„W godzinach grozy lub wielkiego cierpienia są chwile, kiedy umysł czeka jakby na objawienie” – „Miriam” autorstwa Trumana Capote’a

Ktoś dzisiaj ukradł słońce, ale w trwożliwym pośpiechu własnego występku zapomniał wpakować do kieszeni ten koszmarny zaduch, szczelnie splatający dłonie na cherlawych szyjach i mocno uciskający nie mniej dychawiczne klatki piersiowe. Tracę oddech po raz kolejny, nie wiedząc czy to wina niesprzyjającej pogody czy może sadystycznego Losu. Spadam. Spadam w otchłań osobistego zamętu i upiornej dysharmonii. Wiruję pomiędzy leciwymi kasztanowcami i pomarańczowoczerwonymi koralikami jarzębiny. Jestem w amoku przykrości, fantazji oraz lęków. Jawę mieszam ze snem. Odczuwam coś jakby derealizację – powszechnie panującą obcość, martwotę, pustkę i sztuczność, choć widzę i rozróżniam barwy, to już sama nie wiem co jest naprawdę.

Mam zły nastrój i jestem zmęczona.

Zbieram kasztany i opadłe jarzębiny. Tworzę bukiet.

Wracam do domu. Biorę truskawki, wytrawne wino i zatapiam w obszar widmowy, iluzyjny, mglisty, trochę flegmatyczny, lecz tak bardzo przerażający – stworzony przez Trumana Capote’a (chyba szczególnie kojarzony z utworami: „Śniadanie u Tiffany’ego” i „Z zimną krwią”) w 4 opowiadaniach, składających się na książkę „Miriam”, a chodzi o:

1. Pan Bida – Dzień był chłodny, o wysrebrzonym niebie i wietrze ostrym i zapierającym dech jak woń czeremchy. Na wystawach, pośród zasp cekinowego śniegu, połyskiwały sople anielskich włosów, a w tej niezwykłej aurze snuje się przybyła z Easton (miasteczka na północ od Cincinnati) do Nowego Jorku osamotniona Sylwia (starszy brat i rodzice nie żyją), która mieszka z natrętnie obnoszącymi się ze swoim kizi-mizi małżeństwem: przyjaciółką z dzieciństwa Estelle oraz studiującym prawo na Uniwersytecie Kolumbijskim Henrym. Kobieta na co dzień pełni funkcję maszynistki w „Snug-Fare” – firmie wytwarzającej bieliznę, co nie daje jej ani satysfakcji, ani szansy na samodzielne wynajęcie choćby maleńkiego pokoiku, więc gdy spotyka ekscentrycznego, niezbyt dojrzałego pana A.F. Revercomba (niepokalany, dokładny jak podziałka, otoczony cocktailem klinicznych woni, z bezdusznymi szarymi oczami, posianymi jak ziarna w anonimowej twarzy i opieczętowanymi stalową martwotą soczewek), to postanawia udać się do jego wielkiego domu, mieszczącego na Siedemdziesiątej Ósmej Wschodniej Ulicy (wyglądał z zewnątrz jak zwykły miejski dom, może odrobinę mniej elegancki, mniej imponujący jak niektóre inne, jednakże stosunkowo okazały. Dokoła oprawnych w ołów szybek wił się bluszcz zwarzony przez zimę, obejmował wężowymi splotami drzwi; po obu stronach wejścia stały dwa małe kamienne lewki o wyżłobionych, niewidomych oczach) i sprzedać mu swoje sny, które tamten spisuje na specjalnych fiszkach, po czym segreguje w kartotece. Co prawda owy nietypowy fach umożliwia przeprowadzkę, ale jednocześnie daje wrażenie, że jej byt ma teraz więcej wspólnego ze śmiercią; czuje się okradziona, pozbawiona aspiracji. W tych rozterkach towarzyszy jej były klaun, pijaczek, kloszard Oreilly, który snuje podejrzenia, iż pan Bida, jak określa Revercomba (bo kradnie sukinsyn, i wiecznie czyha na człowieka. Zabierze ci wszystko, co masz, nie zostawi nic, nawet ostatniego snu) nie posiada duszy, toteż pożycza czyjeś, kawałek po kawałku.

Jak człowiek nie ma gdzie pójść, to musi żeglować w błękicie.

Najwięcej snów rodzi się dlatego, że szaleją w nas furie, które wyważają wszystkie drzwi.

Sny to oko duszy i najgłębsza prawda o nas.

2. Dzieci w dniu urodzin – W dniu urodzin Billy Boba dzieci gromadzą się na werandzie, by spędzić wspólnie czas i akurat, gdy spożywają tutti-frutti z plackiem czekoladowym, w ich stronę idzie sprężysta mała dziewczynka w wykrochmalonej cytrynowej sukieneczce wizytowej z miną dorosłej elegantki, z jedną ręką opartą na biodrze, w drugiej dzierżąc staropanieńską parasolkę (…) Szminka nadawała jej wargom pąsowy odcień, włosy ułożone w stertę różowych pukli przypominały peruki, jakie widuje się na scenie, oczy były  umiejętnie przedłużone ołówkiem; w tym wszystkim miała w sobie jakąś kościstą godność, była prawdziwą damą, a co więcej, patrzyła człowiekowi prosto w oczy z otwartością mężczyzny, która głosem dziecinnym i jedwabistym jak kawałek pięknej wstążki, i niepokalanie precyzyjnym jak głos gwiazdy filmowej przedstawia się jako panna Lili Jane Boobbit z Memphis, stan Tennessee, robiąc, zwłaszcza na starszych chłopcach, powalające wrażenie, zaś u dziewczynek, na czele z dotychczas podziwianą Korą McCall, wzbudzając straszliwą zazdrość. Jak się okazuje wraz z mamą (bo tata jest w kryminale), będącą pierwszorzędną krawcową (rozczochrana kobieta o niemych oczach i głodnym uśmiechu; prawdopodobnie cudzoziemka, bowiem stale milczy) wynajęły pokój u mieszkającej na przeciwko pani Sawyer i zapoczątkowały tym samym serię chłopięcych (przoduje Billy Bob i Prymus Kaznodzieja; wtedy też rozpada się ta komitywa) popisów pod jej bramą, na które jednak pozostaje niewzruszona. Lili większość czasu spędza w pojedynkę (zaprzyjaźnia się wyłącznie z krąglutką czarnoskórą Rosalbą), oddając tanecznej pasji, tak jak wtedy, gdy był już prawie mrok, godzina świętojańskich robaczków, sina jak mrożone szkło, i ptaki na kształt strzał zbijały się w stada i zapadały w gęstwinę drzew, a ona w białej spódniczce, przypominającej puszek do pudru, wspięła się na palce i z uniesionymi, bezwładnymi jak lilie dłońmi, wirowała w zaciemnionym morwami oraz irysami ogrodzie w takt walca. Zatem gdy przybywa tu osjaniczny Manny Fox i ogłasza konkurs talentów, obiecując zwycięzcy autentyczne zdjęcia w Hollywood (nawiasem ściąga rónież pieniądze od chłopaków, których mami znalezieniem dobrze płatnej pracy) dziewczynka postanawia wziąć w nim udział. Oczywiście wygrywa, ale rzecz okazuje się być kłamstwem, przeto w akcie zemsty zakłada z miejscowymi „Klub Katów”: zbierają podpisy, piszą do gazet, rozsyłają informacje do wszystkich szeryfów w południowych Stanach, dając sprawie tak astronomiczny rozgłos, że oszust w końcu zostaje pojmany w Uphigh, a pieniądze zwrócone. Panienka Bobbit proponuje im, by w podziękowaniu za dobrze rozwiązaną sprawę, zainwestowali w jej rozwój, a gdy zostanie gwiazdą, to uczyni ich bogatymi. Męska część społeczeństwa przystaje na tę prośbę, a dzień jej wyjazdu godzi nawet zwaśnionych przyjaciół, którzy idą ją pożegnać z gargantuicznymi bukietami herbacianych róż. Uradowana tym widokiem dziewczynka wybiega im na przeciw i zostaje śmiertelnie potrącona przez popołudniowy autobus.

Jeśli cię nie otacza podziw, nikt nie będzie sobie zadawał trudu, żeby cię mieszać z błotem.

3. Miriam – zamieszkująca razem z kanarkiem przyjemne mieszkanko w przebudowanej kamienicy z brunatnego piaskowca w pobliżu East River, kompletnie obojętna światu, uwielbiająca czystość, wypalająca papierosa za papierosem 61-letnia wdowa Miriam Miller (ubierała się praktycznie, stalowosiwe włosy nosiła krótko obcięte i bezpretensjonalnie zaondulowane; nie używała kosmetyków, rysy miała pospolite i nierzucające się w oczy) podejmuje spontaniczną decyzję o wyjściu do kina, gdzie spostrzega nagle małą dziewczynkę stojącą pod skrajem markizy. W życiu nie widziała takich długich i niezwykłych włosów: dosłownie srebrnobiałe jak u albinosa, spływały gładkimi, luźnymi falami aż do pasa. Była chuda, o wątłej budowie. Rzucała się w oczy osobliwa, niewymuszona elegancja, z jaką stała, z wielkimi palcami w kieszeniach świetnie skrojonego aksamitnego płaszczyka koloru śliwkowego, która prosi ją o kupienie biletu. Kilka dni później, w prószącej ciszy gdzie nie było nieba ani ziemi, tylko śnieg unoszony wiatrem, szroniący szyby w oknach, ziębiący pokoje, okrywający miasto martwą ciszą (…) Zimowe chmury jak zapocone soczewki zasnuły cieniem słońce, kontury wczesnego zmierzchu barwiły niebo; wiatr mieszał się z wilgotną mgłą, a głosy nielicznych dzieci, które dokazywały na wysokich kopcach śniegu zgarniętego z jezdni, brzmiały odludnie i posępnie, zjawia się pod jej drzwiami i prawie że gwałtem (ale wciąż uroczym) wkracza do lokum, by od tej pory zmienić postawę kobiety nie tyle na hipnotyczny przymus co dziwną bierność: zawsze ją wpuszcza, pozwala opierać na stosie perkalowych poduszek, kupuje wiśnie kandyzowane i migdałowe ciastka obsypane pudrem, robi kanapki z konfiturą truskawkową, oddaje broszkę z kameą, zamiast papierowych róż stawia w wazonie świeże, w końcu pozwala wprowadzić w asyście porcelanowej lalki, aczkolwiek właśnie wtedy pęka, wpada w nienaturalny szloch (bo zapomniała jak się płacze) i pędzi po pomoc do sąsiadów, którzy dzielnie podążają zbadać sytuację, i chociaż na miejscu okazuje się, że nie ma tam nikogo, to pani Miller czuje, że została jej zabrana tożsamość.

Imitacje są smutne.

W godzinach grozy lub wielkiego cierpienia są chwile, kiedy umysł czeka jakby na objawienie, a kokon ciszy spowija myśl; przypomina to sen albo trans hipnotyczny i w tym uciszeniu człowiek sobie uświadamia siłę spokojnego rozumowania.

4. Drzewo nocy – W zimowy wieczór 19-letnia Kay czeka na peronie małej stacyjki na pociąg, a gdy ten wreszcie się pojawia, wkracza do jednego z wagonów: był zabytkowy, o wysłużonym wnętrzu, z siedzeniami obitymi staroświeckim czerwonym pluszem, miejscami wyłysiałym, z łupiącymi się częściami drewnianymi koloru jodyny. Archaiczna miedziana lampa wisząca u sufitu wyglądała romantycznie, ale wydawała się tu nie na miejscu. W powietrzu unosił się mroczny, martwy dym, a upalna duchota uwydatniała zgniły odór porzuconych kanapek, ogryzków od jabłek i skórek od pomarańczy, które wespół z papierowymi kubkami, butelkami po wodzie sodowej i pomiętymi gazetami zaśmiecały długie przejście. Z aparatu do chłodzenia wody, osadzonego w ścianie, ciekł na podłogę nieprzerwany strumyczek, gdzie rozgląda się za wolnym przedziałem, a jak tylko takowy znajduje, bez większego zastanowienia wchodzi. Niestety jest on już zajęty przez pokręconą parkę: kobieta była mała, nogami ledwo dotykała podłogi. I jak często bywa z ludźmi niewyrośniętymi, natura pozwoliła sobie wobec niej na kaprys – w jej wypadku na olbrzymią, potwornych rozmiarów głowę. Na obwisłej, nalanej twarzy błyszczał róż, tak że trudno było się nawet domyślić, ile ma lat: może pięćdziesiąt, pięćdziesiąt pięć. Wielkie cielęce oczy patrzyły z ukosa, jakby nie dowierzając temu, co widzą. Rude włosy, niewątpliwie farbowane, zwinięte były w tłuste, zaskorupiałe grajcarki. Niegdyś elegancki lawendowy kapelusz klapnął idiotycznie na bok, tak że kobieta zajęta była bez przerwy odgarnianiem zwisającej kiści celuloidowych wiśni, naszytych na rondzie. Miała na sobie prostą, lekko wyszmelcowaną granatową sukienkę. Jej oddech był wyraźnie przesiąknięty słodkawym zapachem dżinu, z kolei mężczyzna miał oczy jak dwa zamglone mlecznoniebieskie paciorki, ukryte za grubymi rzęsami i dziwnie piękne. Natomiast, pominąwszy wyraz jakiegoś oderwania, szeroka twarz bez śladu zarostu właściwie nie miała ekspresji; tak jakby nie był zdolny przeżyć i objawić najlżejszego uczucia. Siwe włosy miał króciutko ostrzyżone i zaczesane do przodu w nierówną grzywkę. Wyglądał jak dziecko jakąś nieczystą siłą raptownie przemienione w starszego pana. Ubrany był w wytarte ubranie z granatowej serży i zlany nędznymi, tanimi perfumami. Na ręce nosił zegarek z rysunkiem Mickey Mouse, która jakimś chorobliwie dzikim przymusem nakłania ją do towarzyszenia im, picia alkoholu, wysłuchiwania o szokujących występach, polegających na grzebaniu żywcem i zakupienia wyglądającego jak powleczona równiutką warstwą szelaku pestka wiśni amuletu na miłość, co w efekcie doprowadza ją do ataku paniki, histerycznego szlochu i nawrotu dziecinnych strachów.

W autobusie to same mruki, gęby do człowieka nie otworzą. A w pociągu każdy musi wyłożyć karty na stół.

„Miriam” to bardzo osobliwy zbiór: mętny, ponury, demoniczny, obłędny, groteskowy, niedorzeczny, pomieszany, przepełniony fiksatami, złowróżbnymi dzieciakami, wyrzutkami, pechowcami, infantylnymi dorosłymi, splatający realizm z fantastyką, w jakiś niedosłowny sposób zatrważający, wszakże niesamowity, bo czytając go odnosiłam wrażenie, że takie przedziwności znam, gdyż dzieją się w mojej głowie.

Rewelacja.

Informacje o BlackLady

Mam na imię Justyna. Pochodzę z Częstochowy, lecz nie lubię tego miasta. Z wykształcenia jestem polonistką, z natury obserwatorką-pesymistką, która żyje ideami. Na co dzień dużo rozmyślam, pochylając się nad tym, co dziwne, tajemnicze, groteskowe, ironiczne, niedookreślone i paradoksalne – właśnie w tym tkwi siła przekazu, tam pod płaszczykiem nonsensownej mglistości szukam prawdy. Mając 4 lata wstąpiłam w świat literatury – zaczęłam czytać i już wiedziałam, że to są przestrzenie, w które pragnę się wdzierać, pragnę je też tworzyć. Słowo ma dla mnie wartość szczególną – kreuje, razi, buntuje, nęci, oburza – dlatego też literatura wydaje się być moim naczelnym zainteresowaniem. Jednak z zapałem oglądam również horrory, thrillery, filmy psychologiczne, piekę ciasta dla najbliższych, wędruję po górskich szlakach, upajam smakiem i aromatem kawy, nadto niemiłosiernie kocham psy; generalnie zwierzęta, co ma wyjaśnienie w praktykowanej przeze mnie diecie wegetariańskiej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Literatura, Wszystkie wpisy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>