Wegańskie dyniowo-bananowe ciasto z powidłami śliwkowymi i tahini

Rzadko piekę coś dla siebie, ponieważ ponad słodkie smaki stawiam te ostre i kwaśne, ale parę dni temu urzeczona śliczną zielonością nabyłam mąkę dyniową, którą zazwyczaj wykonuję sama, bo stanowi jedynie dodatek do mich dań (spożywam ją na surowo w owsiankach, koktajlach lub sałatkach). W ten oto sposób stałam się dumną posiadaczką 0,5 kg opakowania, zachęcającego do wykorzystania znacznie większej niż dotychczas ilości.

Postawiłam na cudownie wilgotne, kleiste, barwą przepiękne, aromatem powalające, a smakiem uzależniające wegańskie, bezglutenowe ciasto dyniowo-bananowe z kleksami domowych śliwkowych powideł i tahini, które wykonuje się błyskawicznie (wystarczy wymieszać składniki, wlać do foremki, upiec i gotowe!).

Ten wypiek mogę swobodnie ustawić obok szarlotki, orzechowca, blondie i najlepszego na świecie kawowego ciastka orkiszowo-owsianego z masłem orzechowym  ;)

Polecam!

Uwaga: ciasto można mrozić, a po rozmrożeniu kompletnie nie traci smaku i nie zmienia konsystencji.

Przepis na wegańskie dyniowo-bananowe ciasto z powidłami śliwkowymi i tahini (forma o wymiarach 20x20cm ) (zainspirowałam się przepisem z bloga: http://www.truetastehunters.com/; podaję z moimi zmianami)

*piekłam z połowy niżej podanych składników

Składniki:

  • 4 bardzo dojrzałe banany
  • 125 g mąki dyniowej
  • 100 g mąki ryżowej
  • 2 łyżki mąki orzechowej
  • 1 łyżka oleju z orzecha włoskiego
  • 120 g tahini
  • 120 g melasy winogronowej
  • 30 g ekologicznego cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 3 łyżki wody różanej
  • 0,5 łyżeczki cynamonu
  • 0,5 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia

Dodatkowo:

  • 200 g powideł śliwkowych
  • 2-3 łyżki tahini
  • prażone pestki dyni

Sposób przygotowania:

W jednej misce zblendować na gładką masę: banany, melasę, ekologiczny cukier waniliowy z prawdziwą wanilią, tahini, wodę różaną, olej z orzecha włoskiego, cynamon i gałkę muszkatołową, a w drugiej wymieszać: mąkę dyniową, mąkę ryżową, mąkę orzechową oraz bezglutenowy proszek do pieczenia, po czym dokładnie połączyć składniki z obu misek.

Tak przygotowane ciasto przelać do formy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Na wierzchu wykonać kleksy z powideł śliwkowych, a w miejscach, gdzie ich nie ma, zrobić esy-floresy z tahini.

Piec około 35 minut, w temperaturze 180°C

Wyjąć. Wystudzić. Oprószyć prażonymi pestkami dyni.

Opublikowano Przepisy, Wegańskie, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Sernik rosyjski (na orzechowym spodzie, z cytrynowym lukrem i podprażonymi płatkami migdałowymi)

Jesienno-zimowe wypieki są korzenne, orzechowe, dyniowe, pomarańczowe, jabłkowe, z daktylami, powidłami śliwkowymi, miodem, marcepanem, makiem, kawą, marchewką, bezą, gorzką czekoladą, kasztanem, rumem i likierem.

Ich barwy są stonowane, ale wypełnione oszałamiającymi wonnościami, które kojarzą się ze spokojem i jakąś taką nostalgią za tym, co już było i za tym, czego nigdy nie będzie.

Dzisiaj proponuję cudowny sernik rosyjski: aromatyczny orzechowy spód, przepyszna, aksamitna, przez dodanie ubitej kremówki niesamowicie delikatna masa serowa, cytrynowy lukier i podprażone płatki migdałowe.

To tak na umilenie tych wieczorów, kiedy deszcz cichutko podśpiewuje, a gorąca kawa zaprasza do zwierzeń ;)

Przepis na sernik rosyjski (blacha o wymiarach 24x35cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://ilovebake.pl/; wykorzystałam lukier z przepisu na sernik krakowski)

Składniki:

Orzechowy spód:

  • 3/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1 szklanka zmielonych orzechów włoskich
  • 100 g masła (miękkiego)
  • 4 łyżki cukru 
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • szczypta gałki muszkatołowej

Masa serowa:

  • 800 g twarogu półtłustego (dwukrotnie zmielonego)
  • 200 g serka kremowego, np. Philadelphia
  • 1 i 1/4 szklanki cukru
  • 6 dużych jajek
  • 250 ml śmietany 30%
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • sok wyciśnięty z 0,5 cytryny
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • szczypta soli

Cytrynowy lukier:

  • 1 białko
  • 150 g cukru pudru
  • sok wyciśnięty z 1 małej cytryny

Dodatkowo:

  • płatki migdałowe (podprażone na suchej patelni)

Sposób przygotowania:

Miękkie masło przez chwilę zmiksować, po czym dodać pozostałe składniki i zagnieść z nich ciasto, które należy wcisnąć na spód wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blachy.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 180°C.

Przygotować masę serową: twaróg oraz serek zmiksować z cukrem, żółtkami, aromatem waniliowym, sokiem oraz skórką z cytryny. Następnie wsypać przesianą mąkę ziemniaczaną. Kremówkę ubić na sztywno i delikatnie połączyć z masą. Na sam koniec wmieszać białka ubite ze szczyptą soli na sztywną pianę.

Tak przygotowaną masę wyłożyć na podpieczony spód.

Piec około 10 minut w temperaturze 180°C, potem obniżyć temperaturę do 150°C i piec jeszcze około 1-1,5h (skórka musi być zarumieniona, a sernik sprężysty w środku)

Studzić w piekarniku, przy uchylonych drzwiczkach.

Wystudzony sernik z wierzchu posmarować cytrynowym lukrem (powstałym z dokładnego wymieszania składników) i oprószyć podprażonymi płatkami migdałowymi.

 

Opublikowano Przepisy, Serniki, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Żółta pelerynka, czerwony balonik, dziecięce strachy i klaun morderca, czyli porażające wakacje w filmie „To” w reż. Andresa Muschiettiego

Kiedy byłam mała miałam kilka pajaców: były zarazem smutne i straszne – jeden huśtał się na huśtawce, drugi miał demoniczny uśmiech, a trzeci ocierał stale spływającą łzę.

Nie potrafiłam się nimi bawić, więc ich zajęcie polegało na obserwowaniu makabrycznie podkreślonymi oczami mojego pokoju i wszystkich tych, którzy odważyli się tam wejść.

Nie bałam się ich, choć wiem, że te sztuczne, niespokojne chichoty, pomalowane twarze, gigantyczne stopy, cudackie kostiumy i fryzury budzą u wielu lęk – ta fobia określana jest mianem kolurofobii.

