Miejsca, w których zatrzymał się czas: Sandomierz, Kazimierz Dolny, Janowiec i Ujazd

Są takie miejsca, gdzie zatrzymano zegarki, więc czas znajduje się poza własnym zasięgiem: cisza spływa po wiekowych murach, przysiada na czarującej ławeczce, rozkłada wśród błękitnych niezapominajek i nakazuje trwać bez pospiechu, wyostrzając zmysły na to, co piękne i bardziej wartościowe. Owym zakątkiem może być zacieniony zagajnik, ukwiecona łąka, schody za pamiętnym gimnazjum, posplatana lianami puszcza, pofałdowana piachem pustynia, oznakowana palmą wyspa, pagórek, dolina, coś odległego lub znacznie bliższego – i My właśnie na takie rodzime postawiliśmy, udając się na krótki wypoczynek do Kazimierza Dolnego, zahaczając również o Sandomierz, Janowiec i Ujazd.

Podróż, gdyby nie wstrętne słońce, wsadzające złote paluchy do oczu, przebiegła bezproblemowo (mimo że siedzenie praktycznie w jednej pozycji przez ponad 5h do komfortowych nie należy, to chciałabym by na tym kończyły się ludzkie dramaty, zwłaszcza, gdy pieczętuje je tak cudownie relaksujący efekt). Pierwszym przystankiem było miasto określane Małym Rzymem, bo ulokowane na siedmiu wzgórzach i zaopatrzone w podziemne labirynty (dawne piwnice kupieckie oraz legendarne lochy, udostępnione zwiedzającym), gdzie San domierza do Wisły, czyli Sandomierz – obecnie szczególnie kojarzone z serialem „Ojciec Mateusz”, którego nie było nam dane ujrzeć jak odziany w habit przecina rynek na swym rowerze (ale dla równie zawiedzionych: jest tam wystawa pomieszczeń zaaranżowanych na wzór tych znanych z telewizji, z użyciem oryginalnych elementów scenografii oraz naturalnych rozmiarów postaci woskowe aktorów – taka namiastka, na pocieszenie), ale także między innymi z biskupem krakowskim Wincentym Kadłubkiem (autor kroniki Polski, aktualny patron Sandomierza), Mikołajem Trąbą (doradca Władysława II Jagiełły, później sprawował urząd arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego), Marcinem z Urzędowa (jako jeden z pierwszych napisał dzieło „Herbarz Polski”) czy Mikołajem Gomółką (kompozytor i instrumentalista – stworzył „Melodie na psałterz polski”). Tym, co zasługuje na uwagę jest na pewno: Brama Opatowska (jedyna z czterech, która przetrwała; była jeszcze Lubelska, Zawichojska, Krakowska – służyły do obrony przed wrogiem), Furta Dominikańska (przez wzgląd na kształt zwana Uchem Igielnym; wąskie przejście wybudowane w murze dla mieszkańców, chcących pieszo wydostać się z i wrócić do miasta), Ratusz, Dom Długosza, Kamienica Oleśnickich, Zbrojownia rycerska (można tam nie tylko oglądać, ale i przymierzać stroje), Kościół św. Jakuba (przed nim rosną wiekowe lipy), Bazylika katedralna narodzenia NMP (a przy niej barokowa dzwonnica), Zamek Kazimierzowski (mieści się w w nim Muzeum Okręgowe, a tam szachy z XI lub XII wieku wykonane z rogu jelenia), ważąca 80 kg rzeźba pierścienia z krzemieniem pasiastym, a więc kamieniem optymizmu (jej pomysłodawca to Cezary Łutowicz), Góry Pieprzowe, Wąwóz Królowej Jadwigi, Park Piszczele, Park Miejski, Wzgórze Salve Regina.

Trochę zieleni

I jedna z wielu przeuroczych uliczek

Krzemień pasiasty

Później podążyliśmy bezpośrednio do romantycznego, malowniczego, usytuowanego nad Wisłą Kazimierza Dolnego (nazwa pochodzi jednak od małopolskiego księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który w XII wieku założył tu osadę, z kolei Kazimierz Wielki, będący bohaterem słynnej legendy, jakoby żywił płomienne uczucie do czarnowłosej Żydówki Esterki, wzniósł tutaj zamek, kościół farny i niewielki zameczek dla swojej ukochanej w pobliskiej Bochotnicy), niegdyś w połowie zamieszkiwanego przez ludność żydowską [czego pozostałością są jatki koszerne, drewniane domy, cmentarz ze ścianą płaczu i szykowne, białe spichlerze, w których, w trakcie złotego wieku (przełom XVI i XVII stulecia; wtedy rozwinął się handel) magazynowano zboże], obwołanego miastem artystów: poetów, pisarzy, fotografów, rzeźbiarzy, architektów, muzyków, aktorów teatralnych oraz filmowych, ale głównie malarzy, którzy zachwycili się jego ciepłym, swojskim, jednocześnie egzotycznym nastrojem wprost idealnym do tworzenia znakomitych pejzażów; warto tu wymienić postać Tadeusza Pruszkowskiego (rektor warszawskiej ASP i organizator plenerów stołecznych studentów malarstwa), Antoniego Michalaka, Benedykta Jerzego Dorysa, Jakuba Balina, Edwarda Hartwiga, Jana Wołka, Daniela Olbrychskiego, Marię i Jerzego Kuncewiczów – w bieżącej chwili na te „pędzlowe korzenie” wskazuje cała masa autorskich galerii, które znajdują się dosłownie wszędzie, prawie że jedna przy drugiej.

Wszakże sercem Kazimierza jest oczywiście brukowany renesansowy rynek otoczony z trzech stron kamienicami rodu Przybyłów (zamożni kupcy Mikołaj i Krzysztof), Celejów i Górskich, z ustawioną na środku zabytkową studnią skrytą pod drewnianym daszkiem, wypełniony natrętnie przepowiadającymi przyszłość cygankami, mimami, karykaturzystami, portrecistami, grajkami, straganami, knajpkami, z ustawionym tuż obok brązowym posągiem Króla kundli (historii jest wiele, ale ta najbliższa prawdzie głosi, że jest nim Werniks, przygarnięty przez Zbigniewa Szczepanka, który później, wraz z panem, wyjechał na stałe do Gdańska).

Za dnia

I nocą

A tutaj piesek

Będąc tutaj nie sposób pominąć takich atrakcji jak: Stara Łaźnia (teraz pełni funkcje pensjonatowe i restauracyjne), Synagoga, Kościół farny św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja (są tam jedne z najstarszych organów w Polsce), Gotycki Zamek Królewski, Baszta obronna (wskazywała kapitanom statków drogę do portu), Kuncewiczówka, Muzeum Przyrodnicze, Muzeum Sztuki Złotniczej, Stara Chata (powstała za czasów pierwszego przedstawiciela rodu Kobiałko – twórcy pomnika na Wawelu; istnieje możliwość wynajęcia tam noclegu), Góra Trzech Krzyży (krzyże upamiętniają ofiary epidemii cholery), wąwozy lessowe (najsłynniejszy to Korzeniowy Dół).

Jeden z zachowanych Spichlerzy

Cmentarz żydowski ze ścianą płaczu

Warto, za cenę 15 zł, wykupić sobie godzinny przejazd Eko-Busikiem (Meleksem), który obwozi po jednej z trzech wybranych tras.

No i żal nie popłynąć statkiem (bilet normalny 17 zł, a ulgowy 15 zł) w około 50-minutowy rejs do Męćmierza i z powrotem.

My naturalnie z tej opcji skorzystaliśmy, tyle, że ze stacją w przystani po drugiej stronie Wisły (cena biletu w jedną stronę 7 zł), skąd mieliśmy specjalną ciuchcią dociągnąć do Janowca. Właśnie: MIELIŚMY, bowiem jak wysiedliśmy to okazało się, że bajecznie kolorowa ciuchcia przyjedzie, ale tylko wtedy, gdy zbierzemy 10-osobową grupę (w naszym mniemaniu ona miała stać na miejscu, a nie przybywać na telefon)… Skwar, totalne pustkowie, żadnej możliwości transportu, piaszczyste ścieżki

rozległe przestrzenie z suchymi zaroślami (ale na tyle okrutnymi, że nie oferującymi nawet krzty cienia), w których cykały świerszcze

dalej niekończący się rozgrzany asfalt z wijącymi zaskrońcami, ani jednej duszy poza Szanownymi Nami, ja odstrojona w obcasy i krótką skórzaną spódniczkę (bo miałam przecież jechać jak dama, więc mogę), brak kapelusza czy jakiegokolwiek nakrycia głowy, brak wygodnego obuwia, brak okularów przeciwsłonecznych (co prawda nie lubię, ale wtedy bym założyła), jedna butelka wody, perspektywa 3 km nożnym napędem w jedną stronę i przysięgam, że odechciało mi się wszystkiego, a już na pewno zwiedzania usytuowanej na stromej skarpie ruiny zamku  wzniesionego przez hetmana wielkiego koronnego Mikołaja Firleja (następnie przeszedł w ręce Tarłów, w dalszym ciągu Lubomirskich). Szłam niechętnie, wiedząc, że Los bywa znacznie bardziej przykry, stąd postanowiłam skoncentrować się na wesołym świergocie ptaków i otaczających cudeńkach przyrody.

A gdy zaczynałam wątpić w sens tej wyprawy strzelałam sobie selfie…

i obserwowałam jednego z trzech najważniejszych mężczyzn mojego życia jak… grał na „Mirindzie” (nie byle jakiej, bo arbuzowej) zakupionej w asyście cukierków „Kopiko” już w centrum Janowca, które okazało się tak maciupeńką wsią, że miałam wrażenie, iż ktoś wysoki z bardzo długimi kończynami będzie mógł po rozłożeniu rąk dotknąć naraz domów po jednej i drugiej stronie, a maleńkie chateńki głaskać po dachach; tam restauracja jest wielkości baru mlecznego, poczta niczym kiosk, a urząd miasta jak mini market.

Dzielnie, choć ze skwaszoną miną, pod górę, mijając tyci tyci pensjonaciki, i nagle po prawej monumentalny On: Grodzisko jak się patrzy, zaopatrzone w wielopoziomowe krużganki, z których można podziwiać dziedziniec – można, ale ja niestety tłumiłam w sobie taki poziom złości, wynikającej ze zmęczenia, że podziwiać nie potrafiłam, nawet byłam tym widokiem zawiedziona (bilet normalny 12 zł, ulgowy 8 zł).

Tym, co uratowało sytuację był zniewalający park, który prowadził do zamku, poza tym niesamowicie ozdobny Fajans Holenderski

kreacja przywodząca na myśl legendę o Czarnej Damie, czyli Helenie Lubomirskiej, która zakochała się w ubogim rybaku, czemu byli przeciwni jej rodzice, stąd zamknęli ją w komnacie w zachodnim skrzydle, gdzie po upływie kilku miesięcy z rozpaczy popełniła samobójstwo, rzucając się z okna. Ubrana w czarną balową suknię, w szklanej trumnie, została przewieziona do Kazimierza Dolnego, ale wtedy, co noc, jej duch błąkał się po zamkowych pokojach, w związku z tym rodzice postanowili przywieźć ciało i złożyć je w podziemiach miejscowego kościoła, jednak to nie pomogło, bo powolnie krąży po zamku do dnia dzisiejszego

ta panorama z rzepakowymi fragmentami

przemiła pani, która wpuściła mnie do toalety ZA DARMO i mężczyzna, który zlitował się nad Nami i po przepłynięciu promem na drugą stronę za 6 zł – dzieci, młodzież, studenci 4 zł (oczywiście uprzednio musieliśmy ponownie przemierzyć 3 km) podwiózł Nas pod pensjonat (przebywaliśmy w Willi”AHAVA”: polecam, bo właściciele są życzliwi, pokoje śliczne, do tego znajduje się blisko rynku).

Pobyt szczęśliwie zbiegł się z Nocą Muzeów, w trakcie której zawadziliśmy o wystawę czarno-białych fotografii Szymona Brodziaka: nietypowe kobiece akty, ukazujące i kruchość i siłę, jaka w nich tkwi.

Przejrzeliśmy również ekspozycje sztuki złotniczej

oraz intrygującą biżuterię

Tutaj na przykład pierścionki w kształcie stolików z gotową ucztą

Ponadto odwiedziliśmy klimatyczne kawiarnie

Ja…

…a po drugiej stronie On (który zdjęcia chciał uniknąć)

I ponownie

gdzie skosztowaliśmy kilka smacznych kaw/czekolad/herbat/drinków:

Bio cappuccino z zielonym jęczmieniem

Biała mrożona czekolada z wiśniami zatopionymi w winie i gałką malinowo-waniliowych lodów + Kawa latte z winnymi wisienkami, musem z białej czekolady oraz spienionym mlekiem

Biała czekolada z jagodami + espresso z likierem amaretto i białą czekoladą (w kawiarni „Cafe Faktoria”)

Czekolada ze zblendowanymi jagodami oraz sorbetem z czarnej porzeczki + Kawa latte ze spienionym mlekiem i płatkami róży

Herbata „Biały Diament”: biały hibiskus, pączki białych róż, kokos, jaśmin, jabłko (w Herbaciarni „U Dziwisza”)

Likier różany i Absynt (żyłam w przekonaniu, że istnieje jedynie zielona wersja; jest przeraźliwie mocny)

Drink „Pani Bovary” (orzechówka, amaretto, sok bananowy) + Drink „Ania z Zielonego Wzgórza” (wódka, curacao, sok pomarańczowy, lód, cytryna)

Miodolada o smaku miętowym (jak dla mnie zbyt słodka) oraz Lemoniada głogowa

Nabyliśmy piwa o nietuzinkowych smakach: czekolada, gruszka-mięta, kokos, malina-pigwa, śliwka.

Rzecz jasna maślanego koguta, będącego naczelnym kazimierskim przysmakiem (w smaku przypomina chałkę) wymyślonym przez Cezarego Sarzyńskiego.

Nie mogliśmy oderwać oczu od ręcznie robionych czekolad:

Wracając ze spaceru Bulwarem Nadwiślańskim, ocaliliśmy potwornie piszczącą żabkę, której w liściach zaplątała się nóżka.

I spędziliśmy przesympatyczne chwile w towarzystwie samego Krzysztofa Logana Tomaszewskiego (przez wszystkich zapewne kojarzony z tekstem „Już nie ma dzikich plaż”, zwłaszcza w interpretacji Ireny Santor), który w nabytej przeze mnie książce „Najpiękniejsi są kochankowie” zadedykował mi opowiadanie „Aktorka” oraz podpisał w genialny sposób, bo rysunkiem, a Nam, w swojej audycji „Pastelowe piosenki” samodzielnie ułożony, a wykonany przez Bogusława Meca utwór „Stare buty Van Gogha”.

 


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=eGgRL2UragQ)

Ubóstwo życia ludzi,
Pogardę albo śmiech,
Artystę to porusza
Natchnieniem jego jest.
Nad głową granat nieba
I czarne cienie wron,
Za bezkres horyzontu
Nie sięga słaby wzrok.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze okazałą ruinę Zamku Krzyżtopór w Ujeździe, będącego dziełem Krzysztofa Ossolińskiego i największą warowną rezydencją magnacką w Polsce (wstęp 10 zł).

A gdy wróciłam w ogóle nie miałam ochoty nastawiać zegarka…

Informacje o BlackLady

Mam na imię Justyna. Pochodzę z Częstochowy, lecz nie lubię tego miasta. Z wykształcenia jestem polonistką, z natury obserwatorką-pesymistką, która żyje ideami. Na co dzień dużo rozmyślam, pochylając się nad tym, co dziwne, tajemnicze, groteskowe, ironiczne, niedookreślone i paradoksalne – właśnie w tym tkwi siła przekazu, tam pod płaszczykiem nonsensownej mglistości szukam prawdy. Mając 4 lata wstąpiłam w świat literatury – zaczęłam czytać i już wiedziałam, że to są przestrzenie, w które pragnę się wdzierać, pragnę je też tworzyć. Słowo ma dla mnie wartość szczególną – kreuje, razi, buntuje, nęci, oburza – dlatego też literatura wydaje się być moim naczelnym zainteresowaniem. Jednak z zapałem oglądam również horrory, thrillery, filmy psychologiczne, piekę ciasta dla najbliższych, wędruję po górskich szlakach, upajam smakiem i aromatem kawy, nadto niemiłosiernie kocham psy; generalnie zwierzęta, co ma wyjaśnienie w praktykowanej przeze mnie diecie wegetariańskiej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystkie wpisy, Życie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>