Keks angielski

Wegańskie i bezglutenowe wypieki zakończyłam na babeczkach (a raczej jednej babeczce; tak symbolicznie, do koszyczka) i mazurku, więc teraz zabieram się za pozostałe. Pierwszy był keks, pierwsze też moje podejście do niego i muszę przyznać, że udane: w środku mięciutki, nafaszerowany suszonymi morelami, śliwkami, dwoma rodzajami rodzynków, kandyzowanymi melonami nasączonymi w ciemnym rumie (ale myślę, że spokojnie, by było szybciej, można je zastąpić gotową mieszanką keksową), natomiast w wersji bezalkoholowej wspaniale sprawdzi się tu sok pomarańczowy, zaś z wierzchu złoty i chrupiący, dodatkowo oprószony cukrem pudrem – keks idealny, przynajmniej na te święta, bo innych przepisów jeszcze nie próbowałam, ale ten z całego serca polecam ;)

Przepis na keks angielski (keksówka o długości 28cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 150 g cukru
  • 210 g masła (miękkiego)
  • 4 jajka
  • 150 ml ciemnego rumu (w wersji bezalkoholowej: soku pomarańczowego)
  • 100 g sułtanek
  • 75 g koryntek
  • 65 g suszonych moreli (posiekanych)
  • 65 g suszonych śliwek (posiekanych)
  • 125 g kandyzowanych melonów (posiekanych)
  • 15 g proszku do pieczenia

Dodatkowo:

  • cukier puder (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Wszystkie bakalie wrzucić do miski i zalać rumem – odstawić.

Masło utrzeć z cukrem na puch, dodać jajka, jedno po drugim, cały czas ucierając.

Do utartej masy wsypać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia, po czym wmieszać namoczone bakalie, wlewając pozostały rum z miski.

Tak przygotowane ciasto umieścić w keksówce wysmarowanej masłem i obsypanej mąką.

Piec w temperaturze 160°C około 20 minut, następnie zwiększyć do 175°C i piec kolejne 35-40 minut (lub dłużej, do suchego patyczka)

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu oprószyć cukrem pudrem.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wegański, bezglutenowy mazurek orzechowo-chałwowy

Mazurki są moim zdaniem symbolem wielkanocnego kiczu: dużo, kolorowo i potwornie słodko, stąd tym razem postanowiłam trochę odczarować to negatywne podejście. W związku z tym lepiej poszperałam i nie tylko znalazłam taki w wersji wegańskiej i bezglutenowej, ale też posiadający jeden z najlepszych chrupiących spodów oraz kremów, mianowicie gęsty, aksamitny, wyraźnie orzechowo-chałwowy, który połączyłam z dżemem figowym (ale myślę, że będzie też wspaniale smakował z malinowym, z czarnego bzu czy powidłami śliwkowymi), zaś z wierzchu ozdobiłam orzechami, suszonymi owocami i kokosem (autorka sugeruje jeszcze polewę z gorzkiej czekolady).

Bardzo polecam ;)

*podaję proporcje na kwadratową formę 22x22cm, ja wykonałam w okrągłej o średnicy 11cm

Przepis na wegański, bezglutenowy mazurek orzechowo-chałwowy (forma o wymiarach 22x22cm ) (Przepis pochodzi z bloga: http://www.truetastehunters.com/)

Składniki:

Ciasto:

  • 100 g mąki kukurydzianej
  • 100 g skrobi kukurydzianej
  • 100 g orzechów włoskich (zmielonych)
  • 3 łyżki siemienia lnianego (zmielonego)
  • 4-5 łyżek syropu klonowego lub z agawy
  • 120 g oleju kokosowego
  • 80 ml sojowego mleka o smaku waniliowym lub orzechowym
  • ziarenka z 0,5 laski wanilii
  • 1 łyżeczka bezglutenowego proszku do pieczenia

Krem orzechowo-chałwowy:

  • 400 ml gęstego mleka kokosowego
  • 50 g orzechów włoskich (zmielonych)
  • 50 g orzechów laskowych (zmielonych)
  • 3 łyżki pasy sezamowej (tahini)
  • 5 łyżek ksylitolu
  • ziarenka z 0,5 laski wanilii

Dodatkowo:

  • ulubiony dżem (u mnie figowy)
  • bakalie (u mnie orzechy włoskie, laskowe, suszone śliwki, morele i suszona żurawina, chipsy oraz wiórki koksowe)

Sposób przygotowania:

Ciasto:

W kąpieli wodnej rozpuścić olej kokosowy. Wlać mleko roślinne, syrop klonowy/z agawy i dodać ziarenka z laski wanilii – podgrzać do całkowitego połączenia. Zdjąć, lekko przestudzić i wmieszać zmielone siemię lniane.

Do miski przesiać mąkę, skrobię oraz proszek do pieczenia. Wsypać zmielone orzechy – wymieszać.

Do suchych składników wlać mokre i wyrobić z nich ciasto.

Ciasto wkleić do kwadratowej, wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia, formy – schłodzić w lodówce przez 30 minut.

Piec około 20 minut, w temperaturze 170°C

Wyjąć. Wystudzić.

Krem orzechowo-chałwowy:

Na patelni podprażyć orzechy włoskie oraz laskowe – wystudzić i wrzucić do kielicha blendera. Dodać tahini i ziarenka z laski wanilii – zblendować na gładką masę.

Schłodzoną śmietanę kokosową ubić na sztywno z ksylitolem, po czym wymieszać ze zblendowaną masą orzechową.

Wykonanie:

Wystudzony spód posmarować ulubionym dżemem, na niego wyłożyć krem orzechowo-chałwowy i przyozdobić bakaliami.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wegańskie, bezglutenowe babeczki do koszyczka

I weganie i bezglutenowcy również chcą mieć w koszyczku swoją babeczkę, stąd postanowiłam dzisiaj podać szybki, bezproblemowy przepis na takie niewielkie cuda, które według mnie kompletnie nie odbiegają smakiem od tych tradycyjnych; nawet uważam, że są znacznie lepsze, na pewno zdrowsze, mięciutkie, puszyste, bogate w bakalie, kwiaty, konfitury, suszone i kandyzowane owoce – a wszystko dzięki wspaniałej wyobraźni.

Polecam ;)

Przepis na wegańskie, bezglutenowe babeczki do koszyczka (12 sztuk ) (Przepis pochodzi z bloga: http://ervegan.com/)

Składniki:

  • 2 szklanki mąki bezglutenowej do wypieku ciast
  • 2 średnie banany
  • 0,5 szklanki erytrytolu
  • 1,5 szklanki mleka sojowego o smaku waniliowym
  • 1 łyżka oleju orzechowego lub sezamowego
  • ziarenka z 0,5 laski wanilii
  • 3 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia

Dodatkowo:

  • ulubiona konfitura/owoce/bakalie (u mnie konfitura z jagód w środku + tahini, siemię lniane i płatki owsiane z wierzchu)

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki wrzucić do miski (banany rozgnieść widelcem lub zblendować) i wymieszać na jednolita masę.

Gotowym ciastem wypełnić papilotki (w przypadku nadziewania najpierw wypełnić do połowy, wyłożyć łyżeczkę konfitury, a potem uzupełnić ciastem) – i tutaj można użyć wyobraźni i wzbogacić o ulubione dodatki: cynamon, goździki, gałkę muszkatołową, skórkę otartą z cytryny/pomarańczy, suszoną lawendę, fiołki, różę, truskawki, śliwki, porzeczki, maliny, dżemy, konfitury, rodzynki, orzechy włoskie/laskowe/nerkowca, itd.

Piec około 30 minut, w temperaturze 180°C

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu posmarować masłem orzechowym/tahini/deserem sojowym, oprószyć płatkami owsianymi/jaglanymi/sezamem/siemieniem lnianym/pestkami dyni/suszonymi morelami/żurawiną, kandyzowanym melonem/wiśniami.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Sięgnięcie dna jest mniej straszne niż zatrzymanie się na powierzchni ohydy” – „Antychrysta” autorstwa Amélie Nothomb

Deszcz to płacz zmarłych czy przyrody? Bo opad atmosferyczny brzmi zbyt banalnie jak na tak wszechogarniające melancholią zjawisko: krajobraz poszarzały niczym z leciwych fotografii,  ptaki skrycie dławiące świergotem, ludzie przybici bolesnymi wspomnieniami, wyblakłe nadzieje, zapomniane marzenia, osowiałe kwiaty i półmartwe rzeki – pogrzeb szczęśliwości oglądany kątem spod podręcznej parasolki.

Idę w czarnej sukience wysłużonym chodnikiem. Słyszę zgrzyt samoistnie bujającej huśtawki. Przed wejściem do piekarni zerkam na tablicę ogłoszeń, na której widnieje reklama nowo otwartej firmy przewozowej. Kupuję dwie bułki posypane słonecznikiem i płatkami owsianymi oraz sok jabłkowo-burakowy. Wychodzę. Mijam popisane sprayem kioski, odpychające wątpliwą estetyką przystanki autobusowe z koszami obklejonymi wyżutymi gumami, knajpę po brzegi wypełnioną piwem, kota przemalowanego na tygrysa i blaszane garaże. Za dużymi szklanymi drzwiami odwiedzam market z milionem czekoladowych królików, cukrowych kurczaków i papierowych serwetek ozdobionych w pisanki. Sięgam po płyn do mycia okien i odplamiacz do tapicerek tudzież dywanów. Podchodzę do kasy i płacę.

Wracając, pomiędzy kosami, wróblami, gawronami, sikorkami i gołębiami napotykam niezwykły okaz, coś jakby z rodziny kaczkowatych lub mewowatych: piękny, dumny bądź onieśmielony odpoczynkiem na podrzędnym blokowisku, śnieżnobiały ze srebrną czapeczką, krótkim, acz szerokim dziobem i krępą sylwetką. Może bielaczek? Fajnie by było, jakby to był właśnie bielaczek, bo rzadko spotykany, wzrokiem na co dzień nieuchwytny, a ja miałabym tę przyjemność zetknięcia.

Potem, nie otrząsając do końca z owego zachwytu, rozglądam się po otaczających mnie kolorowych kurtkach, mając świadomość, że każdy za siebie: za własne dobre i własne złe.

A oni krzyczą, że tak nie można, że się nie powinno, że sposób inaczej, a potem najpierw po kryjomu, a później już jawnie plują w twarz: tak centralnie, siarczyście, z odcharknięciem z głębi płuc, by sponiewierać jak najmocniej i poczuć… właściwie to co? Władzę? Przewagę? Chorą fascynację? Może ulgę? Nie wiem, ale to chyba nic dobrego, bardziej psychopatycznego, jednak tym świadomym obłąkaniem – takich należy się bać, takich trzeba unikać, bo niszczą innych dlatego, że sami są wewnętrznie złachani, obrzydliwi, napastniczy, a ta plugawość się wylewa, oblepiając wszystko naokoło, wciągając dychawicznych, słabeuszy, niedowartościowanych, osamotnionych, łaknących jakiejkolwiek uwagi, bo są albo zbyt mizerni, żeby odmówić, wyrazić sprzeciw, albo podatni na każdy uśmiech i nawet pogardliwie wspaniałomyślne spojrzenie oprawców, napawających uwłaczającym skakaniem po ich godności, zasiadających na wysmarowanym złem oraz kłamstwem tronie władzy, dumnie pyszniących tekturowym berłem i koroną z folii aluminiowej, bo tak naprawdę są słabi, najsłabsi, działający na zasadzie kontrastu, patologicznie zazdrośni, przez to agresywni i rządni zemsty na każdym, kto czerpie jakąkolwiek radość z życia, bo oni od dawna czują się martwi, pretensjonalni, a sponiewieraniem chcą się wylansować, poczuć lepiej, poczuć cokolwiek.

Tak anormatywnie uzależniająca, chorobliwie pasjonująca, elektryzująca tego, kto się tylko nawinie jest 16-letnia Christa Bildung, czyli dewiacyjna postać wykreowana przez Amélie Nothomb w książce „Antychrysta”, która jednym „niewinnym” spojrzeniem, rzuconym przelotnie, w trakcie przerwy między wykładami,  na wydziale nauk politycznych, wprost oczarowuje zakompleksioną, żyjącą w pustelni własnego pokoju Blanche Hast.

Początkowo ta szara myszka w zetknięciu z iście fascynującą, wielbioną przez tłumy osobą, odczuwa emocjonalny misz-masz: niby radość, ale podszytą strachem, ciągłe podniecenie przed nieznanym, a całość ciut zakropiona zazdrością: nie chciałam być Christą, ale chciałabym być tak jak ona kochana. Bez wahania oddałabym wszystko, by móc ujrzeć to światło zapalające się na mój widok w czyimś, obojętnie w czyim oku, tę słabość i tę siłę, to opuszczenie, tę kapitulację, to pełne zachwytu pogodzenie się z niedorzecznym uwielbieniem, bo przecież pojawia się perspektywa ZINTEGROWANIA ( to słowo ma dla niej ogromne znaczenie), zaistnienia wśród rówieśników, zasmakowania życia towarzyskiego, stąd gdy okazuje się, że tamta marnotrawi cenny czas na dojazdy z odległego Malmedy, Blanche proponuje jej nocowanie u siebie – i to jest decyzja, która zamiast umilić codzienność, zwyczajnie zamieni ją w koszmar. Jednakże dość szybko, mimo wewnętrznie toczonych bojów, prostackiego zżymania, zarzucania sobie, że jest nudziarą, że zadziera nosa, nie potrafi docenić tak fantastycznej, zaradnej, bo pochodzącej z marginesu społecznego „przyjaciółki”, bowiem prawdziwe spojrzenie wolne jest od uprzedzeń, wychodzi na jaw, iż autentyczna Christa nie charakteryzuje się rozbrajającą, dziewiczą spontanicznością, lecz wymuszoną serdecznością, która służy jej do indywidualnych korzyści: zarówno wewnętrznych, jak i finansowych – jest wyrachowaną intrygantką, napawającą, bardziej wzrastającą na cierpieniu oraz frustracji innych, potrzebującą kogoś niestanowczego i wyalienowanego do promowania, przy zastosowaniu niepojętej manipulacji, samej siebie jako wzoru do naśladowania, nawet jednostki godnej szczerego podziwu: jednostki wybitnej. A z chwilą, gdy Blanche wreszcie przestaje się strofować i pojmuje, że ma do czynienia z kimś pretensjonalnym, próżnym oraz głupim zaczyna używać pojęcia „chrysta” – na określenie zasięgu Christy. Chrysta oznaczała parametry obszaru, który Christa była w stanie sobą skazić. Była to wielokrotność zasięgu strzały z łuku. Istniało także inne, szersze od chrysty pojęcie: „antychrysta” oznaczające złowrogą orbitę, w której krążyłam przez pięć dni w tygodniu i która nieustanie się powiększała, gdyż Antychrysta dosłownie w oczach zdobywała coraz więc mojego terenu: mój pokój, moje łóżko, moich rodziców, moją duszę. Co więcej dostrzega, że jak Christa była piękna, tak Antychrysta szkaradna. W tym ostatnim przymiotniku nie było cienia przesady; szkaradna była maska pogardy przywdziewana na mój widok, szkaradne to, co sobą wyrażała; jesteś nikim, nie zasługujesz na kogoś takiego jak ja, ciesz się, że możesz mi służyć za towarzyską podpórkę i podnóżek.

Ta relacja jest na tyle toksyczna, iż Blanche w pewnym momencie czuje się niewidzialna i niekochana do tego stopnia, że obdarza się nienawiścią, aczkolwiek nie chcąc utracić resztki uczuć rodziców, ślepo tamtą oszołomionych, zmusza się do pozorowania komitywy. Sytuacja ulega zmianie z chwilą nierozmyślnego ukazania protekcjonalności względem swoich dobroczyńców: do tej pory nie przyznawałam się przed sobą szczerze do tego, ze jej nie cierpię. W jakimś stopniu było mi z tego powodu wstyd. Mówiłam sobie, iż oprócz mnie wszyscy za Christą przepadają, więc to musi być moja wina, że nie potrafię jej polubić. Powodem tego była zazdrość i brak doświadczenia w przyjaźni; może gdybym lepiej znała stosunki międzyludzkie, jej osobliwe maniery tak by mnie nie oburzały. Powinnam nauczyć się tolerancji. Ale teraz nie miałam już złudzeń: Antychrysta była kanalią. Wtedy też postanawia pojechać w rodzinne strony Antychrysty, gdzie dowiaduje się, iż pochodzi ona z niesamowicie zamożnej, znanej w tych i bardziej odległych kręgach, rodziny, której zresztą sprzedała bajeczkę, że bytuje na stancji u ubogiej Blanche, będącej jej serdeczną przyjaciółką, a jej 18-letni chłopak Detlev nie przypomina Davida Bowie, lecz grubego blondaska o twarzy młodego wieprzka.

To odkrycie staje się dla Blanche prywatną chlubą, dla jej rodziców, którzy nie uzyskali od tamtej jednoznacznego uzasadnienia, przykrym zawodem, zaś dla samej Christy powodem do zemsty, na przejawy której najpierw reagują obojętnością, gdyż powstrzymanie się od działania wymaga więcej energii niż samo działanie, a później czymś najbardziej niedorzecznym, bezużytecznym, dezorientującym i najpiękniejszym, czyli filmowym pocałunkiem, który, wykorzystując taktykę zaskoczenia, Blanche składa na ustach swojej oprawczyni na oczach osłupiałej i jednocześnie rozweselonej auli. 

„Antychrysta” to pierwsza pozycja owej pisarki, po jaką sięgnęłam i już wiem, że muszę przeczytać następne (mam ochotę na „Krasomówcę” i „Biografię głodu”). Tym, co szczególnie mnie kręci jest drążenie, jakiś rodzaj gloryfikacja brzydkiego, absurdalnego, groteskowego, zdeformowanego, upiornego, szaleńczego, nieprzewidzianego, zdegenerowanego, tkwiącego w mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy, osobowości, umysłu. Akurat w tej cieniutkiej książce (liczy 105 stron, co jest dodatkowym atutem, bo uważam, że niełatwo napisać coś krótkiego, co będzie poruszające, intrygujące, rozpoczęte i skończone, z fajnie wykreowanymi postaciami, dialogami, otoczeniem, światem zewnętrznym oraz wewnętrznym) autorka nie uściśla motywów sadystycznego działania swojej bohaterki, jednak można domniemywać, że nie chodzi o łatwe pieniądze, ale o kult własnej osoby kosztem innych (albo dlatego, że jest totalnie zakompleksiona i działa antynomicznie, albo  przeciwnie: bezspornie kocha tylko siebie), a więc sięga po tematykę zła, które według mnie ma korzenie w zazdrości, bo z niej powstaje agresja, dalej chęć jakiejś wynaturzonej zemsty. Zło samo w sobie jest niedookreślone, ale doskonale precyzuje je człowiek, który zwyczajnie, świadomie się na nie zgadza: ulega jego atrakcyjnej formie, obietnicom, korzyściom i wygodzie, jakie za sobą niesie, bo w dalszym ciągu będę podtrzymywała, że ciężej być dobrym niż złym człowiekiem, bowiem to wiąże się z całą masą trudów i ograniczeń (na czele z tym, że dobro nierzadko kieruje się do kogoś, a ze zła egoistycznie czerpie się korzyści); są jakieś ramy działania wyznaczone przez sumienie, zaś zło, zło po prostu nie zna i nie ma granic.

A nawiązując do cytatu zawartego w tytule wpisu: jeśli człowiek sięga dna, to znaczy, że coś sobie uzmysławia, namacalnie dotyka (może coś dotknęło go osobiście? coś wstrząsnęło?), czuje, rozważa, ustala cele, wyraża chęć zmiany, tworzy podstawę, by odbić się od najgorszego, natomiast ten, który wygodnie rozsiada się na powierzchni ohydy, napawa nią, bryluje w niej jest otwarcie zadowolony z tego jak jest, więc po cóż miałby coś zmieniać?

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Skomentuj

Muffiny jak hot cross buns

Świąteczny przepis na lekko korzenne, słodkie, z wierzchu pociągnięte morelową konfiturą i przyozdobione cytrynowym lukrowym krzyżem muffiny, wykonane na wzór angielskich wielkanocnych bułeczek, które przypadną do gustu zwłaszcza tym, lubiącym wypieki najeżone bakaliami, bo jest tu ogrom suszonej żurawiny oraz rodzynków ;)

Przepis na muffiny jak hot cross buns (12 sztuk ) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 370 g mąki pszennej (tortowej)
  • 200 g cukru
  • 2 jajka
  • 165 ml oleju słonecznikowego
  • 250 ml maślanki (kefiru lub zsiadłego mleka)
  • 135 g suszonej żurawiny
  • 150 g rodzynków
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 0,5 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Lukier cytrynowy:

  • 80 g cukru pudru
  • 1 łyżka soku z cytryny

Dodatkowo:

  • konfitura morelowa

Sposób przygotowania:

Suszoną żurawinę oraz rodzynki zalać wrzątkiem – odstawić na 10 minut.

Wszystkie składniki wrzucić do miski i wymieszać, a na sam koniec połączyć je z odsączonymi bakaliami.

Gotowym ciastem wypełnić papilotki do muffinów.

Piec około 25 minut, w temperaturze 165°C

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu posmarować podgrzaną konfiturą morelową, a na niej, przy pomocy rękawa cukierniczego, okrągłą tylką, wycisnąć z lukru (cukier puder wymieszać z sokiem z cytryny) wzór w kształcie krzyża.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wilgotna babka kakaowa na Wielkanoc

Jeszcze jeden przepis na genialną babkę wielkanocną – tym razem w wersji kakaowej, wszakże nie ma ona nic wspólnego z ciężkimi, gliniastymi ciastami czy tymi suchymi niczym wiór: jest wilgotna, mocno kakaowa, wręcz wykwintna, z wierzchu oblana polewą z gorzkiej czekolady i dla nadania świątecznego akcentu ozdobiona jajeczkami, choć jest na tyle uniwersalna, że można ją piec na wiele innych okazji, nawet na śniadanie lub podwieczorek  ;-)

Przepis na wilgotną babkę kakaową (forma o średnicy 25 cm ) (Przepis na babkę pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

Babka:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1 szklanka cukru
  • 2/3 szklanki gorzkiego kakao
  • 6 jajek
  • 1 szklanka oleju słonecznikowego
  • 0,5 szklanki wrzątku
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

Polewa czekoladowa:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 8 łyżek mleka
  • 1 łyżka masła

Dodatkowo:

  • czekoladowe jajeczka (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

Jajka zmiksować z cukrem na jasnożółtą, puszystą masę, po czym, w dalszym ciągu miksując, wlać olej oraz wrzątek. Następnie wsypać mąkę przesianą z proszkiem oraz gorzkim kakao – połączyć.

Ciasto przelać do formy na babkę wcześniej wysmarowanej masłem i oprószonej mąką.

Piec około 40-45 minut ,w temperaturze 180°C

Wyjąć. Wystudzić. Oblać polewą (zagotować wyżej podane składniki) i ozdobić jajeczkami.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Wielkanocna babka Bounty

Pierwsza (przed)wielkanocna babka za mną i już warta polecenia, bo jest naprawdę wspaniała: wilgotna, mięciutka, puszysta, delikatna, taka piankowa, rozpływająca w ustach, słodka (ale nie przesadnie), o wyraźnym kokosowym smaku, co w połączeniu z gęstą, lśniącą, gładką polewą czekoladową przypomina popularnego batona Bounty ;-)

Przepis na babkę Bounty (forma o średnicy 25 cm ) (Przepis na babkę pochodzi z bloga: http://ilovebake.pl/, a na polewę czekoladową z: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html)

Składniki:

Babka:

  • 3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 255 g masła (miękkiego)
  • 1,5 szklanki cukru
  • 1,5 szklanki maślanki
  • 4,5 jajka (średnie)
  • 1,5 szklanki wiórków kokosowych
  • 1,5 łyżeczki aromatu waniliowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (płaskie)

Polewa czekoladowa:

  • 6 kostek mlecznej czekolady
  • 2 łyżki masła
  • 4 łyżki mleka
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 3 łyżki gorzkiego kakao

Dodatkowo:

  • wiórki kokosowe (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Masło chwilę zmiksować, następnie wsypać cukier i miksować aż do uzyskania jasnego puchu, po czym cały czas mieszając, dodać aromat waniliowy i po jednym jajku. Dalej, naprzemiennie, wsypywać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i wlewać maślankę. Na sam koniec wmieszać wiórki koksowe.

Tak przygotowane ciasto przelać do formy na babkę wcześniej wysmarowanej masłem i oprószonej mąką.

Piec około 1h ,w temperaturze 180°C (ja piekłam jakieś 10 minut dłużej – trzeba sprawdzać patyczkiem)

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu oblać polewą (wszystkie składniki zagotować) i oprószyć wiórkami kokosowymi.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Przeżywam wszędzie na świecie taki sam konflikt: między gorącem bliskości a zimnem izolacji” – „Kamyki w brzuchu” autorstwa Jona Bauera

Deszcz ugasił tlące się jeszcze od wczorajszego wieczora nastoletnie ogniska: te pierwsze, wiosenne, pachnące dymem, młodością, beztroską, szaleństwem i spaloną kukurydzą.

Do retrospektywnych strzępów doklejono świeże, obficie zalane tanim winem z plastikowej butelki, smakiem przypadkowych namiętności i melodii płynących z gitarowych strun, bo wśród tłumu dojrzewających zawsze jest ktoś, kto idzie z gitarą przez życie, niedbale zarzucając przez ramię duszę.

Rozchylając błękitniejącą kurtynę nieba łypie iskrzącym okiem zaspane słońce, niechętnie powracając do bardziej tkliwego muskania złotymi koniuszkami.

Rozkołysana pogoda – rozkołysane życie: równowagi niewiele, pewności ani trochę.

Na chodniki wygramoliły się prążkowane dżdżownice, wijąc między labiryntem obślizgłych ślimaków.

Przeleciał motyl, trzepocząc skrzydłami o wolności.

A ja stoję wśród tego wszystkiego z kubkiem gorzkiej zielonej herbaty i tak sobie myślę, że czas wcale nie goi ran, nawet nie osusza łez, lecz zwyczajnie kończy się ich zasób; później wypłakane jezioro od czasu do czasu namoknie wspomnieniami, w tych chwilach szczególnie znaczących, najtrudniejszych.

Nie każdy potrafi być takim i żyć tak, by jego brak powodował mimowolny szloch, niewymuszony sytuacją również na pokaz społeczności i Samemu Bogu wystękaną etykietą, tym co wypada a co nie – wypada być człowiekiem, zaś Boga nie oszuka nikt.

A to rozpaczliwe łkanie przecina się jednostkowo dramatycznym wyciem, wyciem bezpowrotnej ziemskiej utraty, zżerającą fragment po fragmencie świadomością przemijalności, już niespotkania w doczesności, bezpardonowym wydarciem, pozbawieniem, nieistnieniem, wszczepioną boleścią, pozostawioną pustką, która nigdy nie zostanie wypełniona, bowiem w miejscu sączącej tęsknoty naklejony konkretny, niezastąpiony portret.

Sprawiedliwość występuje tylko w bajkach, żeby był ładny morał, a byt nie jest ładny – ładne mogą być kwiaty, ilustracje, materiały, koraliki, czyny, słowa i ludzka postawa, które potem stają się relikwiami, osobistymi pomnikami, które zostawiamy tutaj po sobie.

Ale jak nauczyć się żyć na nowo, wiedząc, że nie ma? Pisać inny scenariusz? Ciągnąć stary? Coś modyfikować? Czy zupełnie przekreślić? Załamać się? Czy w dalszym ciągu trwać? Nie wiem, po prostu nie wiem.

Nie wie też główny bohater Jona Bauera w książce „Kamyki w brzuchu”, pozostający zresztą do końca bohaterem bezimiennym (choć przez ojca pieszczotliwie nazywany Kajtkiem), czyli pewnie będącym po trosze alter ego samego autora, a po trosze głosem tłumu doznającego czegoś podobnego. Podobnego, to jest śmierci najbliższego, w tym przypadku matki, 62-letniej Mary, umierającej na raka mózgu, do której powraca do Hawke Street Hill, z Kanady, po 7 latach nieobecności (pracował tam jako więzienny strażnik, jednak został oskarżony o pobicie ze skutkiem śmiertelnym człowieka odsiadującego karę za pedofilię, potem oczyszczony, ale zwolniony), by się zaopiekować, spędzić wspólnie ostatnie dni, może coś w tych trudnych relacjach oczyścić, wyjaśnić, uzdrowić.

Pierwszym, co dostrzega po powrocie jest skołowanie w otaczającej rzeczywistości, nawet onieśmielenie własną niezdarnością, mgnieniami zdesperowanie pamięciowymi ubytkami, niemożnością wysłowienia, określenia, niegdyś tak silnej kobiety: teraz nawet najprostsze, najbardziej oczywiste prawdy nie są już dla Mamy pewnikami. Niepostrzeżenie wymyka się z niej tożsamość. Jakby Mama była zamknięta w kajucie statku na pełnym morzu, a dawne czasy ześlizgiwały się z wypolerowanych stołów i roztrzaskiwały na podłodze. Ma wrażenie, ze wszystko dookoła się rusza, dlatego sama chodzi chwiejnym krokiem wokół wszystkiego, czego mogłaby się chwycić – prostuje te wspomnienia, które wiszą na jednej ścianie, podczas gdy te z drugiej ściany spadają i się rozbijają. Prawie znajome twarze patrzą spod potłuczonego szkła.

Bo w chwili obecnej bohater ma 28 lat i z tej pozycji  lustruje, acz w swojej opowieści wraca do okresu, gdy miał ich 8 – właśnie wtedy zaczął czuć się kompletnie bezwartościowy. W głównej mierze przyczyniła się do tego decyzja rodziców (zwłaszcza matki) o utworzeniu tymczasowej rodziny zastępczej dla chłopców pokrzywdzonych, znajdujących na zakręcie, w ciężkiej kondycji rodzinnej, ponieważ uważa, że ten, kto ma dobre serce, pomaga. Niestety zaślepiona misją zaczyna zapominać o własnym, łaknącym jej uwagi dziecku, wręcz szalenie głodnym zainteresowania, bowiem sądzi, że nie jest wystarczająco połamane przez los; a ona przecież chce zbawiać świat, więc pochylać nad tymi dotkniętymi, choć przecież: nie ma dobrych ani złych ludzi, są tylko ludzie, którzy postępują dobrze albo źle. Raz tak, raz tak (…) Nie istnieje coś takiego jak szczere współodczuwanie. Jest tylko pozorowana empatia. Jedynie okruchem siebie potrafimy czuć to, co odczuwa drugi człowiek (…) Drugiego człowieka poznaje się naprawdę, obserwując go, kiedy ma władzę i kiedy jest jej zupełnie pozbawiony. I absurdalnie się w tym posłannictwie zapętla, bo obojętnością, lekceważącymi incydentami, gestami, wypowiedziami, brakiem czułości, nieprzychylnym tonem rani syna potwornie, na całe życie, a ponieważ ten odznacza się ogromną wrażliwością, to każdą szorstkość odbiera intensywniej, przez co w przyszłości staje się gniewem, rozpadem, zaniedbaniem, plamą przeszłości – koniec końców to mężczyzna wiecznie sfrustrowany, zgnębiony, oschły, lękający jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Owszem, uwodzi kobiety, ale wyłącznie po to, żeby pieszczotami oraz westchnieniami zapewniały o jego niewinności, jako że wszystkie przejawy akceptacji, łaski i uznania są niczym wybaczenie; wybaczenie przejawu okrutnej zazdrości, która przemieniła się w agresję, bo pewnego dnia zdecydował się wjechać rowerem w drabinę, gdzie stał znienawidzony, bo faworyzowany Robert, trzymający elektryczne nożyce do obcinania żywopłotu, co skończyło się upadkiem, skazującym go na trwałą niepełnosprawność, w efekcie której stracił sprawność psychoruchową, także odporność, a po 6 latach męki zmarł na zapalenie płuc – otwarcie się do tego nie przyznał, ale zdaje się, że ojciec coś przeczuwał, jednak postanawił go kryć; jest zupełnie inny niż żona, bo dostrzega emocjonalność swojego dziecka i okazuje mu przywiązanie (wstrętne fatum zabiera go w trakcie oglądania prognozy pogody, w wieku zaledwie 64 lat).

Ale malec i tak oczami wodzi za matką, z którą utyka gdzieś na pustyni swojego dzieciństwa, co w życiu dorosłym stale gnębi, a to wewnętrzne rozpatrywanie, powracanie, zatruwanie zwyczajnie męczy, czyniąc go osobnikiem zagubionym, chwiejnym, a przede wszystkim mocno osamotnionym z czego doskonale zdaje sobie sprawę, bo stwierdza: samotność, która jest we mnie, nie polega tylko na tym, że jestem sam. Chodzi też o to, z czym zostaję sam, kiedy zostaję sam. Poza tym nie umiem być sam z tymi wszystkimi rzeczami, z którymi zostaję sam.

I przebywając z upragnioną, cierpiącą matką miesza współczucie z chęcią wykorzystania słabości, dominacji, odegrania za obcesowość, budzi się trwoga, jednocześnie wrogość, popychając do kilku nieprzyjemnych postępków, co do naturalności których tak naprawdę nie ma pewności, bo sam jest niestabilny, zaburzony, do tego na zmianę taszczy w brzuchu wielkiego węża lub nieznośny kamień tego, co było kiedyś.

Taki kamień dźwiga też matka, bo kiedyś, niecałą dobę po porodzie, straciła dziecko, Michaela, a to zasmucenie za noszonym 9 miesięcy pod sercem nieutulonym maluchem, nie pozwalając zapomnieć trochę otępia, o czym mistycznie napomyka ksiądz, bo mówi, że wie, że każda matka ma w brzuchu taki kamyk. Że wie, że wszystkie matki noszą takie kamyki tam, gdzie kiedyś nosiły dzieci. I że te matki są bardzo dzielne, dlatego że mają te kamyki. I że już zawsze będą nosiły w brzuchu te kamyki zamiast dzieci, które straciły. I niby każda stoi osobno, ale wszystkie łączy płacz, łączy wspólny dramat, już na wieki. I każda targa ten kamień, pielęgnując żal, powodujący niestrawność codzienności, znużenie, rozpaczliwie poszukując sposobów na otrzeźwienie.

Takich środków, impulsów wypatruje też główny bohater, chcąc wyzwolić z sideł męczącej przeszłości, apatii, tego, co zostało z niewyrażonego. I częściowo udaje mu się po śmierci Mary, której rzekomo się spodziewał, ale jednak zaskoczyła, sprawiając, że dom pękał w szwach od ciszy: chociaż umarła, wyglądała tak, jakbym ją dopiero co poznał. Tak, jak widział ją Robert po raz pierwszy. Tak, jak prawdopodobnie widziała ją dziewczyna w kasie supermarketu albo chirurg, który operował jej mózg. Tak, jak wygląda twarz, zanim się ją pokocha. Twarz, w której przypadku nawet po wielu latach da się wciąż od czasu do czasu przywołać obraz, jaki miała, kiedy była nam obca. Chyba na tym właśnie polega niepowtarzalność naszych rodziców – że nigdy nie prześladuje nas inna twarz sprzed czasów, zanim stali się naszymi rodzicami. Nasi rodzice po prostu są nasi od zawsze, jakoby wyrywając go z letargu: po pierwsze wycisnęła niespodziewane łzy, naznaczone żądzą desperackiego krzyku, po drugie uświadomiła, że tak właściwie to on nie posiada tożsamości: jestem wszystkim, co zostało, dalej pokazała, iż pod wpływem prywatnego dramatu zewnętrzny świat nie ulega zmianie, to dotyczy tylko nas, co więcej uprzytomniła, iż porównywanie się nie przynosi żadnych owoców, również dała nadzieję, że nigdy nie tracimy innych ludzi całkowicie. Oni się w nas zakorzeniają, wszędzie zostawiają po sobie mnóstwo śladów, a gdy w roztargnieniu, niemocy, wynikającej z zaznania utraty przeglądał matczyny pokój, znalazł pudełko, a w nim całe swoje dzieciństwo: każdy rysunek, każde, nawet najgorsze świadectwo, wypełniona pierwsza książeczka dziecka, a w niej zapiski o tempie wzrostu, pierwszym pokarmie stałym, raczkowaniu, kosmyk włosów. Zdjęcia mnie w łóżeczku dziecinnym. Jest też parę zębów mlecznych. Łapała każdą kroplę mojego dzieciństwa. Kartka z moim »Osamotnym« wierszem, na której ciągle widać załamania, po tym jak go pomięła. Wstążki z dnia sportu. Odsuwam na bok kolejne rysunki, jakieś bazgroły, ręcznie robione kartki urodzinowe, wreszcie znajduję przewodnik po Kanadzie, który sam otwiera się na mieście, z którego przyjechałem. Jest też nawet broszura o karierze zawodowej w więziennictwie. Mimowolnie wydaję dźwięk na myśl o tym, że starała się zrozumieć moje życie. I o tym, że ona żyła tutaj samotna i smutna. A ja tam samotny i smutny. I obrażony.

I właśnie to odkrycie skłania do refleksji czy to, co się w nim działo przez lata faktycznie było spowodowane brakiem troski, czy może jego personalną zawiścią? Nie wiem co jest prawdą: ich zaniedbanie czy moja zazdrość. Co faktycznie miało miejsce? Czy tylko moja zazdrość, czy również zaniedbanie?

Ale jedno jest pewne: „Kamyki w brzuchu” to doskonałe studium dziecka, pokazujące jak dzieciństwo przekłada się na dorosłe życie, jak ciężko się od niego oderwać, jak bardzo może zdeformować człowieka, niszcząc jego doczesność, w której później nierytmicznie funkcjonuje jako osobnik chorobliwie zdystansowany, nieszczęśliwy, samotny, nie potrafiący nawiązywać kontaktów, zdefiniować siebie, znaleźć własnego miejsca. Ta książka aż kipi od pacholęcej, nieugłaskanej, niewyciszonej zazdrości, wynikającej z niezrozumienia, która szuka ujścia w agresywnych, nierzadko sadystycznych zachowaniach, zaburzając granice dobra i zła. To ogromna przestroga dla rodziców, by zwracali uwagę na to, co i jak mówią oraz robią w odniesieniu do swoich niezwykle przeczulonych na gesty i słowa latorośli, by nigdy nie spychali ich na drugi plan, nie bagatelizowali małych-wielkich problemów, skrupulatnie, ale na miarę wieku, tłumacząc dane okoliczności, a przede wszystkim, by nigdy nie zasiali w nich myśli, że są niekochane, bo właśnie z braku miłości dzieją się najgorsze rzeczy.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Delikatne ciasto kokosowo-cytrynowe

Szybki przepis na szybkie, ale naprawdę smaczne ciasto skierowane do miłośników kokosa: delikatny, wręcz bajecznie miękki biszkopt, przełożony lekko kwaskową masą kefirowo-śmietanowo-kokosowo-cyrynową, z wierzchu oprószony podprażonymi na suchej patelni wiórkami – taki chrupiący akcent. Myślę, że fajnie byłoby je urozmaicić na przykład smarując wcześniej blat (który można, ale z umiarem, nasączyć sokiem z cytryny albo i wódką cytrynową) jakimś jasnym dżemem, choćby morelowym lub ananasowym, czego akurat ja nie uczyniłam, ale w przyszłości nie omieszkam ;)

Odsyłam jeszcze do innego cytrynowego, równie piankowo-subtelnego przepisu na Cytrynowy puch

Przepis na delikatne ciasto kokosowo-cytrynowe (blacha o wymiarach 34x25cm ) (Przepis pochodzi z bloga: http://mojeciacho.pl/)

Składniki:

Ciasto:

  • 3/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 3/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 1 szklanka cukru
  • 7,5 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Masa kokosowo-cytrynowa:

  • 0,5 litra kefiru
  • 0,5 litra śmietany 30%
  • 300 g wiórków kokosowych (tych grubszych)
  • 2 galaretki cytrynowe*
  • 2 szklanki wrzątku
  • 7 łyżek cukru pudru

*w wersji wegetariańskiej te na agarze; akurat cytrynowy jest łatwo dostępnym smakiem

Dodatkowo:

  • 100 g podprażonych na patelni wiórków kokosowych (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Białka ubić ze szczyptą soli na sztywno, potem, małymi porcjami, cały czas miksując, wsypywać cukier, dalej wlać żółtka – połączyć. Na sam koniec wmieszać obie mąki przesiane z proszkiem do pieczenia.

Ciasto wlać do blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 30 minut, w temperaturze 190°C

Wyjąć. Wystudzić. Przekroić na dwa blaty (w tym, że ta dolna część powinna być trochę grubsza).

Masa kokosowo-cytrynowa:

Wiórki kokosowe zalać kefirem – odstawić na 2h.

Galaretki rozpuścić w 2 szklankach wrzątku – schłodzić i wlać do pozostałej masy, gdy stężeją tak w 80%.

Śmietanę ubić z cukrem pudrem na sztywno, połączyć z tężejącą galaretką, następnie dodać wiórki zalane kefirem – zmiksować (jeśli masa wydawałaby się jeszcze zbyt rzadka, to należy na chwilę włożyć ją do lodówki).

Wykonanie:

Na ten grubszy blat wyłożyć 3/4 masy kokosowo-cytrynowej, przykryć drugim blatem, rozsmarować resztę masy i oprószyć podprażonymi na suchej patelni wiórkami kokosowymi.

Schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Stefanka

Dzisiaj przepis na weselno-świąteczno-urodzinowe ciasto, czyli Stefankę: miodowe blaty (z poniższego przepisu absolutnie nie wychodzą twarde), dla dodania kwaśnego akcentu posmarowane powidłami śliwkowymi, przełożone masą grysikową, do której postanowiłam wlać sok z cytryny, co było bardzo dobrą decyzją, ponieważ dzięki temu nie była mdła, lecz bardzo przyjemna, delikatna, nawet smakiem i konsystencją przypominająca budyń, z wierzchu zwieńczone gładką polewą z gorzkiej czekolady.

Podaję zwiększone proporcje (ciasto i masę wykonywałam z 1,5 porcji, polewę podwoiłam), bo już na oko wydawało mi się, że wszystkiego jest jakoś za mało; i cieszę się, że tak zrobiłam, bowiem wyszło idealne: mięciutkie, ogromne, wysokie, podzielne, rodzinne, pyszne, do tego doskonale się kroi ;)

Tutaj jeszcze linki do innego ciasta na bazie miodowych blatów, mianowicie orzechowca:

1. Orzechowiec

2. Wegański orzechowiec

Nawiasem: same blaty można przygotować nawet tydzień wcześniej i odłożyć przykryte ręczniczkiem w jakieś wilgotne miejsce. Można też zamrozić już upieczone, a wieczorem przed przełożeniem masą wyjąć i pozostawić w temperaturze pokojowej aż do całkowitego rozmrożenia. Co więcej, ciasto naprawdę długo zachowuje świeżość: u mnie, naturalnie w lodówce, ostatni kawałek został skonsumowany po miesiącu i w dalszym ciągu nie był zepsuty, poważnie.

Przepis na Stefankę (blacha o wymiarach 34x25cm ) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 750 g mąki pszennej (tortowej)
  • 1,5 szklanki cukru
  • 300 g masła (miękkiego)
  • 3 jajka
  • 3 łyżki miodu (płynnego)
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej

Masa grysikowa:

  • 1,5 litra mleka
  • 14 łyżek kaszy manny
  • 300 g masła
  • 1,5 szklanki cukru
  • 1,5 opakowania cukru waniliowego
  • sok wyciśnięty z 1 cytryny

Polewa czekoladowa:

  • 200 g gorzkiej czekolady
  • 80 g masła

Dodatkowo:

  • 1 słoik powideł śliwkowych

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Masło utrzeć z cukrem na puch, po czym wlać miód – zmiksować. Następnie wbić jajka – połączyć. Na sam koniec wsypać mąkę przesianą z sodą oczyszczoną – zagnieść.

Ciasto podzielić na 3 równe części – każdą z nich rozwałkować i umieścić w blaszkach wcześniej wyłożonych papierem do pieczenia.

Piec około 15 minut, w temperaturze 160°C (oczywiście każdą należy piec osobno, do zezłocenia)

Wyjąć. Wystudzić.

Masa grysikowa:

Mleko zagotować z cukrem, cukrem waniliowym oraz masłem. Na chwilę odstawić, wsypać kaszę, energicznie wymieszać i pogotować do momentu otrzymania konsystencji budyniu. Lekko przestudzić, następnie wlać sok z cytryny – wymieszać.

Podzielić na dwie równe części.

Polewa czekoladowa:

W niedużym garnuszku roztopić masło, wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos.

Wykonanie:

Pierwszy blat posmarować powidłami śliwkowymi, wyłożyć połowę masy grysikowej, przykryć drugim blatem, posmarować powidłami śliwkowymi, wyłożyć pozostałą część masy grysikowej, przykryć trzecim blatem i równomiernie rozprowadzić polewę czekoladową.

 

 

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj