„W świetle księżyca czarni stają się błękitni” – „Moonlight” w reż. Barry’ego Jenkinsa

Pieśń rozbrzmiewa w świat tubalna;

nie nachalna, nie pochwalna:

że brat brata nienawidzi.

Z niego szydzi.

 

Już za Kaina żółć rozlana;

na umysły, na kolana.

Choć klękamy – nie kochamy,

będąc klonem: władzę mamy.

 

Ręce w górę! Pomstujemy!

Przeciw czemu, to nie wiemy,

ale w głos wykrzykujemy:

»Inny! Inny! Inny!

Zawsze będzie winny!«

 

Bo jest INNY.

(autor: Ja, z cyklu: piszę i nikt mi nie zabroni)

 

Tak mi się refleksyjnie zrymowało odnośnie piątkowego seansu, na który późnym wieczorem podjechaliśmy pod umiłowane sercu oraz duszy kino.

I jak już wydostaliśmy się z czterokołowca i podążaliśmy nożnym napędem po nierównym chodniku tup-tup, a czarne wrony zataczały koła nad naszymi głowami szu-szu, zastanawiałam się czy przez wzgląd na zdobytego Oscara w ogóle zakupimy bilety (oczywiście nie zarezerwowaliśmy), no bo przecież PREMIERA. I jakież było moje zdziwienie, gdy nie dość, że zaskakująco szybko pokonałam schody, nie potykając się ani razu, to jeszcze ilość ludzi, tworzących ogon kolejki była równa liczbie: zero. My i tylko My. Niepojęci. Marzeniami zachłyśnięci (bez bicia: bardziej ja, znacznie). Papierki nam wydrukowano, portfel w celu szczytnego ukulturalnienia uszczuplono, z publicznego wc pozwolono skorzystać.

Potem, oszołomieni nieobecnością anonimowych pozostałych, przysiedliśmy (noga na nogę – ta w obcasie, te bez w lekkim oddaleniu) na wątpliwie stabilnych krzesełkach, wokół maleńkiego, okrągłego stolika, mając za sobą wypchany Snicersami, 3 Bitami i Laysami automat oraz nielegalną wodę malinową (nie lubię, ale była tylko taka, wszak kupowana na ostatnią chwilę), śliwkową Activię i równie nielegalne Kinder Bueno w torebce, by poczekać minut kilka aż skończy się wcześniejsza produkcja. O blat palcami puk-puk. W głowie niezrozumienie, w oczach osłupienie, ale personalna akceptacja, bowiem zapowiada się prywatnie. I wyobraźnią niemalże tam tkwiłam tylko z nim, w ciemnościach bytu i niebytu, jednym naćwkiekowanym butem przekraczałam próg intymnie filmowej sali, by fabułę poznać: przyszli – niewielu, lecz jednak. No ale nic: kulturę spożyliśmy w grupie. Bez urazy.

„Moonlight” w reż. Barry’ego Jenkinsa (bo o nim cały czas mowa) to bardzo (podkreślam BARDZO) wzruszająca historia czarnoskórego Chirona (w zależności od opowiadanej części, a są trzy, podzielone na: dzieciństwo, dojrzewanie oraz dorosłość, granego przez innego aktora), któremu przyszło żyć na nędznych przedmieściach Miami, gdzie przemoc i handel narkotykami są na porządku dziennym. Takiego właśnie prześladowania oraz braku akceptacji ze strony rówieśników doświadcza cherlawy, wrażliwy, zastraszony, pozbawiony ojca Little (Alex R. Hibbert), mieszkający z uzależnioną od kokainy matką Paulą (Naomie Harris), która niewątpliwie kocha syna, ale jest to miłość nerwowa, ćpuńska, ogołocona z rozmowy, czułości i zainteresowania (no chyba, że trzeba wyłudzić kasę na dragi), jakie otrzymuje od miejscowego dealera Juana (Mahershala Ali) oraz jego dziewczyny Teresy (Janelle Monáe), uświadamiających mu, że nie pozostali mają go uformować, lecz sam musi zadecydować kim chce być. Jednak wrodzona delikatność sprawia, że dorastający Chiron (Ashton Sanders) staje się jeszcze bardziej samotny; nie potrafi wybić się z własnym ja, nie potrafi rozpychać się łokciami, zawalczyć o siebie, tylko cichutko wycofuje się w kąt, do którego na chwilę zagląda Kevin (Jharrel Jerome) i to właśnie z nim przeżywa na plaży swoje pierwsze seksualne uniesienie, zdając sobie sprawę, że nie tylko jest bardzo emocjonalny (wtedy też zwierza się, że płacze tak dużo, że czasem ma wrażenie, iż wypłacze ocean i sam zamieni się w łzy), biedny, osierocony, wyalienowany i czarny, ale do tego homoseksualny. Niestety Kevin zawodzi, bo podsycany przez szkolnych gangsterów, prawdopodobnie w obawie o własną skórę, w asyście pohukującego tłumu, dotkliwie go poturbuje, co i buduje między nimi długotrwały dystans i staje się dla nastolatka momentem przełomowym, bowiem na następny dzień, chyba po raz pierwszy od urodzenia, przywala krzesłem gnębiącemu go oprychowi, za co zostaje przewieziony do więzienia, a po wyjściu z niego (co nie jest w filmie pokazane, lecz wypowiedziane między wierszami), postanawia zbudować się na nowo. Nowy jest mięśniak Black (Trevante Rhodes), rozbijający po dzielni super bryką, z której dudni głośna muzyka: na zębach ma złote nakładki, na ręce zegarek i bransoletę, a na szyi gruby łańcuch, co więcej przejął biznes zamordowanego Juana, stąd rozprowadza znienawidzone prochy. Do tego właśnie macho po wielu latach telefonuje Kevin, a gdy się spotykają tamten od razu dostrzega, że ten afroamerykański gladiator ma nałożoną skorupę, jaką wymogły na nim normy, wymogli ludzie, że to zwyczajnie ten sam Little, ten sam Chiron, kruchy, popękany, lecz w pancerzu twardziela, a zdradzają go oczy, oczy, w których od zawsze tkwi smutek.

„Moonlight” nie jest filmem gwałtownym, hałaśliwym, wydumanym, pełnym zwrotów akcji, iście dosłownym, ale też fabularnie nie szczególnie zawiłym, bo sama historia wydaje się być prosta, wszak w sposób niemalże poetycki, czysty, dyskretny, przemyślany opowiada o brutalnej rzeczywistości jednostek wykluczonych, nie mieszczących się w ramach ustalonych przez świat standardów. Chiron kształtuje swoją tożsamość doświadczając i obserwując otoczenie, przy tym przeważnie milczy, ale czy milczenie nie mówi więcej niż tysiące słów? W tym przypadku na pewno. Kto nie wierzy, niech sam się przekona.

źródło ilustracji: https://images-na.ssl-images-amazon.com/images/M/MV5BNzQxNTIyODAxMV5BMl5BanBnXkFtZTgwNzQyMDA3OTE@._V1_UX182_CR0,0,182,268_AL_.jpg

źródło ilustracji: https://flixchatter.files.wordpress.com/2016/11/moonlight_chironjuanswim.jpg?w=640

źródło ilustracji: http://www.hollywoodreporter.com/sites/default/files/2016/12/moonlight_still.jpg

źródło ilustracji: https://media1.popsugar-assets.com/files/thumbor/-oFXsBqLlCrXu2T99bFDMKPwGDc/fit-in/2048xorig/filters:format_auto-!!-:strip_icc-!!-/2017/02/01/945/n/1922283/29557f03da2997d7_MCDMOON_EC130_H.JPG

źródło ilustracji: http://www.indiewire.com/wp-content/uploads/2016/11/fotorcreated.jpg?w=780

Informacje o BlackLady

Mam na imię Justyna. Pochodzę z Częstochowy, lecz nie lubię tego miasta. Z wykształcenia jestem polonistką, z natury obserwatorką-pesymistką, która żyje ideami. Na co dzień dużo rozmyślam, pochylając się nad tym, co dziwne, tajemnicze, groteskowe, ironiczne, niedookreślone i paradoksalne – właśnie w tym tkwi siła przekazu, tam pod płaszczykiem nonsensownej mglistości szukam prawdy. Mając 4 lata wstąpiłam w świat literatury – zaczęłam czytać i już wiedziałam, że to są przestrzenie, w które pragnę się wdzierać, pragnę je też tworzyć. Słowo ma dla mnie wartość szczególną – kreuje, razi, buntuje, nęci, oburza – dlatego też literatura wydaje się być moim naczelnym zainteresowaniem. Jednak z zapałem oglądam również horrory, thrillery, filmy psychologiczne, piekę ciasta dla najbliższych, wędruję po górskich szlakach, upajam smakiem i aromatem kawy, nadto niemiłosiernie kocham psy; generalnie zwierzęta, co ma wyjaśnienie w praktykowanej przeze mnie diecie wegetariańskiej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film, Moje wiersze, Wszystkie wpisy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>