kawałek po kawałku.

Jak człowiek nie ma gdzie pójść, to musi żeglować w błękicie.

Najwięcej snów rodzi się dlatego, że szaleją w nas furie, które wyważają wszystkie drzwi.

Sny to oko duszy i najgłębsza prawda o nas.

2. Dzieci w dniu urodzin – W dniu urodzin Billy Boba dzieci gromadzą się na werandzie, by spędzić wspólnie czas i akurat, gdy spożywają tutti-frutti z plackiem czekoladowym, w ich stronę idzie sprężysta mała dziewczynka w wykrochmalonej cytrynowej sukieneczce wizytowej z miną dorosłej elegantki, z jedną ręką opartą na biodrze, w drugiej dzierżąc staropanieńską parasolkę (…) Szminka nadawała jej wargom pąsowy odcień, włosy ułożone w stertę różowych pukli przypominały peruki, jakie widuje się na scenie, oczy były  umiejętnie przedłużone ołówkiem; w tym wszystkim miała w sobie jakąś kościstą godność, była prawdziwą damą, a co więcej, patrzyła człowiekowi prosto w oczy z otwartością mężczyzny, która głosem dziecinnym i jedwabistym jak kawałek pięknej wstążki, i niepokalanie precyzyjnym jak głos gwiazdy filmowej przedstawia się jako panna Lili Jane Boobbit z Memphis, stan Tennessee, robiąc, zwłaszcza na starszych chłopcach, powalające wrażenie, zaś u dziewczynek, na czele z dotychczas podziwianą Korą McCall, wzbudzając straszliwą zazdrość. Jak się okazuje wraz z mamą (bo tata jest w kryminale), będącą pierwszorzędną krawcową (rozczochrana kobieta o niemych oczach i głodnym uśmiechu; prawdopodobnie cudzoziemka, bowiem stale milczy) wynajęły pokój u mieszkającej na przeciwko pani Sawyer i zapoczątkowały tym samym serię chłopięcych (przoduje Billy Bob i Prymus Kaznodzieja; wtedy też rozpada się ta komitywa) popisów pod jej bramą, na które jednak pozostaje niewzruszona. Lili większość czasu spędza w pojedynkę (zaprzyjaźnia się wyłącznie z krąglutką czarnoskórą Rosalbą), oddając tanecznej pasji, tak jak wtedy, gdy był już prawie mrok, godzina świętojańskich robaczków, sina jak mrożone szkło, i ptaki na kształt strzał zbijały się w stada i zapadały w gęstwinę drzew, a ona w białej spódniczce, przypominającej puszek do pudru, wspięła się na palce i z uniesionymi, bezwładnymi jak lilie dłońmi, wirowała w zaciemnionym morwami oraz irysami ogrodzie w takt walca. Zatem gdy przybywa tu osjaniczny Manny Fox i ogłasza konkurs talentów, obiecując zwycięzcy autentyczne zdjęcia w Hollywood (nawiasem ściąga rónież pieniądze od chłopaków, których mami znalezieniem dobrze płatnej pracy) dziewczynka postanawia wziąć w nim udział. Oczywiście wygrywa, ale rzecz okazuje się być kłamstwem, przeto w akcie zemsty zakłada z miejscowymi „Klub Katów”: zbierają podpisy, piszą do gazet, rozsyłają informacje do wszystkich szeryfów w południowych Stanach, dając sprawie tak astronomiczny rozgłos, że oszust w końcu zostaje pojmany w Uphigh, a pieniądze zwrócone. Panienka Bobbit proponuje im, by w podziękowaniu za dobrze rozwiązaną sprawę, zainwestowali w jej rozwój, a gdy zostanie gwiazdą, to uczyni ich bogatymi. Męska część społeczeństwa przystaje na tę prośbę, a dzień jej wyjazdu godzi nawet zwaśnionych przyjaciół, którzy idą ją pożegnać z gargantuicznymi bukietami herbacianych róż. Uradowana tym widokiem dziewczynka wybiega im na przeciw i zostaje śmiertelnie potrącona przez popołudniowy autobus.

Jeśli cię nie otacza podziw, nikt nie będzie sobie zadawał trudu, żeby cię mieszać z błotem.

