Kolejna część kultowej komedii romantycznej, czyli „Listy do M. 3″ w reż. Tomasza Koneckiego

Lubię ten czas, kiedy noc staje się dłuższa niż dzień; świat ogarnia spokój, wszystko poza demonami nawiedzającymi sny sprawia wrażenie bezproblemowego, a nienawiść śpi wraz z człowiekiem. Mogłabym egzystować tylko wtedy, przegapiając troski, frustracje oraz szelmostwa rażącej oczy, serca i świadomość jasności. Mogłabym samotnie lub z Nim spacerować wzdłuż wzburzonej granatem rzeki, sielankowo wdychając zapach przyrody: czułabym kwiaty, korę drzew, rozmoknięte liście, kurz i ptasie pióra. Mogłabym wspinać się po górach i rozpalać ogniska, pływać łódką po odbijającym księżyc jeziorze bądź zbierać zioła w butelkowym lesie, kompletnie zapominając o podstawowych potrzebach i wymuszonych interakcjach społecznych – mogłabym, a nie mogę, bo po nocy zawsze nadchodzi dzień (nie mylić z tym, że po burzy zawsze wschodzi słońce; choć to w ogóle mija się z prawdą).

Mogę za to owinąć się puchatym kocem, pić hektolitry kawy, czytać tony książek, przez okno widzieć błąkające po osiedlu sarny, lisy czy zające, nękać wspomnieniami i upajać marzeniami. Mogę żeglować po oceanach własnego umysłu po prostu; po oceanach niezmąconych doczesnością, która wymyka się nocy.

Dzisiaj poszwendałam się trochę po wczorajszej premierze 3 części „Listów do M.” w reż. Tomasza Koneckiego, na której byłam, zajmując jedno z siedzeń wypełnionej po brzegi sali. Byłam i właściwie to nie wiem czy być powinnam, czy może warto było uzbroić się w cierpliwość i poczekać rok cały aż zostanie wyemitowana w telewizji (?) Wszakże skusiłam się, więc nie ma co tworzyć niemożliwych wersji, tylko podzielić obejrzanym i przemyślanym.

Już na wstępie zirytował mnie fakt, że film został wprowadzony na ekrany, podczas gdy jeszcze nawet dobrze nie zapachniało choinką, pomarańczami i goździkami, gdy śnieg nie poprószył dłuższą chwilę (choć wiem, że tutaj człowiek wpływ ma nijaki), lampki nie pomigotały tak naprawdę (pomijam rządne kasy wystawy sklepowe, które przyciągają reniferem już w październiku), ponieważ puszczanie filmu o świętach na początku listopada, kiedy to dopiero zaczyna szumieć liśćmi i padać deszczem zwyczajnie nie przystoi (ja wiem, że pieniądze… no ale), bo nie ma wokół tej atmosfery, tej magii zasianej w człowieku, która sprawia, że  zwierzęta przemawiają ludzkim głosem a fałszywi stają się jeszcze bardziej fałszywi (to poza bożonarodzeniowym biznesem, odarciem tradycji z głębi i przykryciem ich starannie wyprasowanym obrusem jałowizny jest kluczowy powód, dla którego nie przepadam za uroczystościami wigilijnymi, bo obłudny, udający, że nie jest  w ten dzień obłudny, to dla mnie obłudny pomnożony razy dwa; bardzo nie lubię takich osób, a dobrych, prostolinijnie dobrych darzę sympatią tak po prostu i nie potrzebuję do tego żadnych świąt), przez co właśnie uważam tego klimatu nie da się wyczuć w owej produkcji (bo poza ozdobioną Arkadią, skradzioną gwiazdą betlejemską, paroma prezentami, rybą i pierogami na stole nie ma tu nic ze świątecznego nastroju), po drugie jest za dużo nowych bohaterów, przez to masa ledwo muśniętych, kiepsko rozwiniętych wątków, jak choćby uroczego weterynarza Rafała (Filip Pławiak), który, podążając na psią aukcję natrafia na piękną, ale nieszczęśliwą, bo trwającą w despotycznym związku ze zdradzającym ją Andrzejem (Marcin Kwaśny), Zuzę (Katarzyna Zawadzka); dla niej to nawet wiesza jemiołę i kupuje złamaną choinkę albo bez pamięci, mimo że platonicznie zakochanego w prezenterce radiowej (Magdalena Różdżka) policjanta Gibona (Borys Szyc) (żal mi też trochę nikłych ról, w jakich obsadzono Stanisławę Celińską i Hannę Śleszyńską), po trzecie pojawiają się osobistości mnie irytujące, a chodzi o denerwująco chichoczącego cwanego Pingwina (Bartosz Obuchowicz) i matackiego Czarka (Andrzej Grabowski), będącego nawiasem 15 lat temu zaginionym ojcem Melchiora (Tomasz Karolak), który może i w tym roku również pomyka w stroju Świętego Mikołaja, ale koncentruje się na jeżdżeniu po Warszawie w poszukiwaniu syna Kazika (Mateusz Winek), uparcie chcącego poznać swojego dziadka, po czwarte brakuje mi tu Mikołaja Koniecznego (Maciej Stuhr), Doris (Roma Gąsiorowska) oraz przesympatycznego Kostka (Jakub Jankiewicz), którego absolutnie nie zastępuje postać Dusi (Weronika Wachowska) (generalnie uważam tę dziewczynkę za nadzwyczaj utalentowaną aktorkę dziecięcą, ale tego typu przebiegłości, jaką przyszło jej odegrać nie trawię w autentycznym życiu), po piąte wkurza ta chamska nachalność sponsorów, po szóste fabuła jest boleśnie przewidywalna, po siódme dialogi pozostawiają wiele do życzenia, po ósme perypetie i dowcipy niekoniecznie są śmieszne, choć jak zwykle humor ratuje wybuchowa para, czyli Szczepan (Piotr Adamczyk) i Karina (Agnieszka Dygant), którzy tym razem mierzą się z misją dziadków, wizją późnego rodzicielstwa oraz nieubłaganym poczuciem nieuniknionej starości – to taki początek tego, co fajne, bo oczywiście plusy także się znajdą: jest to przede wszystkim powrót do konwencji komediowej, a nie jak w przypadku 2 części górowanie dramatu nad komedią, składająca ze znanych i chętnie nuconych utworów ścieżka dźwiękowa, zwrócenie uwagi na los psów przebywających w schroniskach, do tego niezwykle emocjonalny wątek pozostającego w żałobie po stracie ukochanej Małgorzaty (Agnieszka Wagner) Wojciecha (Wojciech Malajkat) (tutaj zwłaszcza rozwalił mnie moment, gdy usiadł na krześle w garderobie żony, bo dało się wyczuć, że tej pustki nikt nie jest w stanie mu wypełnić), no i oczywiście niechybny wdzięk tego filmu, który wynika z ofiarowania poczucia, że istnieje coś takiego jak rodzinne ciepło, miłość i przyjaźń oraz tego, że nadziei nie można tracić nigdy, a dobro zawsze wygrywa.

źródło ilustracji: https://media.multikino.pl/thumbnails/50/rc/QTRDNUEw/eyJ0aHVtYm5haWwiOnsic2l6ZSI6WyIxMDAwMCIsIjEwMDAwIl0sIm1vZGUiOiJpbnNldCJ9fQ==/uploads/images/films_and_events/listydom3-pl2_eb24d48978.jpg

źródło ilustracji: https://d-tm.ppstatic.pl/60/80/a608623f5790979f526933ea718a.1000.jpg

źródło ilustracji: http://gfx.archiwum.radiozet.pl/var/radiozetv3/storage/images/rozrywka/o-tym-sie-mowi/listy-do-m.-czas-niespodzianek-premiera-i-obsada-listow-do-m.3-00036303/1720871-1-pol-PL/Listy-do-M.-Czas-niespodzianek-3.-czesc-hitu-juz-niedlugo.jpg

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2017/10/Listy-do-m-3_1.jpg

źródło ilustracji: https://d-nm.ppstatic.pl/kadr/k/r/e5/44/5a0182e8a09f8_o,size,933×0,q,70,h,9df6bf.jpg

Informacje o BlackLady

Mam na imię Justyna. Pochodzę z Częstochowy, lecz nie lubię tego miasta. Z wykształcenia jestem polonistką, z natury obserwatorką-pesymistką, która żyje ideami. Na co dzień dużo rozmyślam, pochylając się nad tym, co dziwne, tajemnicze, groteskowe, ironiczne, niedookreślone i paradoksalne – właśnie w tym tkwi siła przekazu, tam pod płaszczykiem nonsensownej mglistości szukam prawdy. Mając 4 lata wstąpiłam w świat literatury – zaczęłam czytać i już wiedziałam, że to są przestrzenie, w które pragnę się wdzierać, pragnę je też tworzyć. Słowo ma dla mnie wartość szczególną – kreuje, razi, buntuje, nęci, oburza – dlatego też literatura wydaje się być moim naczelnym zainteresowaniem. Jednak z zapałem oglądam również horrory, thrillery, filmy psychologiczne, piekę ciasta dla najbliższych, wędruję po górskich szlakach, upajam smakiem i aromatem kawy, nadto niemiłosiernie kocham psy; generalnie zwierzęta, co ma wyjaśnienie w praktykowanej przeze mnie diecie wegetariańskiej.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film, Wszystkie wpisy i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>