Myślę, że to nienaturalność jest źródłem, bo zwykle pod udawaniem skrywa się prawdziwe zło…

A że wczoraj była deszczowa niedziela, to wybraliśmy się do kina, gdzie puszczali film właśnie o klaunie, nie byle jakim, bo roztańczonym, do tego seryjnym zabójcy – chodzi oczywiście o horror „To” w reż. Andresa Muschiettiego, będącego ekranizacją słynnej, mega grubej powieści Stephena Kinga (około 1200 stron), której niestety dotychczas nie przeczytałam, nie oglądałam też nakręconego w 1990 roku serialu grozy, ale pozwoliło mi to podejść do seansu z realnym napięciem, wynikającym z nieświadomości, co się stanie i o co w tym w ogóle chodzi.

Szczególnie zachęcający był fakt, iż główne role odgrywały dzieci, a świat intensyfikowany ich bezbrzeżną wyobraźnią potrafi być szokująco fascynujący – o czym mogłam się przekonać chociażby w „Stań przy mnie” w reż. Roba Reinera (też na podstawie opowiadania Kinga), który bardzo miło wspominam (można poczytać TUTAJ).

A teraz ciiii, bo zaczyna się film.

W prowincjonalnym miasteczku Derry w stanie Maine historia lubi się powtarzać; powtarzać co 27 lat w sposób zaiste psychodeliczny, spędzający z powiek resztki niewinnych, tęczowych snów. A wszystko za sprawą bytującego w miejskiej kanalizacji oraz ponurym, rozpadającym się domu usytuowanym przy Neibolt Street 29 Tańczącego Klauna Pennywisse’a ( Bill Skarsgård), którego pojawienie zapowiada zatrważająco uroczy czerwony balonik. Ten oto cyrkowy pajacyk, tym razem w latach 80., postanawia przejąć pociągnięty parafiną papierowy okręt ubranego w żółtą, przeciwdeszczową pelerynkę słodkiego, trochę zbyt ufnego George’a Denbrougha (Jackson Robert Scott), by w podzięce za tę wiarę bezpardonowo odgryźć mu rękę, wciągnąć do ścieków i uśmiercić. Potworny czyn, niemożność pogodzenia ze stratą, wyrzuty sumienia, że pozwolił małemu iść w pojedynkę i siła miłości nakazuje znaleźć źródło sączącego się zła (bo jest i strata jednostkowa i masa innych zaginięć miejscowych młodocianych) i jego skutecznego unicestwienia, stąd starszy, w celu odniesienia zwycięstwa nad dokuczliwym jąkaniem, uparcie powtarzający wierszyk szły pchły koło wody, pchła pchłę pchła do wody brat Bill (Jaeden Denbrough) wraz z 6  11-letnich, społecznie wyalienowanych kompanów, przynależących do gnębionego przez agresywny gang Henrye’go Bowersa (Nicholas Hamilton) [w skład wchodzą również: Victor Criss (Logan Thompson), Belch Huggins (Jake Sim) oraz Patrick Hockstetter (Owen Teague)] „Klubu Frajerów”, postanawiają stawić czoła „Temu”, czyli równocześnie wszystkim własnym dziecięcym traumom, lękom i problemom, które wyposażone w upiorny zgryz, odziany w plisowany kostium  ”To” uosabia, wybornie się nimi bawi tudzież żywi. Bo jak wiadomo dzieci na strach, dodatkowo potęgowany ogromną wyobraźnią, są bardziej podatne, przeto można je łatwiej sterroryzować i zmanipulować, dlatego też znerwicowany Eddie Kaspbrak (Jack Grazer) nie rozstaje się z inhalatorem i garściami połyka tabletki, mające ochronić go przed wmawianymi przez matkę zarazkami, Stanley Uris (Wyatt Oleff) ucieka przed szkaradnie poskręcaną damą z obrazu, a piękna, ognistoruda Beverly Marsh (Sophia Lillis) przed seksualnie napastującym ją ojcem. Jest jeszcze charakteryzujący ciętym językiem i dziwacznym poczuciem humoru, maniakalnie grający w gry wideo okularnik Richie Tozier (Finn Wolfhard), dręczony z powodu czarnego koloru skóry Mike Hanlon (Chosen Jacobs) oraz bardzo inteligentny i oczytany, wszakże wyszydzany za nadprogramowe kilogramy Ben Hanscom (Jeremy Ray Taylor). Niestety dorośli są totalnie obojętni, nawet ślepi na te okropności, co więcej nie tylko je ignorują, ale też często sami stanowią podłoże tych obaw. W związku z tym dzieciaki mogą polegać wyłącznie na własnej solidarności, determinacji, przyjaźni, odwadze, buncie, bo wyłącznie one mogą im pomóc zwalczyć wykreowane przez siebie demony.

I choć te demony są zacierane wraz z upływem lat, to one gdzieś głęboko tkwią, więc zawsze mogą wypełznąć, pokazując nowe, odpowiednie do dorosłego wieku oblicze.

Film ten jest przepełniony magią, nostalgią za utraconą niewinnością, dziecięcą fantazją i dziecięcym postrzeganiem, tajemnicą, rozczarowaniem, nadzieją, histerią, groteską, łajdactwem, groźbą, obłąkaniem, dowcipem, protestem, niewymuszonym przywiązaniem, teatralnością, dreszczykiem letniej przygody, stertą strupieszałych zabawek, autentycznych i wyimaginowanych zmartwień, nastoletnim zakochaniem, słownymi potyczkami, bitwami na kamienie, śledztwami, rowerowymi przejażdżkami, wyliczankami i pierwszym pocałunkiem.

„To” pozwala odkurzyć dziecięce, nieprawdopodobnie silne emocje, które paraliżowały cały umysł i całe ciało, gdy trzeba było zejść do ciemnej piwnicy lub zajrzeć nocą za drzwi uchylonej szafy…

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/11/14/571114/7784951.6.jpg

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/an/np/1985708/2017/10626_1.7.jpg

źródło ilustracji: https://imagesvc.timeincapp.com/v3/fan/image?&c=sc&w=590&h=389&url=https://hiddenremote.com/wp-content/blogs.dir/280/files/2016/04/IT-03277-850×560.jpg

źródło ilustracji: http://junkee.com/wp-content/uploads/2017/09/it-movie-losers-pennywise-660×440.jpg

źródło ilustracji: http://www.slasherbetty.com/wp-content/uploads/2017/03/it-trailer-29-neibolt.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Skomentuj

Jesienią pisze się smutne wiersze…

Tak siłami smutku władam,

że na żalu żal układam.

W czarne noce, w białe ranki 

na wzór starej szarlatanki.

 

Tu przymarszczę, tam wygładzę,

tylko samej sobie wadzę.

Poprzez rozpacz do niezgody -

niezależnie od pogody.

 

Nadszedł wrzesień – smętna dusza.

Człowiek-kamień; nic nie rusza.

Kasztan spada, liść szeleści 

głoszą funeralne wieści.

 

Wąską ścieżką, alejkami

plac usiany jest grobami.

Nie zobaczę, choć widziałam -

takim bólem Boże pałam.

 

Dół pogłębiam, lecz nie szlocham.

Życie kocham i nie kocham.

 

Tak ta jesień na mnie wpływa:

jestem żywa i nie żywa.

(autor: Ja)

Opublikowano Moje wiersze, Wszystkie wpisy, Życie | Skomentuj

Kruche ciasto z gruszkami, kremem i bezą

Po łuszczących od starej farby parapetach bębni deszcz, a ja nerwowo bębnię palcami po czarnym biurku.

W jednym wazonie mam ususzone róże, w drugim dorodne słoneczniki, a w trzecim fioletowe goździki.

Wciągam dym palących się kadzidełek.

Z uporem wpatruję w roztańczony płomień świeczki.

Piję piankową kawę oprószoną cynamonem.

I w głowie mi się nie mieści, że się stało, a stać nie musiało, bo ludzkiego sensu nie ma w tym za grosz i nikomu tu nie jest z tym lepiej, a Boski umysł i Boskie wyjaśnienia zarezerwowane dla Boga.

Oba psy śpią i w psich nosach mają troski śmiertelników.

Czasem tak bardzo nie mam ochoty na nic.

Dręczą mnie koszmary, a jawę mylę ze snem.

Jestem tak potwornie zła i tak potwornie rozżalona, że nawet nie mam siły myśleć.

A im więcej piekę, to tylko znaczy, że muszę zająć czymś ręce, bo zwyczajnie popadnę w obłęd…

Ja rozładuję wzrastający gniew – bliscy zjedzą kolejny kawałek ciasta.

Teraz taka jesienna pora, więc sezon na gruszki – ja ugotowałam je w cukrowo-korzennym syropie i ułożyłam na gęstym śmietankowym kremie, który znajduje się pomiędzy dwoma niewyobrażalnie kruchymi blatami zwieńczonymi słodką, chrupiącą bezą.

To ciasto po prostu rozpływa się w ustach ;)

Inne przepisy z gruszkami dostępne na blogu:

1. Ciasto czekoladowe z gruszkami

2. Sernik orzechowy z gruszkami

3. Tartaletki z kremem czekoladowym oraz gruszkami

4. Gruszkowo-karmelowe bułeczki drożdżowe

Przepis na gruszki w syropie (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 4 duże gruszki
  • 600 ml wody
  • 250 g cukru
  • sok wyciśnięty z 1 niedużej cytryny
  • ziarenka z 2 lasek wanilii
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1 laska cynamonu
  • 2 goździki

Sposób przygotowania:

Gruszki obrać, usunąć gniazda nasienne, pokroić na ćwiartki.

Umieścić w garnku, zalać wodą, zasypać cukrem, dodać sok z cytryny i doprawić przyprawami.

Gotować na bardzo małym ogniu (przez połowę czasu pod przykryciem) do momentu aż staną się miękkie (trwa to około 12-15 minut).

Zdjąć z palnika. Wystudzić w syropie.

Przed użyciem do deserów należy je delikatnie odcedzić i lekko osuszyć.

Przepis na kruche ciasto z gruszkami, kremem i bezą (dwie blachy o wymiarach 25x20cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://ilovebake.pl/)

Składniki:

Ciasto:

  • 130 g mąki pszennej (tortowej)
  • 20 g mąki ziemniaczanej
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 100 g masła
  • 4 duże żółtka
  • 2 łyżki mleka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Beza:

  • 4 duże białka
  • 200 g cukru
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • szczypta soli

Krem:

  • 400 ml śmietany 30%
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 1,5 łyżeczki żelatyny rozpuszczonej w 1/4 szklanki gorącej wody

*w wersji wegetariańskiej żelatynę należy zastąpić agarem lub zagęścić śmietanę dodając trochę serka mascarpone

Dodatkowo:

  • gruszki w syropie (mogą być z puszki, ale one do pięt nie dorastają tym zrobionym samodzielnie)

Sposób przygotowania:

Z podanych powyżej składników zagnieść ciasto, podzielić je na dwie części i każdą wcisnąć do wyłożonej papierem do pieczenia blachy.

Białko zmiksować ze szczyptą soli na sztywno, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypywać cukier. Następnie dodać przesianą mąkę i sok z cytryny – połączyć. Powstała masa powinna być gęsta i lśniąca.

Bezę podzielić na pół i każdą połowę rozsmarować na kruchym cieście.

Obie formy wstawić jednocześnie do piekarnika.

Piec około 50-60 minut, w temperaturze 150 °C (wstawić do nagrzanego piekarnika; beza ma być chrupiąca z wierzchu)

Blaty wyjąć. Wystudzić.

Przygotować krem: żelatynę rozpuścić w gorącej wodzie – wystudzić. Śmietanę ubić na sztywno z cukrem pudrem, po czym, cały czas miksując, wlać cieniutkim strumieniem wystudzoną żelatynę.

Wykonanie:

Pierwszy blat ciasta ułożyć bezą do dołu, rozsmarować krem, poukładać odcedzone i osuszone gruszki i przykryć drugim blatem – tym razem bezą do góry – schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

 

Opublikowano Owocowe, Przekładane, Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Tort michałkowy

U mnie taki okres urodzinowy, więc kolejny tort – tym razem zainspirowany popularnymi cukierkami „Michałkami”.

By nie był zbyt ciężki wykorzystałam przepisy na już sprawdzone przeze mnie faktycznie puszyste i delikatne blaty (zarówno ciemny jak i jasny), które zamiast ciemnym rumem nasączyłam rozpuszczoną we wrzątku kawą. A, by uniknąć nadmiernej słodyczy krem jasny wykonałam zgodnie z przepisem, ale w ciemnym mleczną czekoladę zastąpiłam gorzką, pominęłam w nich również rum (jeśli ktoś ma ochotę dodać to są to 2 łyżki do każdego z osobna; w wersji bezalkoholowej może to być kilka kropel aromatu rumowego) – należy mieć na uwadze, że oba kremy częściowo przygotowuje się dzień wcześniej – do tego posmarowałam blaty kwaskowatym dżemem z czarnej porzeczki. Boki obkleiłam posiekanymi i podpieczonymi orzeszkami ziemnymi, zaś wierzch udekorowałam „Michałkami”.

Dzięki tym wszystkim kombinacjom wyszedł okazały, wysoki, elegancki, nieprzesłodzony, kremowy tort, który autentycznie smakuje jak „Michałki” (mimo że nie dodaje się ich do kremów), więc dla ich wielbicieli będzie prawdziwą poezją ;)

Przepis na tort michałkowy (tortownica o średnicy 24 cm) (Przepis na kremy oraz jasny biszkopt pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty, a na biszkopt ciemny z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html; zrezygnowałam z dodatku rumu )

Składniki:

Biszkopt jasny:

  • 3/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 szklanki cukru
  • 5 jajek
  • szczypta soli

Biszkopt ciemny:

  • 1 szklanka mąki pszennej (tortowej)
  • 1 szklanka cukru
  • 5 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 2 łyżki gorzkiego kakao
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki zimnej wody
  • 1 pełna łyżeczka proszku do pieczenia

Krem michałkowy jasny:

  • 300 ml śmietany 36%
  • 125 g serka mascarpone
  • 0,5 szklanki pełnego mleka w proszku
  • 250 g białej czekolady
  • 120 g nie solonych orzeszków ziemnych (posiekanych i podpieczonych)

Krem michałkowy ciemny:

  • 300 ml śmietany 36%
  • 125 g serka mascarpone
  • 0,5 szklanki pełnego mleka w proszku
  • 250 g gorzkiej czekolady
  • 120 g nie solonych orzeszków ziemnych (posiekanych i podpieczonych)

Dodatkowo:

  • 1 słoik dżemu z czarnej porzeczki
  • poncz: 2 pełne łyżeczki kawy rozpuszczonej w 0,5 szklanki wrzątku + 1 łyżeczka cukru 
  • nie solone orzeszki ziemne (całe + posiekane i podpieczone)
  • cukierki „Michałki” (białe i klasyczne)

Sposób przygotowania:

Biszkopt jasny:

Białka ubić ze szczyptą soli, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypać cukier, następnie, cały czas miksując wlać żółtka. Na sam koniec masę jajeczną wymieszać ręcznie, szpatułką, z przesianymi mąkami.

Ciasto przelać do wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia tortownicy.

Piec około 35-40 minut, w temperaturze 170°C

Wystudzić. Przekroić na 2 blaty.

Biszkopt ciemny:

Białka ubić z cukrem na sztywno, cały czas miksując dodać żółtka, potem olej i wodę. Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z proszkiem oraz gorzkim kakao – wymieszać ręcznie, szpatułką.

Ciasto przelać do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia i delikatnie wysmarowanej masłem oraz oprószonej bułką tartą.

Piec około 25 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić. Zdjąć papier z biszkoptu i podzielić go na 2 blaty.

Krem michałkowy jasny:

W niedużym garnuszku podgrzać śmietanę, a gdy zacznie wrzeć zdjąć ją z panika, wsypać mleko w proszku i wymieszać do gładkości. Następnie dodać połamaną białą czekoladę (w tym miejscu można wlać rum) i delikatnie podgrzać aż do jej całkowitego rozpuszczenia – wymieszać, odłożyć do wystudzenia, przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki na całą noc.

Kolejnego dnia schłodzoną masę czekoladową ubić do mocnego zgęstnienia, po czym zmiksować z serkiem mascarpone. Na sam koniec wmieszać posiekane i podpieczone orzeszki ziemne.

Krem michałkowy ciemny:

W niedużym garnuszku podgrzać śmietanę, a gdy zacznie wrzeć zdjąć ją z panika, wsypać mleko w proszku i wymieszać do gładkości. Następnie dodać połamaną gorzką czekoladę (w tym miejscu można wlać rum) i delikatnie podgrzać aż do jej całkowitego rozpuszczenia – wymieszać, odłożyć do wystudzenia, przykryć folią spożywczą i wstawić do lodówki na całą noc.

Kolejnego dnia schłodzoną masę czekoladową ubić do mocnego zgęstnienia, po czym zmiksować z serkiem mascarpone. Na sam koniec wmieszać posiekane i podpieczone orzeszki ziemne.

Wykonanie:

Jasny blat nasączyć kawowym ponczem, posmarować dżemem z czarnej porzeczki, wyłożyć połowę jasnego kremu michałkowego, przykryć ciemnym blatem, naponczować, posmarować dżemem, wyłożyć połowę ciemnego kremu michałkowego, przycisnąć jasnym blatem, nasączyć kawą, posmarować dżemem, wyłożyć resztę jasnego kremu, przykryć ciemnym blatem, nasączyć, wierzch i boki posmarować pozostałą połową ciemnego kremu. Do boków poprzyklejać posiekane i podpieczone orzeszki, zaś górę udekorować całymi orzeszkami ziemnymi oraz posiekanymi białymi oraz klasycznymi „Michałkami” – schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Batonikowe wypieki, Przepisy, Torty, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Kobieca intryga, potajemne schadzki, zapchane targi rybne, cebulkowe aukcje i przedsiębiorcze zakonnice, czyli „Tulipanowa gorączka” w reż. Justina Chadwicka

Uwielbiam kwiaty: w ogrodach, na łące, na drzewach, w wazonie, doniczkowe, delikatne, puchate, postrzępione, dzwonkowate, motylkowate, pnące, smukłe, lejkowate, jednobarwne i tęczowe, pastelowe i intensywne, rozweselone i ponure, cięte, pojedyncze, w bukiecie, te dzikie i te z hodowli. A kojarzą mi się z wytwornością, perfumerią, wdziękiem, namiętnością, efemerycznością, próżnością i samotnością, bo samotni ludzie często się nimi otaczają, z uczuciem oddając ich pielęgnacji, za co one odwdzięczają się wręcz rajskim wyglądem.

Nie mam ulubionych kwiatów, bo zachwycam się i różą, i lilią, błękitnym chabrem, magnolią, jabłonią, kaliną, fiołkiem, niezapominajką i czerwoniutkim makiem; kwiaty mnie kuszą zapachem i gestem oraz hipnotyzują prezencją, kwiaty mnie koją i przerażają ulotnością.

Lubię dawać kwiaty i lubię je otrzymywać.

I na tle kwiatów właśnie toczy się ta zekranizowana powieść autorstwa  Deborah Moggach, którą poznaliśmy w kinie zaledwie kilka dni temu.

A chodzi o „Tulipanową gorączkę”, w reż. Justina Chadwicka, gdzie odchowana w przyklasztornym sierocińcu czarująca, krucha, ale bardzo zmysłowa Sophia (Alicia Vikander), by ulepszyć swoje życie zostaje wydana za mąż za bogatego, trudniącego handlem znakomitymi przyprawami, owdowiałego (żona zmarła tuż po ciężkim porodzie) kupca Cornelisa Sandvoorta (Christoph Waltz). Małżonkowie (zwłaszcza pod naciskiem mężczyzny) starają się o potomka (najlepiej syna), jednak mimo wielokrotnych, zagorzałych, wymuszonych, przy tym miałkich i bezemocjonalnych starań nie uzyskują stronniczo oczekiwanego rezultatu. W efekcie kobieta czuje się sfrustrowana (bo przecież w akcie wdzięczności za zamożny i spokojny byt winna powić słodkie chłopiątko), zaś egoistyczny panicz coraz bardziej skłonny wysłuchać rad życzliwych, by ową bezużyteczną niewiastę porzucić. Jednak przed ostateczną rozłąką postanawia znaleźć jakiegoś niedrogiego, lecz utalentowanego malarza, który uwieczni go razem z młodą pięknotką na obrazie, by mógł w przyszłości chwalić się znajomkom jaką to posiadał urodziwą połowicę. Decyzja pada na dobrze zapowiadającego się portrecistę – Jana Van Loosa (Dane DeHaan), który jak szybko przybywa z płótnem i farbami do ich zbytkownych włości, tak szybko zakochuje się w znudzonej codziennością, sfrustrowanej brakiem ciążowego brzucha, aczkolwiek zawsze pięknej Sophii, równie ekspresowo odwzajemniającej nieopanowane, ekstatyczne, jednocześnie zakazane uczucie, częstokroć prowadzące ją skrytą pod peleryną służącej Marii (Holliday Grainger), przez zatłoczone XVII-wieczne amsterdamskie targi rybne, do skromniutkiej, zadłużonej pracowni. Pech chce, by jej fałszywie odziany tył ujrzał ukochany gosposi – Willem Brok (Jack O’Connell), który w akcie rozpaczy wszczyna bójkę w miejscowej knajpie, za co bez możliwości wyjaśnienia i pożegnania zostaje wydalony do pracy na morzu. A że nieszczęścia lubią spływać falami, to okazuje się, że porzucona panna jest w stanie błogosławionym. Ten oto fakt wykorzystuje zrozpaczona, zaszantażowana wyjawieniem tajemnicy Sophia (Maria, będąca nawiasem narratorką całej opowieści, wie o romanse, więc jeśli zostanie wyrzucona z pracy z powodu brzemienności, wyzna swemu panu prawdę), która w celu usatysfakcjonowania męża, krycia dziewki oraz ugładzenia własnych win postanawia skłamać jakoby to ona była w ciąży – wtedy też rozpoczyna się istne szaleństwo: burżuj pieje z zachwytu, Sophia upycha strojne suknie poduszkami, od czasu do czasu krzycząc wspólnie z Marią i pochylając nad zlewem w imię udawanych mdłości, wkręcony w intrygę Dr Sorgh (Tom Hollander) kreuje dziwaczne teorie (zresztą jego postać wnosi wiele fajnego humoru), a ubogi artysta stara się wzbogacić na popularnej giełdzie tulipanów, co mu się udaje, bowiem łutem szczęścia, pośród nabytego w przyklasztornej hodowli mini ogródeczka z tulipanami, bryluje rzadko spotykany, dwukolorowy: biało-karmazynowy odmieniec, którego sprzedaż na licytacji ma mu gwarantować spłacenie zobowiązań, zakup biletów na statek i nowe, lepsze życie u boku wybranki serca. I pewnie wszystko by się udało (włącznie z upozorowaniem śmierci Sophii), gdyby spętany alkoholowym nałogiem przyjaciel Gerrit (Zach Galifianakis) nie zagryzł trunku wartościową cebulką, a sama Sophia nie poczuła wyrzutów sumienia…

Tym, co mnie w szczególności urzekło w „Tulipanowej gorączce” są olśniewające kostiumy, wnętrza pomieszczeń i miejskie tudzież nadmorskie krajobrazy, które zapewne nie czynią tego melodramatu nieprzeciętnym, ale sprawiają, że chce się to wszystko pożerać wzrokiem.

Ja się więc nie podpisuję pod negatywnymi recenzjami, że to tylko niezbyt dobrze zagrana i uformowana, śliczniutka, ale taka jałowa, nieporadna, mało wciągająca historyjka o niczym, bo chociaż wdziera się tu jakiś chaos, przewidywalność, niektóre wątki nie zostały rozwinięte, może niepotrzebnie doklejone, to NAPRAWDĘ postrzegam ten seans jako sympatyczny i w trakcie jego trwania, nawet w jednej sekundzie nie poczułam, że chcę stamtąd wyjść – wręcz przeciwnie: z przyjemnością obejrzałam do końca ;)

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/50/64/275064/7797984.3.jpg

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/an/np/867323/2016/3834_1.7.jpg

źródło ilustracji: http://film.org.pl/wp-content/uploads/2017/09/DIQ2BCcW4AAjgmf-1024×682.jpg

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2016/06/Tulipanowa-goraczka_3-1.jpg

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2016/06/Tulipanowa-goraczka_4-1.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Skomentuj

Rolada „Poziomkowe Raffaello”

Wyczuwam, że dzisiejszy ciepły dzień jest w tym roku jednym z tych ostatnich (albo szczerzej: chciałabym by tak było, bo pragnę już złotej, melancholijnej, rozpłakanej deszczem jesieni), więc tak na sezonowe owocowe pożegnanie proponuję upiec tę oto, uwaga: ROLADĘ, która była pierwszą, absolutnie pierwszą w moim życiu (no ta udana była drugą, ponieważ pierwsza została rozsmarowana na zbyt dużej blaszce, do tego chwilkę dłużej pieczona, w efekcie skruszyła mi się w trakcie zawijania – Boże, jaka byłam zła, to tylko Ty Wiesz xD Dodatkowym pocieszeniem przy drugiej okazało się to, że w miarę równo rozprowadziłam krem i bezproblemowo umieściłam galaretkę).

Sam biszkopt należy do tych niesamowicie delikatnych, puszystych, a skropiony poziomkową wódką (lub w wersji bezalkoholowej, na którą ja się zdecydowałam: herbatą poziomkową z cukrem i sokiem wyciśniętym z cytryny) zyskuje owocową wilgoć letniego poranka, który uzupełnia gęsta śmietanowa masa z chrupiącymi wiórkami kokosowymi i paskiem poziomkowej galaretki.

Przed podaniem wierzch można przyozdobić kremowymi kwiatuszkami, potem oprószyć cukrem pudrem i obsypać świeżymi, maleńkimi poziomkami – niestety upiekłam ją wtedy, gdy nie są już dostępne, ale nic straconego, bo i tak jest wspaniała: aksamitna, mięciutka, lekka, subtelnie słodka i idealnie kremowa ;)

Ps. robi się ją zadziwiająco szybko!

Przepis na roladę „Poziomkowe Raffaello” (blacha o wymiarach 43x28cm) (Przepis na biszkopt pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty, a na krem z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html; podwoiłam wszystkie składniki poza wiórkami kokosowymi)

Składniki:

Biszkopt:

  • 40 g mąki pszennej (tortowej)
  • 40 g mąki ziemniaczanej
  • 50 g cukru
  • 3 duże jajka (białka i żółtka osobno)
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Kokosowy krem śmietanowy:

  • 375 g serka mascarpone
  • 300 ml śmietany 36%
  • 80 g wiórków kokosowych
  • 4,5 łyżki cukru pudru

Dodatkowo:

  • galaretka poziomkowa (już gotowa)
  • wódka o smaku poziomkowym lub herbata poziomkowa z cytryną posłodzona 1 łyżeczką cukru (do nasączenia)
  • cukier puder (do oprószenia)
  • świeże poziomki (do ozdoby)

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretki z agarem

Sposób przygotowania:

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę, po czym powoli, łyżka po łyżce, cały czas miksując, wsypać cukier. Następnie dodać żółtka – połączyć. Na sam koniec delikatnie, ręcznie, przy pomocy szpatułki, wmieszać obie mąki przesiane z proszkiem do pieczenia.

Gotowe ciasto rozprowadzić równomiernie po dużej blaszce o niskich brzegach wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Przygotować lniany ręcznik kuchenny i oprószyć go cukrem pudrem.

Piec około 12 minut, w temperaturze 170 °C (wstawić do nagrzanego piekarnika)

Ciasto wyjąć z piekarnika, obrócić do góry dnem, przełożyć na lniany ręcznik, usunąć papier i zwinąć roladę wzdłuż dłuższego boku (razem z ręcznikiem) – odstawić do wystudzenia.

W tym czasie przygotować krem: kremówkę krótko zmiksować z serkiem mascarpone oraz cukrem pudrem, a gdy krem stanie się gęsty i aksamitny należy wmieszać wiórki kokosowe.

Wykonanie:

Wystudzoną roladę odwinąć, usunąć ręcznik, skropić ponczem herbacianym lub wódką, rozsmarować krem (uprzednio odkładając trochę do ozdoby) i tuż przy krawędzi dłuższego boku ułożyć pasek stężałej galaretki poziomkowej. Roladę zwinąć w taki sam sposób jak była zwinięta wraz z ręcznikiem – schłodzić przez co najmniej 3-4h.

Przed podaniem oprószyć cukrem pudrem, udekorować kwiatuszkami z pozostałego kremu i świeżymi poziomkami.

Przechowywać w lodówce.

 

 

Opublikowano Batonikowe wypieki, Owocowe, Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Ludzie ludziom… 7 najokrutniejszych eksperymentów XX wieku

Tak się ostatnio na tym blogu słodko przez wypieki zrobiło, że aż muszę owy poziom słodyczy nawet nie tyle wyrównać czy sprowadzić do rozsądnych ilości, co bezsprzecznie zdeptać i unicestwić, by w przyszłości móc nierozsądnie ponownie go podwyższyć.

Temat zgnojenia, upodlenia, sponiewierania, oblania pomyjami, świństwami, krwiożerczościami nasunął mi się szybko i niespodziewanie, zainicjowany przez płynący z kioskowego wnętrza okrzyk: „przyszła pani gazetka!’, jaki usłyszałam, wracając wczoraj z warzywniaka, gdzie nabyłam super kwaśne jabłka i super rumiane gruszki (ich lica przepięknie pokrywają bladoczerwone rumieńce, jakby same zawstydziły się własnym smakiem bądź urokiem).

Tak prędko na ile pozwalają mi obcasy przygnałam, zapłaciłam, porwałam, zapakowałam do torby i puściłam brukowaną, zarośniętą mirabelkowymi drzewami ścieżką, by dotarwszy do niezbyt dużego, ale przytulnego mieszkanka, w asyście dwóch długouszastych psich dam, poznać „NIESAMOWITE FAKTY – TEORIE – SPISKI – HIPOTEZY”, jakie odkrywa przede mną dwumiesięcznik „Świat tajemnic” (serio czytam; zwłaszcza lubię te zielarskie artykuły).

Tam też wśród całej prawdy o Janosiku i zagadce śmierci Rasputina, otrząsałam się z obrzydzenia, studiując 7 najokrutniejszych eksperymentów, jakim poddano na zlecenie rządów bądź koncernów farmaceutycznych co niemiara niewinnych ludzi (choć w zasadzie nie trzeba sięgać aż tam, by dostrzec ludzki brutalizm; przykładami można sypać jak z rękawa – wystarczy się rozejrzeć, otworzyć serce, nadstawić ucho, potem skulić ze wstydu, że jest się człowiekiem).

Skala mojej wytrzymałości nerwowej została po stokroć przekroczona, przekonanie, że ludzie gorsi od zwierząt, bo wszystko, co złe, ohydne, pełne nienawiści, wyrachowania, bestialstwa pochodzi właśnie od człowieka, przypieczętowane na wieki, a poniżej dzielę się tym, co tam znalazłam:

1. Lobotomia - czyli zabieg polegający na mechanicznym oddzieleniu czołowych płatów mózgowych od innych struktur mózgu (dosadniej: wcześniej wiercono otwór w czaszce, ale później zostało to uproszczone do wbicia szpikulca lub pokaźnych rozmiarów dłuta najpierw w pierwszy, potem w drugi oczodół nieprzytomnej osoby, następnie chwycenie obu narzędzi i gmeranie nimi w mózgu), mający na celu leczyć depresję, schizofrenię, psychozy, napady agresji i halucynacje. Jego faktycznym efektem było jednak nieodwracalne zniszczenie mózgu, które jeśli od razu nie uśmierciło pacjenta, to sprowadziło go albo do roli biernego „warzywa”, albo do poziomu skazanego na dożywotnią opiekę kilkuletniego dziecka. Często w ten sposób pozbywano się tych odbiegających stylem życia od ustalonych norm społecznych: prostytutki, recydywistów, homoseksualistów, w Japonii nawet dzieci sprawiające problemy wychowawcze. Jego twórcą był portugalski neurolog Antonio Egas Moniz (ZRESZTĄ DOSTAŁ ZA TO ODKRYCIE NAGRODĘ NOBLA), zaś zapalonym kontynuatorem Walter Freeman. Ten straszny proceder zakończyło dopiero pojawienie się leków psychotropowych.

2. Zabójcze eksperymenty niemieckich lekarzy - miały służyć dobru III Rzeszy. Wiele z nich zlecał gigantyczny koncern IG Farbenindustrie, po wojnie podzielony na mniejsze firmy, z których do dziś działają: Agfa, BASF i Bayer.  Na więźniach testowano leki oraz badano ich reakcje na substancje chemiczne, np. benzynę wstrzykiwaną prosto w serce. Ofiary eksperymentów, jeśli same nie umarły, były zabijane w celu sporządzenia preparatów lub prowadzenia dalszych „badań”, chociażby przeszczepiania ich narządów kolejnym nieszczęśnikom.

Szczególnym barbarzyństwem odznaczyli się:

  • Josef Mengele - przedmiotem jego badań były cechy rasowe, dziedziczność i ciąże mnogie, stąd do swoich doświadczeń wybierał przede wszystkim bliźnięta oraz osoby dotknięte rozmaitymi anomaliami. Nie interesowało go leczenie chorych, których od razu posyłał do gazu. W pamięci świadków (zmuszał artystów uwięzionych w obozie do malowania tych makabrycznych obrazów, bowiem nie dowierzał technice w kwestii dokładnego oddania kolorów w fotografii) zachowały się sekcje przeprowadzane na żywych ludziach, zszywanie ze sobą dwojga dzieci, transfuzje krwi między bliźniętami, wkrapianie do oczu wszelakich środków chemicznych, zakażanie ran, wstrzykiwanie zarazków tyfusu.
  • Sigmund Rachser - w ramach „badań nad hipotermią” wychładzał ludzi na śmierć.
  • Karl Gebhard i Fritz Fischer - aby udowodnić, że leczenie sulfonamidami jest nieskuteczne, łamali więźniom koniczyny i zakażali rany gangreną.
  • Carl Clauberg i Horst Schumann - przymusowo sterylizowali więźniów, ewentualnie, w przypadku kobiet, wstrzykiwali do narządów rodnych żrące substancje lub naświetlali je długotrwale promieniami Roentgena.

Większość tych zbrodniarzy umknęła sprawiedliwości.

3. Jednostka 731 - ”laboratorium” zbudowane na terenie okupowanej Mandżurii, gdzie dla potrzeb carskiej armii, chcącej podbić całą Azję, mordowano tysiące ludzi (więźniów określanych „maruta”, czyli kłoda, dostarczała policja): zakopywano żywcem w ziemi, poddawano działaniu wysokiego ciśnienia w specjalnych komorach, palono miotaczami ognia, głodzono, zarażano różnymi chorobami, truto toksynami, zamrażano kończyny, wstrzykiwano do nerek koński mocz, amputowano nogo lub ręce i przyszywano je na odwrót, bez znieczulenia wycinano narządy bądź ich części, żeby sprawdzić jak długo mogą bez nich przetrwać – krótko: nikt żywy nie miał prawa opuścić placówki. Kolejnym strategicznym celem była wielkoskalowa produkcja broni biologicznej: zarazki liczono na kilogramy, a miesięcznie wytwarzano ich setki – skuteczność wyhodowanych bakterii Japończycy testowali na chińskich miejscowościach, zrzucając na nie woreczki wypełnione ziarnem i pchłami zakażonymi dżumą oraz cholerą.

Tajne jednostki zlikwidowano wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej, wszakże po kapitulacji Japonii Amerykanie, którzy nie mogli sobie pozwolić na przeprowadzanie podobnych doświadczeń, w zamian za pełną dokumentację wyników zaproponowali immunitet dla „naukowców” prowadzących te sadystyczne eksperymenty.

4. Radioaktywni ludzie - od 1940 do 1974 roku amerykańskie agencje rządowe hojnie finansowały doświadczenia, których zamierzeniem było zbadanie wpływu promieniowania radioaktywnego na ludzki organizm. W tym celu, niczego nieświadomym pacjentom (przeważnie poddawano im ubogich, chorych, czarnoskórych lub rdzennych mieszkańców Ameryki, którzy nie posiadali wiedzy, siły przebicia ani pieniędzy na wynajęcie prawnika), w szpitalach, podawano radioaktywne pierwiastki (jako zastrzyk, skażoną wodę lub pokarm): na Uniwersytecie Iowa noworodkom i ciężarnym kobieto aplikowano radioaktywny jod, do tego w 1949 roku dużą ilość izotopów jodu uwolnił do atmosfery kompleks reaktorów Hanford,  do nerek wstrzykiwano uran – tym pierwiastkiem traktowano także pogrążonych w śpiączce pacjentów z chorobami nowotworowymi mózgu, a wydobywających go górników nie informowano o możliwych zagrożeniach, w stanowej szkole dla dzieci opóźnionych w rozwoju uczniów karmiono owsianką, zawierającą radioaktywne izotopy żelaza i wapnia. Co więcej, chcąc zbadać wpływ wybuchu na organizm człowieka wykonywano próbne eksplozje termojądrowe, do tego testowano broń atomową na własnych żołnierzach; tak było podczas operacji Teapot w 1955 roku, kiedy to na poligonie, w obecności wojska, zdetonowano 14 ładunków jądrowych.

W ten sposób Stany Zjednoczone szykowały się do konfrontacji ze Związkiem Radzieckim i do ewentualnej wojny nuklearnej.

5. „Zła krew” w Tuskegee -  Tuskegee w Alabamie w latach 30. XX wieku było źle sytuowanym miasteczkiem, w większości zamieszkanym przez Afroamerykanów. Z racji braku wiedzy oraz leków na potęgę szerzył się tam syfilis, który, jak uważano, był inną chorobą u białych, a inną u czarnoskórych. Dla zbadania tej śmiercionośnej dolegliwości Publiczna Służba Zdrowia postanowiła poświęcić 600 mieszkańców, wybranych spośród ubożuchnych farmerów (399 cierpiało na kiłę, pozostali stanowili grupę kontrolną). Badanych nie poinformowano o rzeczywistym stanie ich zdrowia, powiedziano jedynie, iż mają „złą krew”. W zamian za udział w doświadczeniu mieli zagwarantowany darmowy pochówek, a za życia wynagrodzenie w wysokości 1 dolara rocznie, pamiątkowy certyfikat i bezpłatne posiłki w dniach, kiedy ich badano. Eksperyment jednak trochę się przeciągnął, bo zaczął się w 1932 roku, miał trwać 6-9 miesięcy, a ostatecznie zakończył się w 1972 roku, po publikacji artykułu w „New York Timesie”. W tym czasie syfilitycy zarażali swoje rodziny, rodziły się obciążone dzieci, część ludzi zmarła albo w wyniku choroby, albo jej powikłań. Nikomu nie podano leków, mimo że penicylina była już w powszechnym użyciu od 1947 roku.

Na obserwacji nieleczonych i cierpiących ludzi skorzystał epidemiolog Raymond Vonderlehr, dyrektor wydziału chorób wenerycznych Publicznej Służby Zdrowia oraz jego współpracownicy, którzy zrobili zawrotną karierę naukową, publikując w branżowych czasopismach kilkanaście artykułów na ten temat.

6. Więzienny eksperyment Philipa Zimbardo - w 1971 roku na Uniwersytecie Stanforda w Stanach Zjednoczonych postanowiono zbadać jak więzienne otoczenie wpływa na zachowanie zdrowej psychicznie jednostki. W tym celu spośród cieszących się dobrą kondycją psychofizyczną oraz nienaganną przeszłością studentów utworzono grupę ochotniczą: 9 z nich przydzielono role strażników, a 9 – więźniów. W uczelnianych piwnicach stworzono pozbawione okien i zegarów sztuczne więzienie. Strażnicy nosili uniformy w kolorze khaki, ciemne okulary i pałki, a więźniom kazano włożyć długie koszule, na głowy wsadzono damskie pończochy, z kolei do nóg przymocowano łańcuchy. Naukowcy nie poinstruowali żadnej z grup jak ma się dokładnie zachowywać, jednak studenci śpiewająco weszli w role: strażnicy stawali się coraz brutalniejsi, podczas gdy więźniowie bardziej ulegli i zastraszeni. Ci pierwsi wykazywali nadzwyczajną inwencję w wymyślaniu coraz to nowych form poniżania osadzonych: rozbierali ich do naga, odmawiali snu oraz pożywienia, kazali godzinami robić pompki, myć gołymi rękami muszle klozetowe, w końcu symulować akty homoseksualne.

Eksperyment został przerwany po 6 dniach, choć planowano go na 2 tygodnie, ponieważ badaczy przeraziła rosnąca agresja strażników i przypadki załamań psychicznych wśród więźniów.

Okazało się, że ludzie bardzo szybko przyjmują powierzone im obowiązki, tracąc wyrozumiałość, współczucie oraz odpowiedzialność za swoje czyny.

7. Radzieckie krzyżówki - plany naukowców z ZSRR były bardzo ambitne. Władze młodego państwa, chcąc zaznaczyć jego pozycję, hojnie wspierały pomysły swoich badaczy, wśród których byli:

  • Ilia Iwanow - ponieważ miał na swoim koncie obiecujące eksperymenty z krzyżowaniem myszy i szczura tudzież krowy i bizona postanowił połączyć człowieka z szympansem. Wyruszył więc do Afryki, gdzie próbował zapładniać małpy ludzkim nasieniem, za co zresztą został stamtąd wydalony. Aczkolwiek udało mu się przywieźć gromadę samców, które miały zapłodnić ochotniczki z Komsomołu.

Eksperyment, mimo szczerych chęci i ogromnych starań, niestety się nie powiódł.

  • Aleksander Bogdanow - uważał, iż antidotum na zużycie ciała ludzkiego jest transfuzja nowej krwi, w związku z tym w Moskwie utworzył Państwowy Naukowy Instytut Przetaczania Krwi, gdzie poddawał swoim eksperymentom przede wszystkim siebie. W efekcie, po podaniu sobie krwi chorego studenta, zmarł na gruźlicę i malarię.
  • Grigorij Majranowski - pod koniec lat 30. przejął kierownictwo tajnego, podlegającego NKWD Laboratorium X, gdzie zajmowano się produkcją i testowaniem wszelkiego rodzaju trucizn oraz poszukiwano „serum prawdy”, które mogłoby zastąpić powszechnie stosowane, ale nie zawsze skuteczne tortury. Przebrani w fartuchy lekarskie oprawcy podawali przeważnie więźniom politycznym najprzeróżniejsze toksyny: strychninę, arszenik, akonitynę, cyjanek potasu, kurarę, tal, gaz musztardowy, po których ci umierali w potwornych męczarniach.

Szczerze powiedziawszy nawet nie chce mi się pisać podsumowania, bo musiałabym w bardzo prymitywnym języku, który aż się prosi tutaj o użycie, to wyrazić (w takich chwilach nie mam ochoty na egzaltację i ckliwość, bo wylewa się ze mnie odraza do ludzkiego gatunku), w związku z tym posłużę się znanym wierszem Edwarda Stachury, jednocześnie uświadamiającym jak jest i umoralniającym, nakłaniającym do bycia sobą, dobrym sobą:

Człowiek człowiekowi wilkiem 
Człowiek człowiekowi strykiem 
Lecz ty się nie daj zgnębić 
Lecz ty się nie daj spętlić 

Człowiek człowiekowi szpadą 
Człowiek człowiekowi zdradą 
Lecz ty się nie daj zgładzić 
Lecz ty się nie daj zdradzić 

Człowiek człowiekowi pumą 
Człowiek człowiekowi dżumą 
Lecz ty się nie daj pumie 
Lecz ty się nie daj dżumie 

Człowiek człowiekowi łomem 
Człowiek człowiekowi gromem 
Lecz ty się nie daj zgłuszyć 
Lecz ty się nie daj skruszyć 

Człowiek człowiekowi wilkiem 
Lecz ty się nie daj zwilczyć 
Człowiek człowiekowi bliźnim 
Z bliźnim się możesz zabliźnić

("Człowiek człowiekowi", Edward Stachura)

Opublikowano Wszystkie wpisy, Życie | Skomentuj

Kostka alpejska

Dzisiaj kolejny ponury dzień, ale takie odpowiednio wpisują się w moją duszę…

…lepiej czuję.

Falbany rozszlochanych chmur kłębią się na szarym niebie.

Jarzębina kusi kształtem i kolorem.

Wieża złożona z przestudiowanych czasopism niebezpiecznie chyli się ku upadkowi.

Rozważam nad niewyjaśnionym.

Segreguję w głowie obejrzane filmy, przeczytane książki i odczute wiersze.

Słychać krzyk Natury.

Czarna kawa pobudza zmysły.

I żeby tak osłodzić życie Mnie a Tobie, podaję przepis na siostrzane ciasto tej oto diabolicznie czekoladowej kostki hiszpańskiej, a chodzi oczywiście o kostkę alpejską, czyli mięciuteńki, lecz trochę lepki biszkopt kakaowy, nasączony ponczem z dodatkiem kawowego likieru, z maślano-kajmakową masą przełamaną nutą ajerkoniaku i chrupkością śnieżnobiałych bezików, przykrytym puchem bitej śmietany z uroczym widelcowym wzorkiem.

I kiedy wydawałoby się, że to wszystko takie słodkie, takie nie do zniesienia, to okazuje się, że tam jest kwaskowaty dżem z czarnej porzeczki oraz gorzkawe czekoladowe wiórki, co w jakiś tajemny sposób równoważy absolutnie wszystko.

Całość po prostu IDEALNA.  Przerażająco SMAKOWITA. Zabójczo ELEGANCKA ;)

Przepis na kostkę alpejską (blacha o wymiarach 25x36cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

*jeśli ktoś z jakichś powodów (czy to smakowych, czy zdrowotnych, czy ot zwykłego kaprysu) nie chce dodawać do kremu ajerkoniaku, to można go zastąpić większą ilością masła i masy kajmakowej

Składniki:

Biszkopt:

  • 90 g mąki pszennej (tortowej)
  • 100 g cukru
  • 4 jajka
  • 35 g gorzkiego kakao
  • szczypta soli

Krem kajmakowy z ajerkoniakiem i bezami:

  • 350 g masła (miękkiego)
  • 400 g masy kajmakowej
  • 125 ml ajerkoniaku
  • 2 łyżeczki kawy naturalnej (zmielonej)
  • 300 g bezików (suchych w środku, nie piankowych)

Dodatkowo:

  • 900 ml śmietany 36%
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 słoiczek dżemu z czarnej porzeczki
  • 50 g gorzkiej czekolady (startej na tarce)
  • 125 ml przegotowanej wody + 3 łyżki likieru kawowego lub wódki (do nasączenia)

Sposób przygotowania:

Biszkopt:

Białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, po czym stopniowo, cały czas ubijając, łyżka po łyżce wsypywać cukier. Następnie wlać żółtka – zmiksować. Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z gorzkim kakao – wymieszać ręcznie, szpatułką.

Gotowe ciasto biszkoptowe wylać do wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia formy -wyrównać.

Piec około 20-25 minut, w temperaturze 175 °C (do suchego patyczka)

Krem kajmakowy z ajerkoniakiem i bezami:

Masło utrzeć na puch, następnie wsypać kawę, wymieszać, po czym w kilku turach, cały czas miksując, dodawać kajmak. Po utarciu masy kremowej wlać strużką ajerkoniak – zmiksować. Na sam koniec delikatnie wmieszać pokruszone bezy.

Wykonanie:

Biszkopt nasączyć ponczem (woda+likier kawowy), posmarować dżemem z czarnej porzeczki, wyłożyć kajmakowy krem z ajerkoniakiem i bezami, wyrównać – schłodzić (około 3-4h). Po wyciągnięciu ciasta z lodówki, ubić śmietanę z 2 łyżkami cukru pudru  i pokryć nią kajmakową masę. Wierzch oprószyć startą na tarce gorzką czekoladą (można też wykonać wzorek – ja zrobiłam go widelcem).

Opublikowano Przekładane, Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj