Sami sobie wciskamy schematy do głów – „Facet na miarę” w reż. Laurent Tirard + przepyszny drink w szklance usianej kryształami

Tak to już jest, że bycie „normalnym” wiąże się z pewnymi ograniczeniami prywatno-społecznymi, cielesno-umysłowymi, galeriowo-targowymi, wiejsko-miastowymi, inteligencko-bezrozumnymi, które nakazują człowiekowi wciskać się w obramowany zbiorowym przytakiwaniem, zbiorowym rozumem STANDARD, dający poczucie komfortu (nie za bardzo trzeba myśleć, nie za bardzo jest się odrzuconym, nie za bardzo pozostaje się… sobą) – i o ile ktoś coś, bo tak faktycznie uważa, bo to z niego wypływa i inaczej nie chce, choć potrafi, to wszystko w porządku. Realny szkopuł pojawia się wtedy, gdy sądzi odmiennie, nie chce tak samo, a nie umie, bo obawia się powszechnego linczu i mimo odczuwania wewnętrznej niewygody z własnego a masowego postępowania-dumania działa jak zarządza ludność, żeby to czasem grymasu na fragmencie jednolitej całości nie dostrzec, bo zaboli.

Człowiek jako istota stadna boi się odtrącenia, samotności, braku akceptacji; nie ma ani siły, ani śmiałości stanąć z wyprężoną do przodu piersią JA kontra ONI, więc kuli się w środku, skrywając samego siebie, w efekcie uklepując zastane szablony, nijak mające się do jego osobowości, przekonań, jednostkowej historii – i tutaj koło się zamyka, leniwie zataczając kręgi.

Bowiem konkretną osobę powinno się lubić za to, jaka jest w istocie (i nie mam tutaj na myśli, że jak ktoś jest wstrętną szują/chamem/prostakiem, to trzeba to przyjąć na klatę i wielbić go za to, że nic go nie blokuje, bo jest też coś takiego jak takt, szacunek, etyka, godność, zaufanie, umiejętność rozeznania, co dobre a co złe, co, do kogo, w jakiej sytuacji, w jakich okolicznościach, w jakim miejscu, czasie wypada a co nie), a nie za to, jak realizuje ogólny wzorzec postępowań, wyglądu, reakcji. Człowiek to nie sztuczna, przestygła masa plastyczna do rzeźbienia, ale buzujący konglomerat rozważań, marzeń, fascynacji, zainteresowań, opowieści, zdarzeń, łez, uśmiechów, złości, ciepła, krzywd, skromności, odwagi, którego w połączeniu z cechami charakteru powinno kształtować życie, codzienność, a nie grymas zaciemnionego i struchlałego, który albo nie ma pomysłu na siebie albo jest zwykłym tchórzem, albo ma niskie poczucie własnej wartości, twierdząc, że odsłaniając się z tym, jaki jest nie zyska akceptacji, przyjaciół – a przecież naturalnej sympatii nie odczuwa się za to, że ktoś jest taki, jaki ja chcę by był, tylko za to, że jest taki, jaki jest, a jednak w nim tyle piękna i szlachetności.

Niestety, jeśli po lewej i prawej mamy wzniesiony kanonami mur, widzimy tylko to, co powierzchownie przed nami (czyni źle, bo przeciwnie: zgładzić – następny), nie rozglądając się naokoło, nie przenikając duszy, nie słuchając, nie poznając, nie otwierając na to, co nowe (co nie oznacza, że gorsze, lecz inne po prostu), to po pierwsze problem tkwi w nas, bo w zderzeniu z wypunktowanym schematem zwyczajnie zapominamy o człowieku, zaś po drugie możemy stracić możliwość poznania kogoś wartościowego (a przy okazji poszerzenia horyzontów). Jestem zdania, że towarzystwa takich ludzi należy unikać, z takich ludzi należy rezygnować, bo życie jest zbyt kruche, by nie pozwolić sobie na komfort bycia sobą, jako że każdy ma do tego prawo i o ile nie krzywdzi przy tym drugiego, o tyle nikt nie ma podstaw (jedyną jest tutaj zacofanie) patrzeć z góry, bo ktoś jest niepełnosprawny, pozbawiony ręki, nogi, ma duży nos, trądzik, bliznę, znamię, odstaje stylem, wagą, wykształceniem, pasją, opinią, celem, wypowiedzią, lotnością, sytuacją finansową, wzrostem – i o tym ostatnim właśnie będzie mowa, czyli o tym z kategorii szczególnie prymitywnych, pokazujących jak z pozornego dżentelmena z osiedlowej ławki, gwiazdy rodem z blokowego Hollyłłłuduu, czy wielkomiejskiego elegancika ze skórzaną aktówką wychodzi typowy pochrząkujący, chichrający, spluwający, szeptający, poszturchujący się w ramię, trącający  łokciem, obgadujący, wytykający palcem, obracający głowę: WIEŚNIAK (nie mylić z mieszkańcem wsi).

„Facet na miarę” w reż. Laurent Tirard to francuska komedia romantyczna, na którą, pomimo nie pałania sympatią do owego gatunku, wybraliśmy się w wieczór chłodny, prawie jesienny, gdzie tłem krajobrazu był deszcz, odkrywające nagość drzewa i ponaklejane na chodnikową kostkę rozmokłe liście, by powędrować magicznymi uliczkami, pooddychać tamtejszą atmosferą, zrelaksować się, poczuć blichtr przepychu, wielkich rezydencji, zawodowego spełnienia, przy okazji na czas seansu odzyskać wiarę, że zawsze wygrywa dobro i sprawiedliwość – udało się, bo to ciepła, pełna wzruszających momentów historia o miłości niemalże zakazanej, nie mającej prawa bytu, bowiem szykowna, atrakcyjnszczęścia prawniczka Diane Duchêne (Virginie Elfira) spotyka na swojej drodze elokwentnego, czarującego, sympatycznego architekta Alexandre’a (Jean Dujardin), który spełnia wszystkie warunki do bycia księciem z bajki, wszystkie, poza jednym, naczelnym, bo tak potwornie rzucającym się w oczy, mianowicie: ma 136 cm, co przy kobiecie o wzroście około 180 cm i dla ludzi i dla niej samej wydaje się być wręcz karykaturalne, dalej komiczne, czyli jakby nie do przyjęcia, nie do zaakceptowania, bo tak mówią inni, bo patrzą, bo ona od dziecka w wyobraźni pędziła na białym rumaku, obejmując postawnego mężczyznę, jeszcze ten prestiżowy zawód, a tu takie coś, taki zgrzyt. A najgorsze, że serce ciągnie, tęskni, bo on taki wspaniały, prostolinijny, miły, pomysłowy (skok na bungee, kolacja w mało znanej, klimatycznej knajpce), opiekuńczy, spokojny, kulturalny, absurdalnie dający większe poczucie bezpieczeństwa niż były wysoki mąż drań i zdrajca. Ale jak to przeskoczyć? Ten obraz zastały? Ten schemat pakowany i utwardzany latami? I kij nawet, że społeczeństwo, że matka, sekretarka, ale: jak samej być ponad to? No jak? Przecież niski jest, a partner musi być wyższy, no może nie musi, lecz powinien, bo, bo tak i już, koniec, kropka, finał, meta, nieszczęśliwe zakończenie… bo jak żyć bez niego, jak on taki wartościowy, cudowny, no jak? Podczas gdy chwile z nim i przy nim tak wyborne, osobisty świat lepszy, barwny, spełniony? Czy to miłość? Czy już? A ludzie? A opinia? Ja sama?

A cóż im do tego, jeśli to nie ich życie? Normalnie NIC, bo to moje po prostu, więc niech się zajmą sobą, i tyle.

Miłość wygrała, bo prawdziwa: liczona centymetrami szczęścia ;)

Dla mnie ten film jest rewelacyjny: uroczy, nastrojowy, usiany błyskotliwymi dialogami, pozytywną energią, zabawny, ze smakiem, pozbawiony pompatyczności, efekciarstwa, poruszający, ale i pouczający (tym samym wyśmiewający tych skostniałych, obnażający ich nieokrzesanie oraz buractwo). To przesympatyczna propozycja na ostatnie wakacyjne wieczory, zimowe noce, wiosenne poranki i letnie południa – zawsze i dla każdego, by zrzucić okowy społecznych konwencji.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/85/74/748574/7744717.3.jpg

źródło ilustracji: http://www.stylowy.net/data/film_foto/16/1660_840x420.jpg

źródło ilustracji: http://www.pelnakultura.info/typo3temp/GB/e70de62512.jpg

źródło ilustracji: https://i.ytimg.com/vi/G9E3-GmD7-4/maxresdefault.jpg

 

A na zakończenie to:

Ele mele dudki

umysł mój ciaśniutki

tańczą krasnoludki

bo jestem głupiutki

Ten, kto poczuje specyficzny dyskomfort, będzie wiedział, że to o nim

I jeszcze dla tych, co potrafią dzielić szczęście na przekór i pomimo: przepis na Malibu Sunrise ;)

Składniki:

  • 60 ml Malibu
  • 30 ml syropu Grenadine
  • sok pomarańczowy (uzupełnić nim szklankę)
  • kostki lodu

*by wykonać crustę (ozdobny brzeg szklanki imitujący kryształki lodu) należy brzeg szklanki zwilżyć odrobiną miodu/soku z cytryny/gęstego likieru/syropu/białka jajka, po czym odwrócić do góry dnem i postawić na spodku z wysypanym wcześniej cukrem

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Mini torcik urodzinowy

Wizualnie uwielbiam te małe wypieki: wszelkie ciasteczka, babeczki, muffinki, tartaletki, pralinki, ptysie, bo są dla mnie bardziej urokliwe, jednostkowe – ich jedyną słabością jest fakt, że wbrew niepozornym rozmiarom wymagają znacznie więcej pracy, bowiem ta praca potrzebuje szczególnej precyzji (tutaj widać każde niedociągnięcie i znacznie trudniej stworzyć coś na mikroskopijnej powierzchni), ale jak już się uda, jak się ofiaruje, wiedząc, że to od serca i dla niego, a w zamian otrzyma się najpiękniejszy na świecie uśmiech, to nie pozostaje nic innego, jak odwzajemnić, po cichutku ciesząc się, że w tym uśmiechu miało się swój udział… ;)

Stąd dzisiaj torcik, w zasadzie mini-torcik, bo o średnicy zaledwie, a jednak aż 8,5 cm: 3 kakaowe blaty nasączone likierem, przełożone kremem śmietankowym i świeżymi owocami, z wierzchu oblane mleczną czekoladą i zwieńczone truskawką. Naprawdę elegancki, naprawdę smaczny – ten szyk tkwi w bokach obklejonych cieniutkimi paluszkami, ten smak w uczuciach.

Na małym obszarze a takie bogactwo smaków i emocji ;)

Przepis na mini torcik urodzinowy (średnica 8,5 cm) 

Składniki:

Kakaowy biszkopt:

  • 15 g mąki pszennej (tortowej)
  • 15 g mąki ziemniaczanej
  • 1 jajko
  • 32 g cukru
  • 0,5 łyżki gorzkiego kakao
  • 1/3 łyżki oleju
  • 1/6 łyżeczki proszku do pieczenia

Krem śmietankowy:

  • 200 ml śmietany 30%
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1 fix do śmietany

Dodatkowo:

  • likier truskawkowy (do nasączenia)
  • 3 truskawki
  • 8 kostek mlecznej czekolady
  • paluszki w czekoladzie (użyłam 2 opakowania po 50 g – „Beskidzkie łakocie – paluszki w mlecznej czekoladzie”)

Sposób przygotowania:

Białko ubić ze szczyptą soli na sztywną, lśniącą pianę, powoli, cały czas miksując wsypać cukier, następnie wlać żółtko oraz olej – zmiksować. Na sam koniec wsypać obie mąki przesiane z proszkiem oraz gorzkim kakao.

Piec około 2o-25 minut, w temperaturze 170 °C (do suchego patyczka)

Wystudzić. Przekroić na 3 blaty.

Pierwszy blat nasączyć likierem truskawkowym, wyłożyć krem śmietankowy (powstały z ubicia składników), poukładać pokrojoną w plasterki truskawkę, przykryć drugim blatem, nasączyć likierem, posmarować kremem, położyć pokrojoną truskawkę, przykryć 3 blatem, nasączyć, posmarować kremem, którym należy również posmarować boki, by następnie poprzyklejać do nich paluszki czekoladowe. Na wierzch wylać roztopioną w kąpieli wodnej czekoladę, na samym środku przyozdobić truskawką. Schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Weeekendowo-procentowo

„Piątek, piątek – weekendu początek” prawi szkolno-imprezowe przysłowie, najczęściej gromko rozbrzmiewające na korytarzach w okresie licealnym (chociaż w obecnych czasach pewnie znacznie wcześniej) – i wszyscy wiedzą z jaką wizją wiązała się owa euforia: są procenty, jest zabawa.

Dzisiaj nie ma ani piątku, ani powrotu do liceum, ani nadmiernych procentów, ale weekend nadal trwa, więc przed wznowieniem codziennych obowiązków można porozkoszować się ciastem z delikatną nutką alkoholu, które powstało z tego, co akurat znajdowało się pod ręką, a że były to ananasy w puszce i chipsy kokosowe, to wybór padł na wzorowaną na popularnym drinku: Pina Coladę. Puszysty jasny biszkopt nasączony kremowym likierem oraz syropem ananasowym, aksamitna masa o smaku kokosowym, owoce zalane galaretką – smak bardzo delikatny, przyjemny, a że serwowany wprost z lodówki, to i orzeźwiający.

Polecam, tak na zakończenie weekendu ;)

Przepis na ciasto Pina Colada (blacha o wymiarach 25x35cm) (Przepis na biszkopt pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 110 g mąki pszennej (tortowej)
  • 50 g mąki ziemniaczanej
  • 3 jajka (białka i żółtka osobno)
  • 0,5 szklanki cukru
  • 40 ml oleju (słonecznikowego lub rzepakowego)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Krem:

  • 400 ml śmietany 36%
  • 250 g serka mascarpone
  • 4 łyżki likieru kokosowego
  • 4 łyżki wiórków kokosowych
  • cukier puder (opcjonalnie, ja dałam 2 łyżki)

Dodatkowo:

  • 1 mała puszka ananasów
  • likier kokosowy+syrop z puszki po ananasach (pół na pół, do nasączenia)
  • 1 galaretka ananasowa (rozpuszczona w połowie sugerowanej na opakowaniu wody)
  • płatki/chipsy kokosowe

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę, następnie, dalej ubijając, wsypać cukier, potem żółtka – miksować do momentu uzyskania jasnożółtej piany. Dodać olej – zmiksować. Do powstałej masy wsypać przesiane z proszkiem mąki – wymieszać ręcznie (szpatułką).