3. Miriam – zamieszkująca razem z kanarkiem przyjemne mieszkanko w przebudowanej kamienicy z brunatnego piaskowca w pobliżu East River, kompletnie obojętna światu, uwielbiająca czystość, wypalająca papierosa za papierosem 61-letnia wdowa Miriam Miller (ubierała się praktycznie, stalowosiwe włosy nosiła krótko obcięte i bezpretensjonalnie zaondulowane; nie używała kosmetyków, rysy miała pospolite i nierzucające się w oczy) podejmuje spontaniczną decyzję o wyjściu do kina, gdzie spostrzega nagle małą dziewczynkę stojącą pod skrajem markizy. W życiu nie widziała takich długich i niezwykłych włosów: dosłownie srebrnobiałe jak u albinosa, spływały gładkimi, luźnymi falami aż do pasa. Była chuda, o wątłej budowie. Rzucała się w oczy osobliwa, niewymuszona elegancja, z jaką stała, z wielkimi palcami w kieszeniach świetnie skrojonego aksamitnego płaszczyka koloru śliwkowego, która prosi ją o kupienie biletu. Kilka dni później, w prószącej ciszy gdzie nie było nieba ani ziemi, tylko śnieg unoszony wiatrem, szroniący szyby w oknach, ziębiący pokoje, okrywający miasto martwą ciszą (…) Zimowe chmury jak zapocone soczewki zasnuły cieniem słońce, kontury wczesnego zmierzchu barwiły niebo; wiatr mieszał się z wilgotną mgłą, a głosy nielicznych dzieci, które dokazywały na wysokich kopcach śniegu zgarniętego z jezdni, brzmiały odludnie i posępnie, zjawia się pod jej drzwiami i prawie że gwałtem (ale wciąż uroczym) wkracza do lokum, by od tej pory zmienić postawę kobiety nie tyle na hipnotyczny przymus co dziwną bierność: zawsze ją wpuszcza, pozwala opierać na stosie perkalowych poduszek, kupuje wiśnie kandyzowane i migdałowe ciastka obsypane pudrem, robi kanapki z konfiturą truskawkową, oddaje broszkę z kameą, zamiast papierowych róż stawia w wazonie świeże, w końcu pozwala wprowadzić w asyście porcelanowej lalki, aczkolwiek właśnie wtedy pęka, wpada w nienaturalny szloch (bo zapomniała jak się płacze) i pędzi po pomoc do sąsiadów, którzy dzielnie podążają zbadać sytuację, i chociaż na miejscu okazuje się, że nie ma tam nikogo, to pani Miller czuje, że została jej zabrana tożsamość.

Imitacje są smutne.

W godzinach grozy lub wielkiego cierpienia są chwile, kiedy umysł czeka jakby na objawienie, a kokon ciszy spowija myśl; przypomina to sen albo trans hipnotyczny i w tym uciszeniu człowiek sobie uświadamia siłę spokojnego rozumowania.

4. Drzewo nocy – W zimowy wieczór 19-letnia Kay czeka na peronie małej stacyjki na pociąg, a gdy ten wreszcie się pojawia, wkracza do jednego z wagonów: był zabytkowy, o wysłużonym wnętrzu, z siedzeniami obitymi staroświeckim czerwonym pluszem, miejscami wyłysiałym, z łupiącymi się częściami drewnianymi koloru jodyny. Archaiczna miedziana lampa wisząca u sufitu wyglądała romantycznie, ale wydawała się tu nie na miejscu. W powietrzu unosił się mroczny, martwy dym, a upalna duchota uwydatniała zgniły odór porzuconych kanapek, ogryzków od jabłek i skórek od pomarańczy, które wespół z papierowymi kubkami, butelkami po wodzie sodowej i pomiętymi gazetami zaśmiecały długie przejście. Z aparatu do chłodzenia wody, osadzonego w ścianie, ciekł na podłogę nieprzerwany strumyczek, gdzie rozgląda się za wolnym przedziałem, a jak tylko takowy znajduje, bez większego zastanowienia wchodzi. Niestety jest on już zajęty przez pokręconą parkę: kobieta była mała, nogami ledwo dotykała podłogi. I jak często bywa z ludźmi niewyrośniętymi, natura pozwoliła sobie wobec niej na kaprys – w jej wypadku na olbrzymią, potwornych rozmiarów głowę. Na obwisłej, nalanej twarzy błyszczał róż, tak że trudno było się nawet domyślić, ile ma lat: może pięćdziesiąt, pięćdziesiąt pięć. Wielkie cielęce oczy patrzyły z ukosa, jakby nie dowierzając temu, co widzą. Rude włosy, niewątpliwie farbowane, zwinięte były w tłuste, zaskorupiałe grajcarki. Niegdyś elegancki lawendowy kapelusz klapnął idiotycznie na bok, tak że kobieta zajęta była bez przerwy odgarnianiem zwisającej kiści celuloidowych wiśni, naszytych na rondzie. Miała na sobie prostą, lekko wyszmelcowaną granatową sukienkę. Jej oddech był wyraźnie przesiąknięty słodkawym zapachem dżinu, z kolei mężczyzna miał oczy jak dwa zamglone mlecznoniebieskie paciorki, ukryte za grubymi rzęsami i dziwnie piękne. Natomiast, pominąwszy wyraz jakiegoś oderwania, szeroka twarz bez śladu zarostu właściwie nie miała ekspresji; tak jakby nie był zdolny przeżyć i objawić najlżejszego uczucia. Siwe włosy miał króciutko ostrzyżone i zaczesane do przodu w nierówną grzywkę. Wyglądał jak dziecko jakąś nieczystą siłą raptownie przemienione w starszego pana. Ubrany był w wytarte ubranie z granatowej serży i zlany nędznymi, tanimi perfumami. Na ręce nosił zegarek z rysunkiem Mickey Mouse, która jakimś chorobliwie dzikim przymusem nakłania ją do towarzyszenia im, picia alkoholu, wysłuchiwania o szokujących występach, polegających na grzebaniu żywcem i zakupienia wyglądającego jak powleczona równiutką warstwą szelaku pestka wiśni amuletu na miłość, co w efekcie doprowadza ją do ataku paniki, histerycznego szlochu i nawrotu dziecinnych strachów.

W autobusie to same mruki, gęby do człowieka nie otworzą. A w pociągu każdy musi wyłożyć karty na stół.

„Miriam” to bardzo osobliwy zbiór: mętny, ponury, demoniczny, obłędny, groteskowy, niedorzeczny, pomieszany, przepełniony fiksatami, złowróżbnymi dzieciakami, wyrzutkami, pechowcami, infantylnymi dorosłymi, splatający realizm z fantastyką, w jakiś niedosłowny sposób zatrważający, wszakże niesamowity, bo czytając go odnosiłam wrażenie, że takie przedziwności znam, gdyż dzieją się w mojej głowie.

Rewelacja.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Ciasto drożdżowe z jagodami

Jest taki skwar, że ledwo żyję… NIENAWIDZĘ UPAŁÓW, bo źle się wtedy czuję; pewnie jakbym się dobrze albo chociaż przyzwoicie czuła to nie darzyłabym ich tak skrajną niechęcią. Jedyny plus jest taki, że ciasto drożdżowe fajnie wyrasta, więc postanowiłam to wykorzystać i upiec ogromną blachę wyjątkowo puchatego oraz mięciutkiego, bo z dodatkiem maślanki. Autorka sugeruje piec w formie o wymiarach 33x25cm – wtedy jest naprawdę wysokie, wręcz wychodzi z blaszki, ale mi zależało na tym, by dać więcej zakupionych, u stojącej tuż przy lesie babuleńki (doprawdy nie wiem skąd one mają tyle siły, by już po 4.00 rano latać i schylać się wśród drzew, a potem resztę dnia tkwić przy ruchliwej szosie i czekać aż ktoś to nabędzie), szalenie, odurzająco pachnących jagód, które sowicie zasypałam słodką i chrupiącą kruszonką (podwoiłam składniki), toteż wsadziłam je do większej, mianowicie 40x30cm – nie żałuję, bo i tak wyszło bardzo okazałe, a do tego z masą tych fioletowych cudeniek.

Polecam, polecam, polecam i jeszcze raz polecam, a ja tymczasem, korzystając z chwili, że to wstrętne słońce zaszło, idę w łąki sfotografować magiczne zielska wszelakie ;)

Przepis na ciasto drożdżowe z jagodami (blacha o wymiarach 33x25cm; ja piekłam w większej, mianowicie 40×30 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 4 i 1/4 do 4,5 szklanki mąki pszennej (tortowej) 
  • 14 g drożdży suchych
  • 200 ml maślanki lub kefiru
  • 90 g masła (roztopionego i przestudzonego)
  • 3 duże jajka
  • 1 żółtko
  • 0,5 szklanki + 2 łyżki cukru
  • szczypta soli

Kruszonka:

  • 90 g mąki pszennej (tortowej)
  • 50 g cukru
  • 8 g cukru waniliowego
  • 60 g masła

Dodatkowo:

  • 500 g jagód
  • 2 łyżki masła (roztopionego i przestudzonego)

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, dodać resztę składników i wyrobić, pod koniec wlewając roztopione i przestudzone masło. Ciasto wyrabiać do momentu aż stanie się miękkie i elastyczne. Uformować je w kulę, włożyć do oprószonej mąką miski i odstawić pod przykryciem w ciepłe miejsce na 1,5-2 h.

Po upływie wskazanego czasu wyrośnięte ciasto krótko wyrobić i wypełnić nim wyłożoną wcześniej papierem do pieczenia wysoką na 6cm formę o wymiarach 33x25cm. Powierzchnię ciasta posmarować roztopionymi 2 łyżkami masła, posypać jagodami i kruszonką, potem ponownie odstawić pod przykryciem na 1,5 h do wyrośnięcia.

Piec około 35 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka i zarumienienia się kruszonki), następnie wyłączyć piekarnik, delikatnie uchylić drzwiczki i zostawić w nim do całkowitego wystudzenia.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„To zupełnie nowy cykl, kierowany do ludzi takich jak my, nadwrażliwych, zdziwaczałych, emocjonalnie pokiereszowanych humanistów” – „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” autorstwa Doroty Masłowskiej

Miewam złe myśli. Bardzo złe. Czuję się jak psychol. Wiatr rozdmuchuje słońce, a chmury martwo stoją na niebie. Uciekam w ciszę i bezludzie. Irytuje mnie najdrobniejszy szmer; tylko stukot starego pociągu koi zmysły. Dławię się wspomnieniami, więc ich unikam. Rzeka płynie – ja nieruchomo tkwię na moście i zanurzam wzrok w przymglonym bezkresie. Obok smolisty gawron niemrawo dźga suche okruchy. Przełykam cierpki smak bólu przepleciony niewygodą myślenia. Roztrząsam. Wściekle się nie zgadzam, egoistycznie. Jestem jak nasączona spirytusem wata: taka lekka z osłabienia, a jednak ciężka od przeżyć. Gdzieś tam toczy się pełna harmidru doczesność, do której od zawsze nie należę. Wypełnia mnie gniew i rozgoryczenie. Mam ochotę wrzeszczeć i rwać włosy z głowy, ale wiem, że na nic się to nie zda. Nie zmienię. Mogę tłuc głową w mur, wszakże raptem rozbiję czoło – jedyną odpowiedzią będzie echo. Nie szukam wyjaśnienia, lecz nie wyrażam zgody. Cała się buntuję: drżę z oburzenia, choć milczę, topię we łzach, choć nie płaczę. Jesteś Ty, więc dla Ciebie muszę decydować się na uśmiech.

Przy drodze sprzedają jagody i poziomki. Wypuszczają papierosowy dym. Lakierem do paznokci hamują puszczone w rajstopach oczko. Stukają obcasami – też stukam. Wracam do domu po kilku głębszych oddechach, wyszukując wzrokiem schowane w trawach białe, promieniste kwiaty chrzanu, baldachogroniaste kulki purpurowego łopianu i zielone kłącza perzu – na tym się koncentruję, by nie popaść w obłęd.

Zamykam drzwi, ściągam bluzkę i nakładam lżejszą, w tle słyszę

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=1qWz4KDqDLg)

Krzewy sino-bladych róż
Obok nich otwarta ziemia woła
Aby wejść, zasypać się i stanąć
Jak one nieruchoma

(…)

Taniec myśli uporczywych trwa
Powracają echa dawnych pragnień
Kochać dziwnych cieni nie ma czasu
W lawinie kolejnych zdarzeń

Dzisiaj łzom powierzasz znów
Sekret ciszy swego zapomnienia
Ból tak zimny jak wygasłe słońca
Radości i marzenia

Orchidea na dłoni
Na sercu polny mak
Pamięć za wiatrem goni
Do ucha szepce żal

Idę zaparzyć kawę. Do szklanej miseczki wsypuję garść słodkawych czereśni. Biorę tę z wierzchu do ust i zanurzam w pieprznych recenzjach zjawisk współczesnej kultury lustrowanych oczami Doroty Masłowskiej (następną pozycją tej autorki, cierpliwie  albo i nie, czekającą w mojej biblioteczce na swoją kolej jest: „Kochanie, zabiłam nasze koty”), która w zawartych w książce „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”  felietonach publikowanych w latach 2013-2016 w magazynie o kulturze Dwutygodnik.com kąśliwie, szyderczo, prześmiewczo, ale z nieodłącznie podszytą nadwrażliwością o nich właśnie opowiada; a że opowiada językiem genialnym, to odczuwam wewnętrzny przymus nie opisania, lecz przytoczenia dosłownych fragmentów, które szczególnie mi się spodobały.

Autorka z sentymentem cofa się do lat minionych: w witrynach dawnych zakładów rzemieślniczych kisły wśród pradawnych firanek jakieś tajemnicze, zdekompletowane  artefakty, porzucone rekwizyty umarłych światów. To był magiczny moment, jakieś zawieszenie, urbanistyczny i cywilizacyjny suspens. W tej wypalonej, aunijnej rzeczywistości coś było bardzo poetycznego, wielomównego (…) Potłuczone kulami, oszczane mury gadały, wygadywały świństwa, klęły przysłonięte kartonami okna i szalone śmietniki; wszystko prosiło się o domysły, dopowiedzenia!, zahaczając o zebrane w albumie Mikołaja Długosza „Latem w mieście” widokówki, które unaoczniają, iż polska brzydota staje się marką dużo pewniejszą i bardziej rozpoznawalną niż polskie drogi, a na pewno niż polska gościnność. Jej akcje świetnie radzą sobie na europejskich, a kto wie czy nie ogólnoświatowych rynkach. Znakami rozpoznawczymi naszej architektury są pomalowany na różowe pasy zielony blok wyrastający z gotyckiej katedry, Biedronka w starożytnej świątyni, dziury po kulach w tynku i reklama wielkoformatowa na tysiącletnim dębie, nierzadko przedstawiająca piersi. Lata traktowania przestrzeni publicznej jako przestrzeni niczyjej sprawiły, że wizualny chaos jest już nie do rozszyfrowania, palimpsest estetycznych wtop nie do rozwikłania, węzeł gordyjski chybionych, pozbawionych szerszego planu decyzji ani nie do przecięcia, ani nie do przyjęcia. Jak w lustrze odbija się w tym wszystkim polska schizofreniczna dusza, złamana przez wojnę i komunizm, zdemoralizowana przez strumień unijnych pieniędzy; chytra, obrotna, anarchiczna, a nade wszystko lubiąca przebudować ze szwagrem chlewik na piramidę, a piramidę na chlewik i jakby otrząsa ze wstrętem na myśl o tych dzisiejszych, obfitujących w „permanentne promocje” (tu krytykuje Black Friday – Nowe święto niczego, nowa gorąca data w eukemenicznym kalendarzu bezsensownych zakupów), „rozsprzedaże”, „labiryncje”, „nienaturalnie namnożone przedmioty”, „pokawałkowane gadki szmatki”: niedojedzone kebaby, podekscytowane słowotoki spikerów, telemarketingowe blefy, dowcipasy o wrednych teściowych, czknięcia tramwajów, kotłowaniny, westchnienia, fermentacje, żywność bio, manufaktury naleśników, wyrostków, pijaków, jedzących gluten, witryny pełne rajstop i biustów, lampy z frędzlami, filcowe kapelutki z dzwoneczkami, kipiące sukienki sylwestrowe, ujadające pieski na baterie, hałdy wymiętych przemysłowych ciastek, pogłosy, echa, bulgoty, maszynerie. Dorota Masłowska na czynniki pierwsze rozkłada kulturę niską, popularną, ale też wysoką, pełną powagi i artyzmu: mówi więc o szalenie zaraźliwym oraz skłaniającym do mimowolnego tańczenia disco polo, uchodzącym kiedyś za przejaw największego kitu, który obecnie przepoczwarzył się, zmienił społeczną percepcję, by w efekcie, dostosowując do współczesności, został okrzyknięty superhitem, jednak jakością, tekstem trochę gorszy (choć mimo wszystko ta muzyka jest niezbyt podatna na zmiany i nowinki technologiczno-obyczajowe, co należy postrzegać jako plus): te wszystkie podniecające dziesiątki milionów płyt, biletów i odsłon, które pojawiają się w każdej medialnej narracji wokół disco polo, są wystarczającym argumentem, by zmienić jego społeczną percepcję. By je wreszcie zdetabuizować, oddemonizować jego obciachowość, zaprosić je na kanapę do śniadaniówki, na juwenalia i hipsterską potańcówkę. Zdjąć rzucone na nie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych przez naburmuszoną inteligencję odium, do tego, o czym wcześniej nie można było nawet pomarzyć, wtargnęły tu ze swoją liryką kobiety,  o oryginalnej, wrażliwej, utalentowanej, mającej instynkt popowy do tworzenia muzyki powszechnej tak, że rzeczy masowe robi niepospolicie „papieżycy piosenki” z zespołu Bajm, który niestety najpierw zaczął przybierać jarmarczne oblicze, a potem przeszedł do twardej komercji, o przereklamowanym Disneylandzie: jest to jakby takie odurniałe plastikowe mega-, mega miasteczko, które od biedy można nazwać wesołym, gdzie góra stoi obok morza i vice versa, statek piracki zderza się z promem Heweliusz, wielka Myszka Minnie świergoli jak dzień długi, kręcąc kauczukowym kuprem, a żar leje się z nieba (…) Słowem, osoby nienaćpane nie mają tam czego szukać, roli serialów w życiu człowieka: to uczucie, że podtrzymujemy świat przedstawiony serialu naszym wzrokiem i słuchem; że to nasze przejęcie i ta uwaga są jego paliwem, tlenem, jedną z podwalin tego nałogu. To nie jest tak, że nic nie robimy; że bohaterowie świetnie by się bez nas obyli! Kompulsywnemu oglądaniu serialu towarzyszy przekonanie, że dokładamy naszych starań do czegoś fundamentalnego. Nagle stajemy się skrupulatni, pilni, cierpliwi; klikając na kolejny odcinek, mamy świadomość, owszem, że za oknem świta, ale obowiązek to obowiązek, s a m o  s i ę   n i e   o b e j r z y. Czy czuliście ten zapał, zew, nagłe zaangażowanie?, o ”Dynastii”, która chociażby jako pierwsza uświadomiła, że bogaci ludzie chodzą po chacie w butach, o płynącym niespiesznie „Labiryncie” i czasach „politycznej poprawności”o prowadzonych przez archetypiczną herod-babę, babę z piekła rodem wulgarnych, chamskich, syficznych „Kuchennych rewolucjach”, stanowiących jednocześnie monumentalną panoramę społeczną Polski ostatnich lat, galerię twarzy niespotykanego rozmachu. Dalibóg, cóż to za wielki zbiorowy portret Polaków, kopalnia fargoidalnych zupełnie typów. Feeria póz, min, tonów, akcentów, regionalizmów; biblioteka dialogów, pogaduszek, powiedzonek; archiwum ludzkich kwasów, chorych układów i toksycznych więzi (…) Bohaterowie polskiej literatury i kina ostatnich lat mają przy tym wszystkim realizm i głębię psychologiczną ludzików narysowanych patykiem przez dwulatka, o produkcjach bezwstydnie pokracznych, rarogowatych, uwłaczających widzowi umysłowo, jawnie koszmarnych, czyli telenowelach paradokumentalnych typu „Słoiki”, „Szpital”, „Trudne sprawy”, „Szkoła”, „Pamiętniki z wakacji”, które można uznać za opowieść jako formę społecznego współbycia, wspólnego zabijania czasu, za  ”neoseriale lustra”, „neogawędę ludową”, zemstę statystycznego szaraka za fikcję idealnych produkcji, o przypominającej „Big Brothera” „Azji Express”, spełniającej fantazje o podglądactwie, w której upadla się „pięknych i bogatych”, bowiem miło w zaciszu domowego ogniska oglądać poniewierkę medialnych kokietów, o dziwacznym, wyizolowanym, dowcipnym Beksińskim jako typie wszechartysty, tworzącym wszystko co nieakceptowalne, lecz nieodmiennie wybitne i nietuzinkowe i zbyt długiej, ale dalej nie wyczerpującej tematu książce Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”, która za bardzo wniknęła w niej w jego życie prywatne,  o prostolinijnej, podwórkowej, prostackiej, wypchanej truizmami, powtórzeniami, kolokwializmami, świństwami, wszakże wciągającej rozmowie z Maciejem Maleńczukiem pod tytułem „Ćpałem, chlałem i przetrwałem”, o mającej wspaniałą wartość antropologiczną i tworzącej swoistą encyklopedię polskich zachowań kulinarnych bezpretensjonalnej broszurze „Przyślij Przepis”, zachęcającej niską ceną, kieszonkowym formatem, nieprzesadzoną stroną graficzną, nieuleganiem powszechnym trendom, prostą narracją, cechującą uczuciowym zaangażowaniem oraz galerią tortów, o zakupionej na poczcie, po  grzecznościowym wysłuchaniu pani recytującej marketingową formułkę, mniej fajnej, a droższej, bo za 14,99 zł ”Manipulacji&Hipnozie”, która próbuje zagospodarować potrzeby bardzo nielogiczne i bardzo nienaukowe (co nie znaczy, że niepoważne). Stoi za nimi myślenie ściśle magiczne; pragnienie uzyskania supermocy, które uodpornią nas na manipulację i uczynią innych ludzi nam powolnymi. Zabobonna wiara w istnienie zestawu psyhotricków, psychopatentów, sekwencji słów i ruchów (oczywiście opracowanych przez amerykańskich naukowców na podstawie wieloletnich badań), które jak magiczne zaklęcia rozgonią zasłony dymne powszechnych ściem i oszustw, a może nawet pozwolą »wymóc działania, których ty oczekujesz«. Wszystko to  zaś zdaje się wynikać z dużo głębszego pomieszania i egzystencjalnej bezradności, której my, Polacy, wiąż doświadczamy ponad ćwierć wieku po przełomie. Z naszej bezbronności wobec siebie nawzajem w społeczeństwie opartym na modelu handlowo usługowym; na kontrakcie, w którym najważniejsze passusy napisane są nierozczytywalnie małymi literkami, a anachroniczna figura »zwykłej ludzkiej przyzwoitości« dawno z niego wyleciała. Społeczeństwie, w którym politycy robią dłońmi piramidki, reklamy implikują treści podprogowe, z okładek patrzą komputerowo poczyszczone twarze, a na forach dyskutują podstawieni dyskutanci, co skłania do refleksji, że życie stało się przedstawieniem, że zaciera się granica między prawdziwym a wykreowanym, z kolei wszechkłamstwo zatruwa je tak, że na każdego patrzy się podejrzliwie, stąd radą superekspertów szuka się sposobu na nie przyjmowanie roli biernej ofiary „Wielkiej Ściemy” (przy okazji autorka od czci i wiary odsądza jałowych, aroganckich, wypiętych na elementarne wartości moralne Don Januszów, podlegających „Ministerstwu Pogardy, Dyskryminacji i Szowinizmu”, a więc trenerów uwodzenia, czyli PUM, na co dzień uczących młodych, wychowanych na pornosach i strzelankach, mężczyzn, technik podrywu, tricków, taktyk, gotowych scenariuszy, patentów, które śmiało można podpiąć pod manipulację). Jest tu też trochę rozważań ekologicznych: tak, jest dla nas Polaków ciągle jakaś adrenalina w wyjebaniu starej pralki do lasu. Akt wrodzonej gospodarności i ufności w zdolność ukochanej ziemi ojczystej do samoodradzania się, a też i jej charakterystycznej swobody w korzystaniu z własności wspólnej. Oczywiście ma to swój ładunek poezji i zawsze w listowiu pnącym się po starej meblościance z resztkami kalkomanii, w bobrze tak zabawnie mocującym się z butelką po hoop-coli, w którą niefortunnie zatknął łebek, jest bez wątpienia drgnienie kosmosu. Ale to już potrafią docenić tylko studenci pierwszego roku reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej, gdy przychodzi na koniec semestru nakręcić jakąś dołującą etiudę, wzmianka o Dniu Dziękczynienia, o rozpoznawalności w tłumie, o tym, że w byciu fragmentem masy jest coś komfortowego, bezpiecznego: w społeczeństwie, w którym tyle pary idzie w pielęgnację własnej (nierzadko skręcanej z chińskich półproduktów) indywidualności, w którym wzorcem osobowościowym jest „gwiazda”, a miarą życiowego sukcesu tańczące z nią, lub choćby tańczenie z nią na lodzie, anonimowość jest bardzo démodé (…) możliwość ukrycia się w masie, zasłonienia swojej tożsamości będzie w niedalekiej przyszłości dobrem wysublimowanym, kosztownym, ograniczonego dostępu, o tym, że głupota może wyzwalaćno i o artystach, będących jawnym ludzkim piekłem, zdawałoby się, kompletnie niezdatnym do disneizacji; zaprzeczeniem mieszczańskich ideałów; wszystkim, co nie jest skandynawskim designem. 

„Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to niby pochylenie się nad nieważnym, ale tak naprawdę zagłębienie, wręcz taplanie w społeczno-medialnym, uzależniającym i otępiającym kiczu, który daje wnikliwą, pozbawioną szablonów, osnutą troską, a na pewno nadmierną ckliwością drobiazgową analizę teraźniejszości; nierzadko przykrą oraz przerażającą, jednak nakreśloną w drwiący, ale też humorystyczny, absurdalny, błyskotliwy, trochę gawędziarski, będący na granicy czarnego humoru sposób. To taka dobitna i gorzka prawda o nas samych, której jeśli nie zamierzamy zmienić lepiej nie znać: bo człowiek albo popadnie w paranoję, albo będzie miał ochotę utopić się ze wstydu.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Coś eleganckiego, coś z czekolady: torcik Cassis

Czy ktoś ma ochotę na ciasto czekoladowe? Bardzo czekoladowe, bez dodatku mąki, za to prawie z 0,5 kg czekolady? Wytrawne? Do tego eleganckie? Zbite (ale mniej niż klasyczne brownie; to jest bardziej maziste)? Lekko napuszone? Oblane gęstą polewą? Z posmakiem likieru Cassis? I z kwaskowatą świeżą czarną porzeczką, która jakiś czas temu pojawiła się na straganach?

Jeśli przynajmniej 3 pytania uzyskały twierdzącą odpowiedź, to jest ciasto właśnie na ten weekend – genialne ;)

Przepis na czekoladowy torcik Cassis (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 280 g gorzkiej czekolady
  • 0,5 szklanki gorzkiego kakao
  • 170 g masła
  • 5 dużych jajek
  • 1 szklanka cukru
  • 6 łyżek likieru Cassis (z czarnej porzeczki)
  • szczypta soli

Polewa czekoladowa:

  • 170 g gorzkiej czekolady
  • 1/4 szklanki śmietany 36%
  • 3 łyżki likieru Cassis (z czarnej porzeczki)

Dodatkowo:

  • świeża czarna porzeczka

Sposób przygotowania:

W garnuszku umieścić masło, roztopić, zdjąć z palnika. Dodać posiekaną gorzką czekoladę, gorzkie kakao i likier Cassis – wymieszać do połączenia się składników i powstania gładkiego, gęstego sosu. Lekko przestudzić.

Jajka ubić ze szczyptą soli i cukrem tak, by ich objętość zwiększyła się trzykrotnie, po czym wlać sos czekoladowy i powoli, ręcznie, szpatułką, wymieszać.

Ciasto przelać do tortownicy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 40 minut, w temperaturze 170°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Wyjąć. Wystudzić. Przełożyć na paterę. Oblać polewą czekoladową (zagotować śmietanę, zdjąć z palnika, wrzucić czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać) i z wierzchu ozdobić świeżą czarną porzeczką.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Karciane ciasteczka z białą czekoladą i żurawiną

Czytałam książkę, ale nie mogłam złapać oddechu, więc ją odłożyłam (został mi tylko jeden rozdział, który mam nadzieję NA SPOKOJNIE dokończę wieczorem) i poszłam zająć drżące ręce wycinaniem karcianych ciasteczek, bo kilka dni temu kupiłam nieplanowane foremki za cenę 9,99 zł w jednym ze sklepów w galerii handlowej, pod wpływem niesamowicie banalnej, ale jakże prawdziwej myśli, że w życiu jest podobnie jak w kartach: raz szczęście, a raz pech, tyle że tutaj nie zawsze sprawdzą się prognozy i taktyki szczwanych graczy, gdyż nie widać przeciwnika:  1:0 dla Losu – taki tam element niemiłego zawodu. Ale wracając do ciastek: są kruchutkie, naprawdę ogromne i wręcz ciężkie od suszonej żurawiny oraz białej czekolady. I choć autorka przepisu nadała im kształt gwiazdek, stąd będą zapewne wspaniałą ozdobą bożonarodzeniowego stołu, to ja musiałam wypróbować mój nowy nabytek… po prostu musiałam.

Po upieczeniu i wystudzeniu można je oprószyć cukrem pudrem, ale to nie jest konieczne, bo same w sobie są słodkie ;)

Przepis na karciane ciasteczka z białą czekoladą i żurawiną (52 duże sztuki) (Przepis pochodzi z bloga: http://smacznapyza.blogspot.com/)

Składniki:

Ciasto:

  • 600 g mąki pszennej (tortowej)
  • 120 g cukru pudru
  • 240 g masła
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 3-4 łyżki śmietany 18% (jeśli po dodaniu 3 ciasto nie będzie się kruszyło, to w zupełności wystarczy)
  • 150 g suszonej żurawiny
  • 150 g białej czekolady
  • 2 szczypty soli
  • 2 łyżeczki aromatu waniliowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Sposób przygotowania:

Żurawinę i białą czekoladę posiekać, połączyć z pozostałymi składnikami, wyrobić z nich ciasto,uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Po upływie wskazanego czasu, dla ułatwienia, ciasto podzielić na 3-4 części i każdą, delikatnie podsypując mąką, rozwałkować na grubość 3mm, po czym wycinać ulubione kształty (w wersji dla leniwych można nawet ręcznie uformować kulki i lekko spłaszczyć).

Ciasteczka poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 10-12 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wafelkowy torcik z malinami

Sezon na maliny w pełni, a ja w tym roku upiekłam tylko babeczki…

Postanowiłam to nadrobić i stworzyć coś większego, eleganckiego, mniej typowego niż zwykłe ucierane, w efekcie otrzymałam naprawdę stylowy torcik na idealnie kruchym spodzie (a wszystko dzięki mące krupczatce), z ogromem kajmakowo-wafelkowego kremu, dodatkowo zalanego gęstym, aksamitnym ganache na bazie mlecznej czekolady oraz furą świeżych malin zatopionych w różowej galaretce.

Brzmi pysznie? I jest pysznie ;)

Ciasto wbrew pozorom nie jest jakoś szczególnie przesłodzone.

Przepis na wafelkowy torcik z malinami (tortownica o średnicy 21 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

*piekłam w ciut większej formie, więc podwoiłam podane w przepisie proporcje na krem; postępując zgodnie z nim warstwa wafelkowa będzie niższa, więc by uzyskać taki efekt jak ja trzeba zrobić go więcej

Składniki:

Ciasto:

  • 1 szklanka mąki krupczatki
  • 70 g masła
  • 1/4 szklanki cukru pudru
  • 2 duże żółtka
  • 1 łyżka wody
  • 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia

Krem wafelkowy:

  • 250 g serka mascarpone
  • 200 g kajmaku
  • 120 g wafelków kakaowych (bez polewy)

Czekoladowe ganache:

  • 150 g mlecznej czekolady
  • 6 niepełnych łyżek śmietany 36% 

Dodatkowo:

  • 3 szklanki świeżych malin
  • 1 galaretka o smaku malinowym
  • 350 ml wrzątku
  • bezy + maliny (do ozdoby)

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretki z agarem; malinowa nie jest tak łatwo dostępna jak truskawkowa czy wiśniowa, ale i one sprawdzą się tutaj znakomicie

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto zagnieść, wcisnąć na spód tortownicy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia, ponakłuwać widelcem i wstawić do nagrzanego na 200°C piekarnika na około 20 minut (do lekkiego zarumienienia).

Wyjąć. Wystudzić.

Mascarpone zmiksować z kajmakiem, potem dodać rozkruszone wafelki – wymieszać ręcznie.

Krem wafelkowy wyłożyć na wystudzony spód i schłodzić w lodówce przez 2h.

Następnie podgrzać kremówkę, zestawić z palnika, wrzucić połamaną na kostki mleczną czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gęstą polewę, a gdy osiągnie temperaturę pokojową rozsmarować ją równomiernie na kremie wafelkowym, delikatnie powciskać maliny i ponownie wstawić do lodówki na 2h.

W tym czasie należy przygotować galaretkę i mieszając od czasu do czasu odstawić do całkowitego wystygnięcia.

Gdy galaretka zacznie tężeć zalać nią schłodzone ciasto.

Wstawić do lodówki na całą noc.

Przed podaniem ozdobić bezami i świeżymi malinami.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj