Sami sobie wciskamy schematy do głów – „Facet na miarę” w reż. Laurent Tirard + przepyszny drink w szklance usianej kryształami

Tak to już jest, że bycie „normalnym” wiąże się z pewnymi ograniczeniami prywatno-społecznymi, cielesno-umysłowymi, galeriowo-targowymi, wiejsko-miastowymi, inteligencko-bezrozumnymi, które nakazują człowiekowi wciskać się w obramowany zbiorowym przytakiwaniem, zbiorowym rozumem STANDARD, dający poczucie komfortu (nie za bardzo trzeba myśleć, nie za bardzo jest się odrzuconym, nie za bardzo pozostaje się… sobą) – i o ile ktoś coś, bo tak faktycznie uważa, bo to z niego wypływa i inaczej nie chce, choć potrafi, to wszystko w porządku. Realny szkopuł pojawia się wtedy, gdy sądzi odmiennie, nie chce tak samo, a nie umie, bo obawia się powszechnego linczu i mimo odczuwania wewnętrznej niewygody z własnego a masowego postępowania-dumania działa jak zarządza ludność, żeby to czasem grymasu na fragmencie jednolitej całości nie dostrzec, bo zaboli.

Człowiek jako istota stadna boi się odtrącenia, samotności, braku akceptacji; nie ma ani siły, ani śmiałości stanąć z wyprężoną do przodu piersią JA kontra ONI, więc kuli się w środku, skrywając samego siebie, w efekcie uklepując zastane szablony, nijak mające się do jego osobowości, przekonań, jednostkowej historii – i tutaj koło się zamyka, leniwie zataczając kręgi.

Bowiem konkretną osobę powinno się lubić za to, jaka jest w istocie (i nie mam tutaj na myśli, że jak ktoś jest wstrętną szują/chamem/prostakiem, to trzeba to przyjąć na klatę i wielbić go za to, że nic go nie blokuje, bo jest też coś takiego jak takt, szacunek, etyka, godność, zaufanie, umiejętność rozeznania, co dobre a co złe, co, do kogo, w jakiej sytuacji, w jakich okolicznościach, w jakim miejscu, czasie wypada a co nie), a nie za to, jak realizuje ogólny wzorzec postępowań, wyglądu, reakcji. Człowiek to nie sztuczna, przestygła masa plastyczna do rzeźbienia, ale buzujący konglomerat rozważań, marzeń, fascynacji, zainteresowań, opowieści, zdarzeń, łez, uśmiechów, złości, ciepła, krzywd, skromności, odwagi, którego w połączeniu z cechami charakteru powinno kształtować życie, codzienność, a nie grymas zaciemnionego i struchlałego, który albo nie ma pomysłu na siebie albo jest zwykłym tchórzem, albo ma niskie poczucie własnej wartości, twierdząc, że odsłaniając się z tym, jaki jest nie zyska akceptacji, przyjaciół – a przecież naturalnej sympatii nie odczuwa się za to, że ktoś jest taki, jaki ja chcę by był, tylko za to, że jest taki, jaki jest, a jednak w nim tyle piękna i szlachetności.

Niestety, jeśli po lewej i prawej mamy wzniesiony kanonami mur, widzimy tylko to, co powierzchownie przed nami (czyni źle, bo przeciwnie: zgładzić – następny), nie rozglądając się naokoło, nie przenikając duszy, nie słuchając, nie poznając, nie otwierając na to, co nowe (co nie oznacza, że gorsze, lecz inne po prostu), to po pierwsze problem tkwi w nas, bo w zderzeniu z wypunktowanym schematem zwyczajnie zapominamy o człowieku, zaś po drugie możemy stracić możliwość poznania kogoś wartościowego (a przy okazji poszerzenia horyzontów). Jestem zdania, że towarzystwa takich ludzi należy unikać, z takich ludzi należy rezygnować, bo życie jest zbyt kruche, by nie pozwolić sobie na komfort bycia sobą, jako że każdy ma do tego prawo i o ile nie krzywdzi przy tym drugiego, o tyle nikt nie ma podstaw (jedyną jest tutaj zacofanie) patrzeć z góry, bo ktoś jest niepełnosprawny, pozbawiony ręki, nogi, ma duży nos, trądzik, bliznę, znamię, odstaje stylem, wagą, wykształceniem, pasją, opinią, celem, wypowiedzią, lotnością, sytuacją finansową, wzrostem – i o tym ostatnim właśnie będzie mowa, czyli o tym z kategorii szczególnie prymitywnych, pokazujących jak z pozornego dżentelmena z osiedlowej ławki, gwiazdy rodem z blokowego Hollyłłłuduu, czy wielkomiejskiego elegancika ze skórzaną aktówką wychodzi typowy pochrząkujący, chichrający, spluwający, szeptający, poszturchujący się w ramię, trącający  łokciem, obgadujący, wytykający palcem, obracający głowę: WIEŚNIAK (nie mylić z mieszkańcem wsi).

„Facet na miarę” w reż. Laurent Tirard to francuska komedia romantyczna, na którą, pomimo nie pałania sympatią do owego gatunku, wybraliśmy się w wieczór chłodny, prawie jesienny, gdzie tłem krajobrazu był deszcz, odkrywające nagość drzewa i ponaklejane na chodnikową kostkę rozmokłe liście, by powędrować magicznymi uliczkami, pooddychać tamtejszą atmosferą, zrelaksować się, poczuć blichtr przepychu, wielkich rezydencji, zawodowego spełnienia, przy okazji na czas seansu odzyskać wiarę, że zawsze wygrywa dobro i sprawiedliwość – udało się, bo to ciepła, pełna wzruszających momentów historia o miłości niemalże zakazanej, nie mającej prawa bytu, bowiem szykowna, atrakcyjna prawniczka Diane Duchêne (Virginie Elfira) spotyka na swojej drodze elokwentnego, czarującego, sympatycznego architekta Alexandre’a (Jean Dujardin), który spełnia wszystkie warunki do bycia księciem z bajki, wszystkie, poza jednym, naczelnym, bo tak potwornie rzucającym się w oczy, mianowicie: ma 136 cm, co przy kobiecie o wzroście około 180 cm i dla ludzi i dla niej samej wydaje się być wręcz karykaturalne, dalej komiczne, czyli jakby nie do przyjęcia, nie do zaakceptowania, bo tak mówią inni, bo patrzą, bo ona od dziecka w wyobraźni pędziła na białym rumaku, obejmując postawnego mężczyznę, jeszcze ten prestiżowy zawód, a tu takie coś, taki zgrzyt. A najgorsze, że serce ciągnie, tęskni, bo on taki wspaniały, prostolinijny, miły, pomysłowy (skok na bungee, kolacja w mało znanej, klimatycznej knajpce), opiekuńczy, spokojny, kulturalny, absurdalnie dający większe poczucie bezpieczeństwa niż były wysoki mąż drań i zdrajca. Ale jak to przeskoczyć? Ten obraz zastały? Ten schemat pakowany i utwardzany latami? I kij nawet, że społeczeństwo, że matka, sekretarka, ale: jak samej być ponad to? No jak? Przecież niski jest, a partner musi być wyższy, no może nie musi, lecz powinien, bo, bo tak i już, koniec, kropka, finał, meta, nieszczęśliwe zakończenie… bo jak żyć bez niego, jak on taki wartościowy, cudowny, no jak? Podczas gdy chwile z nim i przy nim tak wyborne, osobisty świat lepszy, barwny, spełniony? Czy to miłość? Czy już? A ludzie? A opinia? Ja sama?

A cóż im do tego, jeśli to nie ich życie? Normalnie NIC, bo to moje po prostu, więc niech się zajmą sobą, i tyle.

Miłość wygrała, bo prawdziwa: liczona centymetrami szczęścia ;)

Dla mnie ten film jest rewelacyjny: uroczy, nastrojowy, usiany błyskotliwymi dialogami, pozytywną energią, zabawny, ze smakiem, pozbawiony pompatyczności, efekciarstwa, poruszający, ale i pouczający (tym samym wyśmiewający tych skostniałych, obnażający ich nieokrzesanie oraz buractwo). To przesympatyczna propozycja na ostatnie wakacyjne wieczory, zimowe noce, wiosenne poranki i letnie południa – zawsze i dla każdego, by zrzucić okowy społecznych konwencji.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/85/74/748574/7744717.3.jpg

źródło ilustracji: http://www.stylowy.net/data/film_foto/16/1660_840x420.jpg

źródło ilustracji: http://www.pelnakultura.info/typo3temp/GB/e70de62512.jpg

źródło ilustracji: https://i.ytimg.com/vi/G9E3-GmD7-4/maxresdefault.jpg

 

A na zakończenie to:

Ele mele dudki

umysł mój ciaśniutki

tańczą krasnoludki

bo jestem głupiutki

Ten, kto poczuje specyficzny dyskomfort, będzie wiedział, że to o nim

I jeszcze dla tych, co potrafią dzielić szczęście na przekór i pomimo: przepis na Malibu Sunrise ;)

Składniki:

  • 60 ml Malibu
  • 30 ml syropu Grenadine
  • sok pomarańczowy (uzupełnić nim szklankę)
  • kostki lodu

*by wykonać crustę (ozdobny brzeg szklanki imitujący kryształki lodu) należy brzeg szklanki zwilżyć odrobiną miodu/soku z cytryny/gęstego likieru/syropu/białka jajka, po czym odwrócić do góry dnem i postawić na spodku z wysypanym wcześniej cukrem

Informacje o BlackLady

Mam na imię Justyna. Pochodzę z Częstochowy, lecz nie lubię tego miasta. Z wykształcenia jestem polonistką, z natury obserwatorką-pesymistką, która żyje ideami. Na co dzień dużo rozmyślam, pochylając się nad tym, co dziwne, tajemnicze, groteskowe, ironiczne, niedookreślone i paradoksalne – właśnie w tym tkwi siła przekazu, tam pod płaszczykiem nonsensownej mglistości szukam prawdy. Mając 4 lata wstąpiłam w świat literatury – zaczęłam czytać i już wiedziałam, że to są przestrzenie, w które pragnę się wdzierać, pragnę je też tworzyć. Słowo ma dla mnie wartość szczególną – kreuje, razi, buntuje, nęci, oburza – dlatego też literatura wydaje się być moim naczelnym zainteresowaniem. Jednak z zapałem oglądam również horrory, thrillery, filmy psychologiczne, piekę ciasta dla najbliższych, wędruję po górskich szlakach, upajam smakiem i aromatem kawy, nadto niemiłosiernie kocham psy; generalnie zwierzęta, co ma wyjaśnienie w praktykowanej przeze mnie diecie wegetariańskiej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Drinki, koktajle, Film, Przepisy, Wszystkie wpisy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Sami sobie wciskamy schematy do głów – „Facet na miarę” w reż. Laurent Tirard + przepyszny drink w szklance usianej kryształami

  1. ~Wiola z AJD pisze:

    Cała Justynka… recenzja taka, że aż nie da się nie obejrzeć ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>