Do formy wyłożonej papierem do pieczenia wlać ciasto.

Piec około 25 minut, w temperaturze 170 °C (do suchego patyczka)

Krem:

Śmietanę zmiksować na sztywno, dodać serek mascarpone, likier kokosowy i wiórki, ewentualnie, do smaku, posłodzić cukrem pudrem – wymieszać.

Wykonanie:

Wystudzony biszkopt nasączyć ponczem z likieru kokosowego i syropu po ananasach, wyłożyć krem, wyrównać, poukładać ananasa z puszki, zalać lekko tężejącą galaretką ananasową (rozpuszczoną w połowie wody, jaka jest sugerowana na opakowaniu), oprószyć płatkami/chipsami kokosowymi.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Niezdrowa fascynacja, egzotyczne podróże, nielubiana arystokratka, wodna rywalizacja i przykre efekty zazdrości – o filmie „Pęknięcia” w reż. Jordan Scott

Nigdy nie miałam autorytetu/wzoru/idola/ideału/mistrza, w związku z tym pytanie o niego było dla mnie bardzo problematyczne, niewygodne, czasem irytujące, ponieważ odpowiedź zwyczajnie nie istniała (ostatni raz taka sytuacja miała miejsce na V roku studiów, w trakcie wypełniania jakiejś ankiety). Nie ma mentora – Nie ma odpowiedzi, rachunek prosty jak barszcz (ten z paczki). A jak słyszałam, że ludzie żarliwie wykrzykują: Papież! Chrystus! to nie wiem czy bardziej z rozbawienia czy z zażenowania powoli spływałam po krześle, a to dlatego, że po prostu w to nie wierzę. Moja niewiara, to prostolinijne zwątpienie jest podparte wnikliwą, ale obiektywną obserwacją, bo szczerze powiedziawszy nie sądzę, by człowiek, który na co dzień obrzydliwie obmawia swoją wieloletnią kumpelę, oszukuje dla własnych korzyści, jest głuchy oraz ślepy na potrzeby i nieszczęścia innych, zbyt zmęczony na niesienie pomocy, żywi się plotkami, a kiedy najdzie ochota to i młodemu kandydatowi na księdza zalotne oczko puści, pierwszemu lepszemu zdradzając w zaufaniu wyznane mu sekrety podążał drogą miłosierdzia ku błogosławionym promieniom (chyba że ze sztucznych lamp) – chodzenie do kościoła o każdej porze, każdego dnia i w każde, nawet najmniejsze święto, zmawianie różnych modlitw, śpiewanie w chórze, należenie do Oazy i kółka różańcowego to jedynie otoczka prawdziwej wiary, piękne uzupełnienie, bo cała prawda tkwi w autentycznie uduchowionym wnętrzu, które prędzej czy później w czynach oraz słowach zweryfikuje doczesność (odstraszają mnie babska, w trakcie mszy trącające się łokciem i półgębkiem parskające na widok kogoś znajomego lub nie, nie mniej te, które po wyjściu z budynku szeptają pogardliwym tonem, a jeszcze przed chwilą ręce wznosiły do obrazu, kolana odgniatały w konfesjonale, pieczętując swą (nie)naganną religijność przyjęciem komunii – „modli się pod figurą”…, a resztę niech sobie każdy już śmiało dopowie). Akurat te przykłady według mnie podchodzą pod abstrakcję, bo o ile w papieżu można jeszcze znaleźć czysto ludzkie wady, o tyle Chrystus pozostanie dla człowieka niedoścignionym ideałem (jeśli ktoś pokornie a nie dla szpanu podaje Najwyższego za autorytet i całym sobą i swoim postępowaniem pokazuje, że tak faktycznie jest, to podziwiam i szanuję, ale przeważnie ci naprawdę wielkoduszni mówią najmniej, nie krzycząc o własnej dobroci), stąd przyjemniej, nierzadko z delikatnie skrywanym wzruszeniem wsłuchuję się w historie, w których ktoś niezwykle emocjonalnie opowiada o rodzicach, małżonku, przyjacielu jako osobach, które tym jak żyły pozostawiły świadectwo godne naśladowania; jednocześnie pokrzepiają i zawstydzają, bo są takimi „cichymi świętymi na wyciągnięcie ręki”, udowadniającymi, że można.

Z jednej strony autorytety poszerzają horyzonty, bo ukazują pewne walory, które pragniemy przejąć i na dobre nam to wychodzi, ale z drugiej zawężają, gdy nie potrafimy wyciągnąć czegoś, by ulepszać siebie, lecz ślepo, bezrefleksyjnie powielamy dosłownie wszystko, stając się marną kopią (jak ma się takie skłonności, to rozsądniej posiadać kilka autorytetów, bo wtedy człowiek nie stanie się żałosnym kserem kogoś a być może fajną sklejką porządnych wartości, które wraz z upływem czasu, wielu przemyśleń, doświadczeń ukształtują niesamowitą jednostkę).

W związku z powyższym: są cechy, zachowania, dosłownie powalające mnie swoją mocą, wiarygodnością, ciepłem na łopatki; onieśmielające i motywujące, które chciałabym do siebie dodać, by pozostać sobą, ale z tymi przymiotami, które podziwiam i postrzegam jako szlachetne (a to czy mi się udaje/uda zależy od ciężkiej pracy, wytrwałości, mądrości i jeszcze pozostałych, nie zawsze zależnych, bo czasem los tak dokopie, że się człowiekowi jako istocie słabej wszystkiego odechciewa).

Takim bezkrytycznym ideałem w oczach dorastających panienek (czyli znajdujących się w najtrudniejszym wieku) stała się bohaterka filmu „Pęknięcia” w reż. Jordan Scott, powalająca urokiem osobistym Panna G (Eva Green) – nauczycielka gimnastyki (specjalizująca się w pływactwie, zwłaszcza w skokach do wody) w starej, chełpiącej się tradycją angielskiej szkole z internatem dla dziewcząt z tzw. „dobrych domów”, ulokowanej gdzieś na końcu świata, wśród nastrojowych jezior i lasów. Kobieta (zawsze nienagannie ubrana i umalowana) snuje opowieści o swojej barwnej przeszłości, egzotycznych podróżach, kochankach, prezentując rozmaite przedmioty, pocztówki, zachęcając do lekkiego łamania ścisłych barier, jak choćby branie nago nocnych kąpieli w refleksach księżyca, czytanie zakazanych książek, pływanie łódką, palenie papierosów, urządzanie nocnych imprez, podpijanie alkoholu, co czyni ją wręcz boginią, nimfą, bajkową syreną, fantazją, cudem dla odciętych od rodzin i męskiego grona nastolatek, co raz rywalizujących o jej względy, co jeszcze bardziej pokrzepia ją do takiego imponującego im postępowania. Czas w ogólnym podziwie i niewinnym współzawodnictwie upływa harmonijnie do momentu, aż zjawia się hiszpańska arystokratka, Fiamma (Maria Valverde), której przybycie zaburza pozycję liderki drużyny, pupilki, Di Radfield (Juno Temple) – kontrast między nimi polega na tym, że ta pierwsza mimo małomówności oraz uprzejmości jest w błyskotliwy sposób stanowcza, bezkonkurencyjna w skokach, z zachwycającą umiejętnością odmalowuje najbanalniejsze opowiastki, ale przez wzgląd na swoje pochodzenie, może również pochwalić się wielorakimi doświadczeniami (w tym utratą niewinności z niejakim Pablem), przygodami, drobiazgami, smakołykami, co zatarasowane za starymi murami trzpiotki zwyczajnie oczarowuje, a wraz z nimi Pannę G, najpierw skrycie, później bardziej natarczywie marzącą o zawarciu z nią głębokiej przyjaźni; chce bliskości, wspólnych doświadczeń, których od zawsze jest rządna, ale dane jej było zrealizować je jedynie… w wyobraźni, bo ubogie, speluńskie środowisko z którego się wywodzi nie dało jej takich możliwości, nie pozwoliło rozwinąć motylich skrzydeł, nakazując stale tkwić zamkniętej w ciasnej poczwarze nieuzasadnionego lęku oraz skrzętnie tuszowanych kompleksów – ta szkoła to tak naprawdę bezpieczny azyl, gdzie zmyślonymi anegdotkami zapycha utęsknione umysły porzuconych przez krewnych dziewczyn, stawiających ją na piedestale, tym samym podbudowując jej zagubione ego. Niestety Fiamma jeszcze wierzy, że jest tutaj na chwilę, że stanowi wyjątek pośród tych niechcianych, stąd alienuje się od panujących tu zasad, stwarzając rysy, pęknięcia na ugładzonej powierzchni dotychczasowej wegetacji. Walka, zazdrość, agresja doprowadzają do dramatu: arystokratka zostaje zatłuczona kijami, a nauczycielka celowo nie udziela jej pomocy.

„Pęknięcia” to taki dziewczyński film: dla dziewczyn i o dziewczynach, zapraszający do nieprawdopodobnej scenerii wiekowych obmurowań, sypialnianych komnat, baśniowych krajobrazów, ale i buzujących emocji, mrzonek, chichotów, pojedynków, plotek, przekazów, zawiści, intryg, które nierzadko doprowadzają do przerażającego dramatu – tak też było w tym przypadku, tak jest i będzie w wielu innych.

źródło ilustracji: http://www.filmweb.pl/film/P%C4%99kni%C4%99cia-2009-475975

źródło ilustracji: http://1.bp.blogspot.com/-HbgFy7tL19g/UixUXbB4iWI/AAAAAAAAFRw/KBXwQvKyeiU/s1600/cracks+2.jpg

źródło ilustracji: http://i1-0.fdbimg.pl/vjj70l/1800x2700_mjq6s5.jpg

źródło ilustracji: http://i1-0.fdbimg.pl/xjj70l/1800x1200_mjq6s5.jpg

źródło ilustracji: http://2.bp.blogspot.com/-uri-D8cp1Ow/VeGLGexof5I/AAAAAAAAAIE/N5fdq7f9YaE/s1600/CM%2Bcracks01-1.jpg

źródło ilustracji: http://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2012/12/pekniecia.jpg

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/ph/59/75/475975/163931.1.jpg

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Zapachniało jesienią – przepis na tartaletki z gruszkami

 Coraz częściej pojawiają się takie momenty, że świat zaczyna pachnieć jesienią: zwłaszcza w chłodne noce i równie chłodne poranki, ale też po deszczu gleba, kora drzew, liście roztaczają inną niż dotychczas woń (jest bardziej ziemiście, leśnie,wrzosowo). Chmury gęstnieją, szybciej zapada zmrok, wiatr staje się mroźniejszy. Wszechobecna zieleń subtelnie przebarwia się na złoto, brąz, czerwień. W kawiarniach pojawiają się herbaty i kawy z dodatkiem cynamonu, kardamonu, wanilii, imbiru, skórki pomarańczowej. Zaczynają królować korzenne grzańce i gęste kremowe zupy. Ogień figlarnie trzaska w kominku, na stołach, oknach palą się świece oraz lampiony. Kąpiele w wyperfumowanej solami, pudrami, kawiorami wodzie stają się dłuższe. Z kąta szafy uśmiecha się termofor. Wzrok pada na puchate sweterki. Para unosząca się z imbryka koi zmysły. Na stragany wkraczają jabłka, dynie, śliwki, cukinie, bakłażany, suszone grzyby i gruszki – i to właśnie one rozpoczęły u mnie sezon jesiennych wypieków (co nie oznacza, że nie pojawią się jeszcze te letnie) w postaci uroczych, kruchych, niesamowicie maślanych tartaletek wypełnionych karmelizowanymi gruszkami, aksamitnym kremem czekoladowym, dodatkowo przyozdobionym gruszkowymi chipsami: jest słodko, jest pysznie, jest jesiennie – a ja tak lubię jesień ;)

Przepis na tartaletki z kremem czekoladowym oraz gruszkami (8-10 sztuk) (Przepis na kruche ciasto pochodzi z bloga: http://zjemto.blox.pl/html)

Składniki:

Ciasto:

  • 3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 250 g zimnego masła
  • 5 żółtek

Krem czekoladowy:

  • 200 ml śmietany 36%
  • 100 g mlecznej czekolady
  • 1 fix do śmietany

Dodatkowo:

  • 2 gruszki
  • 2 łyżki cukru + do oprószenia
  • 2 łyżki masła

Sposób przygotowania:

Mąkę, cukier puder, żółtka oraz masło wrzucić do miski i zagnieść ciasto, które należy owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce ok. 20-30 minut.

W tym czasie 1 gruszkę obrać i pokroić w dość dużą kostkę, po czym wrzucić na patelnię, na której wcześniej zostało roztopione masło – całość posypać 2 łyżkami cukru i karmelizować do momentu zmięknięcia.

2 gruszkę (w skórce) pokroić na cieniutkie (2-3mm) plasterki, poukładać je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, oprószyć cukrem – piec około 12-15 minut w temp. 170 °C.

Po schłodzeniu ciasto rozwałkować i wyłożyć nim foremki do tartaletek.

Piec 15-20 minut, w temperaturze 180 °C.

Po wystudzeniu, tartaletki wyjąć z foremek, na spodzie każdej z nich wyłożyć kostki karmelizowanej gruszki, następnie krem czekoladowy (śmietanę ubić z fixem, potem dodać roztopioną wcześniej w kąpieli wodnej, lekko przestudzoną czekoladę – wymieszać do uzyskania gładkiego kremu), na wierzchu którego ułożyć po 1 chipsie gruszkowym.

*równie niezwykłe będą wtedy, gdy mleczną czekoladę zastąpi się gorzką, zaś wierzch posypie startym imbirem lub cynamonem

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Przepraszam pana bardzo, czy mógłby mnie pan uszczęśliwić?” – co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, zatem rzecz o „Odwykowni” Mieczysława Łukszy

Co nas nie zabije, to nas wzmocni  rzekł kiedyś filozof Friedrich Nietzsche (ten od kultu życia i koncepcji nadczłowieka) – niby nie sposób się z nim nie zgodzić, bo człowiek to taka istota, która umiera kilka razy (ze strachu, z rozpaczy, poczucia beznadziei, pustki, stagnacji, czemu zazwyczaj towarzyszą rozedrgania nerwowe, lęki, depresja, ataki paniki w połączeniu z wszelkimi atrakcjami somatycznymi, wzmiankującymi o nieuchronnej śmierci, która dowcipnie się zapowiada, a jednak nie nadchodzi, mimo utraty tchu, omdleń, zimnych potów, rozrywania w klatce piersiowej, nakładania obręczy na głowę i tym podobnych cudowności, bez których każdy by się obył, ale nie każdemu codzienność tudzież psychika pozwala, bo perfidny Los paluch umorusany nieszczęściem skierował akurat na danego, po czym rubasznie ryknął: RADŹ SE SAM), aż w końcu następuje taki moment, że umrze raz a porządnie (czasem przypadkiem, czasem po długotrwałym, bolesnym obwieszczeniu) i nie ma odwrotu (ale jest też dość plastyczna, potrafi się dostosowywać, toteż zapewne gdzie nie pójdzie, tam podoła, jakkolwiek), ale… bywa, że do końca nie zabije, lecz nadszarpnie, pozwalając nie żyć a wegetować (czyli chodzić skulonym do połowy, z oczami wbitymi w podłoże, sercem zatrzaśniętym, potencjałem przyhamowanym, duszą sposępniałą na wieki) – i właśnie wtedy owa sentencja się nie sprawdza.

A ci słabsi, bardziej wrażliwi, wpływowi w połączeniu z niespełnieniem, frustracją, osamotnieniem, nie nadążający za ówczesnym tempem, znudzeni, odizolowani, starając się dorównać, zaimponować, ułagodzić moralne dylematy, eksperymentować, odgonić chroniczny smutek UCIEKAJĄ, by choć na chwilę zapomnieć, zatuszować, rozmazać realny obraz, stłumić złość, sztucznie naładować euforią przy pomocy magicznych wspomagaczy typu: zajeść, zalać, zaćpać, zaharować, zagrać, co wtłacza ich w przykry krąg uzależnień (narkomania, alkoholizm, siecioholizm, pracoholizm, nikotynizm, hazard, seksoholizm, zaburzenia odżywiania, lekomania), które łączy jedno: PRZYMUS i ZAPRZECZENIE (jakoby mnie to nie dotyczy). I jeśli człowiek sobie nie uświadomi, głośno nie uzna, że ma problem, walki sam z sobą nie podejmie, to początkowa przyjemność lub dotychczasowy ratunek stanie się klęską prowadzącą do nieuchronnego upadku.

Nie upadł zupełnie, ale po nierównej powierzchni kroczył (i w przenośni i dosłownie, bo chwiejnym krokiem) 30letni Wieńczysław – bohater-narrator debiutanckiej książki „Odwykownia” autorstwa Mieczysława Łukszy, zamieszkujący gminę miejsko-wiejską w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie lidzbarskim, jaką jest Orneta, z której to za butelkę wódki (wedle sławetnego: czym się strułeś, tym się lecz), potem już honorowo, dał się wywieźć do szpitala psychiatrycznego, do Fromborka, na oddział trzeci, gdzie okrzyknięty cudotwórcą doktor Siwek w towarzystwie atrakcyjnych piguł oraz psychoterapeutek wyciągają ludzi z alkoholizmu. Pierwsze dni, pomimo lekko cynicznego i frywolnego nastawienia, okazały się potworne (czułem się, jakbym był zawieszony nad przepaścią na cienkich zardzewiałych drucikach, które po kolei pękały. Zapadałem w krótkie letargiczne drzemki przerywane gwałtownym biciem serca i dławiącym gardło lękiem), ale jednocześnie uświadomiły mężczyźnie dramatyczny stan, do którego doprowadził się samoistnie. Trochę tabletek, kroplówki z roztworem soli mineralnych, nocne rozmowy przy kawie i herbacie z przesympatycznymi pielęgniarkami, dosadne dowcipy w palarni, poznanie innego świata osób zmagających się z zaburzeniami psychicznymi, poranna gimnastyka, wspólne smażenie ryb, rozwiązywanie krzyżówek, gra w brydża, czytanie tygodników, spacery, uczestnictwo w grupowych spotkaniach AA, dają mu poczucie odzyskiwanego człowieczeństwa, szacunku, siły, satysfakcji, sprawności umysłu, które nieśmiało spychają wstyd, zakłopotanie, upodlenie związane z trwaniem w nałogu na dalszy plan, gdzieś w głąb wspomnień, mających pełnić rolę trwałej przestrogi. O zmianie swojego nastroju, nastawienia, podejścia do egzystencji zaczyna zdawać sobie sprawę, gdy jadąc na przepustkę z okazji Świąt Wielkanocnych postrzega świat jakoś po nowemu, lepiej (w drodze do domu na nowo odkryłem Warmię. Z zachłannością dziecka oglądałem krajobrazy migające za szybą wagonu kolejowego. Wybrałem podróż pociągiem, gdyż kolej miała swój urok, swoje zapachy, każda podróż była inna. Ta również. Patrząc na zmieniające się wiosenne pocztówki za oknem, czułem się jak ktoś, kto po wielu latach wraca do ojczyzny. Z zaskoczeniem i radością poczułem nutkę patriotyzmu, może lokalnego, ale prawdziwego. Przypomniałem sobie, jak przebiegała moja podróż do szpitala i mimochodem uśmiechnąłem się. Choć od tego czasu minęło zaledwie kilka tygodni, były to dwie różne rzeczywistości. Do Fromborka jechał ktoś zupełnie inny niż ten, kto wraca. Zadziwiająca była to metamorfoza), i w ogóle  znajduje czas oraz ochotę na różnego rodzaju przemyślenia. Oczywiście nie zawsze jest kolorowo, bo  namoczone w wódce śliwki kuszą, tabletka zostaje wydrapana, zdarzają się wypady do pobliskich pubów, związane z tym kłamstwa, nadwyrężanie zaufania personelu, ale też jego, podczas gdy znajduje butelkę alkoholu w kurtce jednego z uczestników terapii, wszakże trzeźwości unaocznia Wieńkowi, iż pomimo, że jego rzeczywistość stała się nie tylko piękniejsza i bardziej interesująca, to także skomplikowana, wymagająca, trudniejsza, czyli taka, od której pragnął uciec – tyle, że wybrał zły kierunek, co w pewnym, być może ostatnim momencie, pojął:

Dotarło do mnie, że życie polega na dokonywaniu wyborów, ale tylko w takim zakresie, byśmy nie zapomnieli, że tak naprawdę o nim nie decydujemy. Za wybory odpowiadamy, ponosząc ich konsekwencje. Każdy z nas jest kowalem swego losu, ale nie panem.

Do tej pory wyboru za mnie dokonywał alkohol. Czas stać się odpowiedzialnym za swoje życie. Czas zrzucić krótkie spodenki beztroskiego, trzpiotowatego, pijaczkowatego młodzieniaszka (…) Nie bałem się powrotu do picia, byłem przekonany, że nie będę pił, dopóki nie będę chciał. Po tym, co tu przeszedłem, sytuacja się zmieniła – alkohol nie miał już nade mną władzy -  w tym zakresie to ja decydowałem. Role się odwróciły.

I postanowił pomagać tym, którzy udręczeni nałogiem tej pomocy zaczynają szukać – a naturalnym jest, że najbardziej wiarygodny będzie ten, który przeszedł to samo, ofiarowując sprawdzone porady, słowa otuchy, wyrozumiałość, stając się jednocześnie przykładem, że jeśli bardzo się tego chce, to można, da się.

Co tu dużo pisać, książka genialna, naprawdę: szczera, poprowadzona ciekawie historia o ludzkich słabościach wzrusza, bawiąc, bo jest napisana prosto, nawet chwilami rubasznie, ale jednak ze smakiem, dzięki czemu o ciężkich rzeczach czyta się naprawdę lekko. Ogromny plus za wspomnieniowe wtręty (chociażby o pierwszym papierosie, zamiataniu ulicy w smokingach, cylindrach i białych rękawiczkach, pokerze, wędkarskiej pasji, miejscowej plaży, nauce pływania, smoku zgładzonym przez dzielnego rycerza). Całość podbudowuje, bo fajnie jest wiedzieć jak ludzie radzą sobie z własnymi słabościami i mieć świadomość, że faktycznie sobie radzą – zwłaszcza, że ośmielę się podejrzewać, iż rzecz wydarzyła się naprawdę ;)

A tu moje małe uzależnienie, w postaci kawy, ale jak mówią: kofeina nawet w wysokich dawkach jest bezpieczna dla organizmu (i ponoć przesadne ilości nie wpędzają w stan euforii, psychozy, czy innych dziwnych zachowań jak to w przypadku pozostałych substancji psychoaktywnych), a 2-3 kawki dziennie, to jedynie racjonalne smakowanie, no błogość dla podniebienia, żeby coś dla siebie z tego życia ;)

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Tajemnica polega na tym, że nie ma żadnej tajemnicy”, poważnie? – „Musimy porozmawiać o Kevinie” w reż. Lynne Ramsay, czyli o relacji, w której nikt nie powinien czuć się bezpiecznie

Społeczeństwo tworzy pewne ramy zwane normami, które każdy powinien spełnić, by się wpasować, by nie odstawać, bowiem wtedy wszystko jest prostsze, bardziej przewidywalne, BEZPIECZNIEJSZE, bo znane – każdy tak samo od startu do mety. Problem zaczyna się wtedy, gdy zjawia się ktoś, kto ma zupełnie odmienne spojrzenie na otaczającą rzeczywistość, inną świadomość estetyki, wrażliwość, siłę, inne uczucia, potrzeby, pragnienia, po prostu indywidualną duszę i zwyczajnie nie potrafi się dostosować, bo wtedy nie czuje się sobą, lecz marną (nawet martwą) kopią schematów oraz ludzi nastrojonych nie na to, żeby realizować siebie, żyć w zgodzie z własnym „ja” (kompletnie nie zadając nikomu krzywdy – chyba, że krzywdę intelektualną, bo w zderzeniu z owym trzeba się bardziej wysilić, by zrozumieć, jednak do tego również potrzeba chęci, mądrego nastawienia, a nie wzgardliwego spojrzenia, splunięcia, odrzucenia i zamknięcia w ścisłym, konwencjonalnym, niezagrożonym nowością światku w obawie przed zaburzeniem strefy komfortu), ale na to, żeby być tym, kim pozostali chcą, na to, żeby „odgrzewać” (odgrzewanie jest fajne, bo łatwe, sprawdzone i pewne, niestety nudne, odbierające osobowość oraz możliwość dalszego, głębszego rozwoju).

Jedną z takich konfiguracji jest: ZARĘCZYNY (najlepiej w gronie rodziny, przyklękniecie, złoty pierścionek)-ŚLUB (dobrze jak 2 lata po zaręczynach, koniecznie śnieżnobiała suknia, welon, bukiet z białych róż, przystrojony kościół, mikrofon pod usta, sypnięcie drobniaków, ryżu, bywa, że wypuszczenie gołębi tłamszonych na tę okazję w klatce)-WESELE [ze wszystkimi sztampowymi zabawami (nawiasem: coraz bardziej wulgarnymi) i okrzykami, że gościom za gorzko, że ona winna jemu, a on jej, z tłuczeniem kieliszków, spożywaniem chleba z solą, pierwszym tańcem, rosołem, paczuszkami ciasta, życzeniami]-NOC POŚLUBNA (wcześniej przeniesienie przez próg)-DZIECKO (broń Boże coś zaburzyć, coś pominąć: ślub bez wesela, brak zaręczyn, czarna/czerwona/różowa suknia zamiast białej – lincz powszechny gwarantowany, choćby w niemo uniesionej z pogardą brwi, górnej wargi lub nonszalancko zmarszczonego nosa), która gdzieś tam ucięta, poprowadzona własnym nie obywatelskim torem czyni cię człowiekiem gorszej kategorii, wręcz dziwakiem – bo jeśli WSZYSCY mogą, to czemu nagle TY nie możesz?! Czemu się wyłamujesz, tworząc mentalne utrudnienie? Bo w istocie nikomu z konta nie ubędzie, nikt na zdrowiu nie podupadnie, najbliższych nie pochowa akurat z tego powodu, że posiadasz samodzielną wizję siebie i swojej codzienności, ale… jak to pojąć i właściwie dlaczego, kiedy inni patrzą i oczy ze zdumienia przecierają, że przeciwnie do nich, nie tak samo? Ano dlatego Moi Drodzy, że każdy własne życie przeżywa za siebie ;)

I ten projekt monotonii nie spodobał się Evie Khatchadourian (Tilda Swinton), bohaterce  dramatu psychologicznego „Musimy porozmawiać o Kevinie” w reż. Lynne Ramsay (adaptacja powieści autorstwa Lionel Shriver), której brakło siły, by się tym standardom sprzeciwić, jednak nie brakło jej tej siły do wychowania wyjątkowo trudnego, rzeknę wstrętnego, sadystycznego dzieciora, jakim jest tytułowy Kevin (Rock Duer, Jasper Newell, Ezra Miller), który sprawia problem nie tym, że najpierw za dużo płacze (toteż młot pneumatyczny okazuje się ukojeniem), potem nadmiernie milczy (aż podejrzewa się go o autyzm), zbyt długo załatwia się w pieluchę, nie angażuje w zabawy, nie chce mówić, ale tym, że robi to wszystko SPECJALNIE, bo dokuczanie i sprawianie przykrości mamie, siostrze, zwierzętom sprawia mu chorą satysfakcję. Chłopiec od najmłodszych lata stara się manipulować rodzicielką, sprawdzać skalę psychicznej wytrzymałości, nerwów, badać granicę… jej miłości, której być może, gdzieś wewnętrznie nie jest do końca pewny, o czym świadczą wypowiedziane przez niego słowa:

Przyzwyczaić się to nie to samo co polubić. Ty się do mnie przyzwyczaiłaś.

Bo w istocie Eva, zamiłowana podróżniczka i pisarka, nie była pewna czy chce zostać matką, czy chce przejąć obowiązki gospodyni domowej, poświęcić się rodzinie, nie wiedziała czy to okaże się definicją jej spełnienia, czy wystarczy, by odczuwać szczęście i prawdopodobnie gdzieś ta frustracja w niej tkwiła (bo nie każda kobieta chce być matką i nie każda nią być musi, co nie oznacza, że ma się z tego powodu biczować, bo może się okazać znacznie lepszym człowiekiem niż te, które mają 5 mikrusów u boku), ale mimo wszystko oddała się bezgranicznie, zrezygnowała z siebie, swoich pasji, marzeń, wędrówek, a w efekcie otrzymała dziecięcą tyranię, wyrafinowaną złośliwość, nieustanną grę, perfidię, nieokrzesanie skierowane do niej i tylko do niej, bo gdy Szanowny Pan Tatuś Franklin (John C. Reilly) wracał z pracy, to synek wpadał w ramiona z miną cherubinka, a udręczona dniem z tym potworkiem matka nie miała już siły, ochoty na rozmowę, która ciągle miała się odbyć, a nigdy się nie odbyła, bo zwyczajnie brakło tu wsparcia, wyrozumiałości, wysłuchania, wczucia się w sytuację, spojrzenia na nią z drugiej, cięższej do pojęcia, ale autentycznej strony. Te niedomówienia, frustracja, lekceważenie, obojętność (przez rodziciela), ale i apetyt na zło Kevina doprowadzają do przeraźliwej tragedii: 16letni nastolatek popełnia masowy mord, zabijając 9 kolegów, ojca oraz siostrę, strzelając do nich z łuku.  A co na to matka? Matka bierze w oczach ludzi całą winę na siebie (bo to przecież ona ponosi odpowiedzialność za wychowanie, za błędy swojego dziecka) i niczym cierpiętnica, kobieta pełna miłosierdzia raz w tygodniu jeździ do młodocianego pierworodnego zabójcy, bo mimo, że nie łączyła ich emocjonalna więź, to od zawsze starała się być dla niego najlepszą matką na świecie.

„Musimy porozmawiać o Kevinie” to film drastyczny, wkurzający szczenięcym cynizmem, przesycony złem, bezradnością, strachem, nie dający jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Czy zawiniło tu wychowanie? Brak reakcji, działania w odpowiednim momencie? Może nawet nie wychwycenie tego momentu? Czy zwyczajnie człowiek zgadza się na zło, zepsucie, podejmując decyzje już od najmłodszych lat? Na ile matka jest w stanie wpłynąć na swoje dziecko, a na ile je poznać? Po której stronie leży więc odpowiedzialność: WYCHOWANIE czy NATURA? Bo mi się wydaje, że wychowanie może wpłynąć na naturę, ale tylko od niej zależy jak bardzo. Ja tę kobietę podziwiam za stoickość, podziwiam.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/58/02/485802/7466167.3.jpg

źródło ilustracji: http://blog.zapytajpolozna.pl/wp-content/uploads/2013/02/Zdj%C4%99cie-Musimy-Porozmawiac-o-Kevinie-1.jpg

źródło ilustracji: http://fotelprzykominku.blox.pl/resource/kevin3.jpg

źródło ilustracji: http://www.cyfraplus.pl/ms_galeria/galeria/39728_1.jpg

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/ph/58/02/485802/302776.1.jpg

źródło ilustracji: http://fotelprzykominku.blox.pl/resource/Kevin1.jpg

źródło ilustracji: http://kinoplay.pl/gfx/big/1347969634.0493.jpg

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Pokusa Pameli – gotowany sernik warstwowy

Dzień jeszcze nie dobiegł końca, ale z pewnością (przynajmniej u mnie) słońce przegrało potyczkę z deszczem i wzbierającymi burzowymi chmurami. Moje nostalgie mogą więc swobodnie dryfować po nieuchwytnej okiem czasoprzestrzeni, wspaniale wkomponowując się w ten dżdżysty klimat. A ponieważ świat chyli się ku wieczorowi, to jest jeszcze czas na wykonanie ciasta, które nota bene przez tę noc musi poleżakować w lodówce, by „przegryzły się smaki”. Mowa o Pokusie Pameli (nie mam pojęcia skąd ta nazwa, bo nie widzę żadnego związku – może jakaś Pamela skusiła nim pewnego kawalera, i uległ?), czyli serniku nie pieczonym, lecz gotowanym z dodatkiem budyniu, w efekcie znacznie lżejszym, do tego jeszcze warstwowym, bo przełożonym 3 blatami kruchego ciasta (jeden z nich posmarowałam dżemem brzoskwiniowym – nie żałuję), z wierzchu oprószonego wiórkami kokosowymi. Kroi się pięknie, smakuje jeszcze lepiej – do jutrzejszej kawy ;)

Przepis na pokusę Pameli (blacha o wymiarach 23×39 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://www.swiatciasta.pl/)

Składniki:

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 1 szklanka cukru
  • 200 g masła
  • 2 jajka
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki śmietany
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Budyniowa masa serowa:

  • 1 kg twarogu półtłustego
  • 1,5 szklanki cukru
  • 0,5 szklanki mleka
  • 2 jajka
  • 200 g masła
  • 1 budyń śmietankowy

Dodatkowo:

  • 1 dżem brzoskwiniowy
  • wiórki kokosowe (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Z podanych wyżej składników zagnieść ciasto i podzielić je na 3 równe części – każdą z nich rozwałkować do rozmiaru formy, a następnie piec (osobno) przez około 20 minut, w temperaturze 200°C

Wystudzić.

Budyniowa masa serowa:

Drobno pokruszony twaróg, masło, cukier i jajka przełożyć do garnka, dokładnie wymieszać i zagotować. Do gotującej się masy wlać rozrobiony w mleku budyń – gotować aż do zgęstnienia.

Wystudzić.

Wykonanie:

Pierwszy blat kruchego ciasta posmarować dżemem brzoskwiniowym, po czym wyłożyć na niego część budyniowej masy serowej, przykryć drugim blatem, wyłożyć masę serową, przykryć ostatnim blatem, posmarować cienko masą serową i oprószyć wiórkami kokosowymi.

Wstawić do lodówki – najlepiej na całą noc.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Historia dla przygłupich i naiwnych ciemniaków”, czyżby? – „Tajemnica Filomeny” w reż. Stephena Frearsa

Każdy z nas tapla się w stawie własnych tajemnic (celowo nie użyłam tu chociażby słowa: JEZIORO, ponieważ to przywodzi mi na myśl krystaliczną, spokojną wodę wypełniającą centrum jakiegoś magicznego, nietkniętego ludzką ręką zakątka, gdzie myśli i czuje się inaczej, lepiej, gdzie zmysły są wyostrzone, ciało, duch, umysł zaznają relaksu, tymczasem głuchą ciszę przerywa wyłącznie melodia przyrody – co innego STAW, który ciemną barwą zataja, nie pozwala dostrzec głęboko ukrytego, poprzez niemożność przedarcia przez gęstwiny zakorzenionych w nim roślin utrudnia poznanie, odstręcza, przeraża, ale jeśli ktoś zdecyduje się zanurzyć, lepkością błota świadomie ubrudzić, przywdziewa tapetę nieprzyjemnej aury złych decyzji, uczynków, bolesnych słów, odziera ze wstydu, moralności i poczucia winy, pozbawia dobrego smaku, wyczucia, zachęcając, by iść dalej, nie znając umiaru, bo umiar stawia granice, a przekraczanie ich jest o wiele ciekawsze, nawet za cenę samego siebie), siedzących w milczeniu w najdalszych zakamarkach bezlitosnych, przykrych wspomnień, męczącej codzienności, niepewnej przyszłości. Ludzie z tajemnicą pociągają niczym grzech, są wewnętrznie atrakcyjni, uwodzicielsko zatrważają, rodzi się pragnienie bliskości, rozwikłania wypełniającej ich enigmy, która elektryzuje przestrzeń, tworzy napięcie wokół nich, sprawia, że samoistnie nie chce się przestać, zawrócić, lecz być tuż tuż, blisko.

Sam Baudelaire ośmielił się rzec:

 

Człowieku, nikt nie zbadał dna twego tajnicy!

Morze, nikt nie zna bogactw twych skrytej skarbnicy!

Tak zawistnie strzeżecie tajemnice swoje.

 

I dobrze, że się ośmielił, bo sprzeciwić się temu nie sposób.

Siedzę. Na obitym czarną tkaniną krześle. Dłonią przeciągam po starych okładkach książek. Wsłuchuję w bezgłośny szmer deszczu. Na niewielkim stoliku paruje barwioną czerwienią herbata – aromatyzowana dziką różą i jabłkiem – w towarzystwie zapowiadających nastrojem smutną jesień fioletowych śliwek. Lubię jesień. Za szkłem świat. W tym świecie ludzie. W nich tajemnice. Tajemnice we mnie. Moje.

Dotkliwy sekret ukrywa bohaterka dramatu „Tajemnica Filomeny” w reż. Stephana Frearsa, będącego adaptacją reportażu autorstwa Martina Sixsmitha (Steve Coogan), który na jej kartach, choć początkowo niechętnie (bo na odstresowanie po skandalicznym wyrzuceniu z rządu Tony’ego Blaira „za coś czego nie zrobił” miał ambicje napisać książkę o Rosji, a nie jakąś „historię dla przygłupich i naiwnych ciemniaków”), odtworzył prawdziwe zdarzenie, jakie na prośbę jej córki Jane (Anna Maxwell Martin) (spotkała go na jednym z przyjęć, gdzie pełniła rolę kelnerki) miał możliwość usłyszeć z ust wdzięcznej, skromnej, głęboko religijnej emerytowanej pielęgniarki Philomeny Lee (Judi Dench), która pół wieku temu została zmuszona przez zakonnice z niezwykle surowego Opactwa Roscrea (matka zmarła 10 lat temu, a tam, ze wstydu, wywiózł ją ojciec, całej rodzinie oświadczając…, że umarła – mogła się stamtąd wydostać po wpłacie 100 funtów, ale nawet tyle nie posiadała, do tego nie miała dokąd pójść) do oddania swojego dziecka, owocu 18letniej nieprawości z przypadkowo poznanym w wesołym miasteczku czarującym mężczyzną, bo jak mawiały szanowne siostrzyczki: ten ból to pokuta [poród odbył się bez środków przeciwbólowych i mimo, że to bolało przez chwilę, to świadomość niepoznania dziecka już przez resztę życia – dzięki serdeczności siostry Anunciaty (Amy McAllister) miała jego zdjęcie]. Jednak w dniu 50tych urodzin Anthony’ego (Tadhg Bowen, Harrison D’Ampney) postanawia nie tylko opowiedzieć tę ciężką historię, ale też z dziennikarzem udać się w podróż do USA, w celu odnalezienia syna (wyjazd finansuje łakome na tę sensacyjną opowieść wydawnictwo) – tam okazuje się, iż chłopiec, który w wieku 4 lat, razem z Mary (Saoire Bowen, Mare Winningham) został za 1000 dolarów przekazany amerykańskiej rodzinie, doktorstwu Hess (mieli już 3 synów, ale chcieli adoptować dziewczynkę, a ponieważ dostrzegli, iż dzieci są ze sobą silnie związane wzięli oboje), którzy zmienili jego imię na Michael (Xawver Atkins, Sean Mahon), natomiast gdy dorósł odznaczał się nieprzeciętną inteligencją, co pomogło mu błyskawicznie piąć się po szczeblach kariery politycznej, niestety nigdy nie był do końca szczęśliwy, bowiem pragnąc poznać swoją przeszłość, skontaktować z biologiczną matką, dwukrotnie powracał do Irlandii, do klasztoru, gdzie nie otrzymał żadnych odpowiedzi, danych, wiadomości, a to niewyjaśnienie burzyło jego codzienność, kształtowało negatywne stosunki z innymi osobami, skłaniając ku autodestrukcyjnym praktykom, wyładowywaniu w rozwiązłych praktykach homoseksualnych, w wyniku których zaraził się wirusem  AIDS, w efekcie zmarł 8 lat przed tym, nim cokolwiek dowiedziała się o nim Philomena, nim w ogóle mogła go poznać, zobaczyć, usłyszeć ton głosu. Kobieta zdaje się być pogodzona z losem, jednakże zupełnie odmienną postawę przyjmuje cyniczny dziennikarz (nota bene posiadający masę wspaniałego humoru i gdzieś tam pod płaszczykiem gruboskórności pewną wrażliwość i skłonność do empatii), żywiołowo oskarżając zakonnice o perfidne utrudnianie kontaktu – ogień tej wzgardy niespodziewanie gasi sama Philomena, stwierdzając, że nie potrafi odpłacać się tą samą miarką, nie chce oskarżać, nie chce wymierzyć kary, lecz darować winę, jak na autentycznie wierzącą i kierującą się słowem Bożym osobę przystało: miłość nie nienawiść, przebaczenie nie zemsta.

„Tajemnica Filomeny” zachwyca i irytuje, wzrusza i bawi, odsłaniając potworne mechanizmy kościoła Katolickiego, fałsz, brak zrozumienia, współodczuwania, pomocy, intrygi, odarcie drugiego człowieka z godności w imię pokuty za czyny nigdy do końca nie sprecyzowane jako dobre czy złe, oraz samych siebie z moralności, jednocześnie okazując, że nie monumentalny budynek, nie ręce wzniesione do obrazu, nie stanowisko, ślubowanie czy habit, nie ta cała otoczka okraszona pięknymi, wzniosłymi słowami, ale życiowa postawa, uczynki, prostolinijność, umiejętność zapominania krzywd wartościują człowieka: być a nie mieć – tego się trzymajmy.

 

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/82/14/668214/7591812.3.jpg

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/ph/82/14/668214/467780_1.1.jpg

źródło ilustracji: http://www.cyfraplus.pl/ms_galeria/galeria/43442_5.jpg

źródło ilustracji: http://www.kinopodbaranami.pl/images_lib/doc_6005_0.jpg

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

A na podwieczorek: ciasteczka Siostry Anastazji

Ostatnio wieczory są przyjemnie chłodne, pachnące zbliżającą się jesienią. Kwiaty w przyblokowych ogródkach zrzucają płatki, pomiędzy zielonymi gęstwinami świeżych traw zaczynają pojawiać się te kruche od suchości. Świat nastraja się melancholijną szarością, deszcz gra smutną melodię na okiennych szybach. Na sklepowych półkach pojawiają się herbatki z dodatkiem korzennych przypraw, które znakomicie pasują do tych kruchych ciasteczek z falbanką, wypełnionych wieloowocowym oczkiem, oprószonych trzeszczącym kokosem,  z przepisu samej Siostry Anastazji (pierwszy raz do nich sięgnęłam i nie żałuję – będę szperała dalej), a są one doprawdy tak kruche, że ciasto rwie się w trakcie wałkowania, ale to nic, cierpliwość jest cnotą, a szczerze cnotliwi kiedyś zostaną nagrodzeni – w tym przypadku słodkim rarytasem ;)

Przepis na kruche słoneczka z kokosem (50 już złożonych ciasteczek) (Przepis pochodzi od Siostry Anastazji)

Składniki:

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g masła
  • 125 g cukru pudru
  • 3 żółtka
  • 2 łyżeczki octu
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Dodatkowo:

  • marmolada wieloowocowa
  • 1 białko
  • wiórki kokosowe

Sposób przygotowania:

Mąkę przesiać i posiekać z masłem, żółtka wymieszać z cukrem pudrem za pomocą rózgi, a ocet z proszkiem do pieczenia – wszystko połączyć i wyrobić ciasto, które następnie należy rozwałkować (delikatnie podsypując mąką), po czym wycinać okrągłą foremką (ja robiłam to falowaną foremką do babeczek – by uzyskać ładny kształt) – w połowie ciastek wyciąć dziurkę – przełożyć na blaszkę wcześniej wyłożoną papierem do pieczenia. Ciastka z dziurką posmarować białkiem i oprószyć wiórkami kokosowymi.

Piec około 10 minut, w temperaturze 200°C (do zezłocenia)

Po wystudzenia ciasteczka bez kokosu posmarować marmoladą i skleić z ciasteczkami z kokosem.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj