A mojej mamie zawiozłam letni tort: czekoladowy z truskawkami zalanymi galaretką + przepisy na inne wyśmienite torty i ciasta tortowe

Grzybki grzybkami, ciastka ciastkami, ale ja mojej mamie chciałam zawieźć coś większego, bardziej eleganckiego, podzielnego, tortowego, więc gdy ujrzałam pierwszy rozłożony w tym roku stragan ze świeżymi, pachnącymi latem truskawkami, od razu pomyślałam o mięsistym (w żadnym wypadku gliniastym), mocno czekoladowym cieście nasączonym ostatnio nabytym likierem o smaku mango (jest naprawdę bardzo owocowy), przełożonym gęstym kremem z dodatkiem Nutelli, z całą masą czerwoniutkich, soczystych truskawek właśnie, zalanych wiśniową galaretką ;)

Dodatkowo postanowiłam umieścić tutaj listę wszystkich dostępnych na blogu tortów oraz ciast tortowych, które z całego serca polecam na te większe i mniejsze okazje ;)

Przepis na letni tort: czekoladowy z truskawkami zalanymi galaretką (tortownica o średnicy 27 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty: podwoiłam składniki na ciasto, dodałam krem)

Składniki:

Ciasto:

  • 2 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1 szklanka gorzkiego kakao
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 1 i 1/3 szklanki cukru
  • 140 ml oleju słonecznikowego
  • 1 szklanka śmietany 18%
  • 1 szklanka mleka
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki aromatu waniliowego

Krem czekoladowy:

  • 400 ml śmietany 36%
  • 250 g serka mascarpone
  • 4 łyżki Nutelli
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 2 fixy do śmietany

Dodatkowo:

  • 4 galaretki o smaku wiśniowym: każda na 500 ml wody (rozpuszczone w 6 szklankach wrzątku – szklanka o pojemności 250 ml)
  • 500 g świeżych truskawek
  • likier o smaku mango

*w wersji wegetariańskiej należy oczywiście użyć galaretki z karagenu lub agaru – akurat wiśniowy jest łatwo dostępnym smakiem, podobnie jak truskawkowy

Sposób przygotowania:

Mleko podgrzać. Do gorącego wrzucić połamaną czekoladę, wymieszać aż do jej rozpuszczenia – ostudzić.

Jajka utrzeć z cukrem na jasną masę, po czym wlać olej, śmietanę i aromat – zmiksować, potem, cały czas miksując dodać wystudzone mleko.

Następnie wsypać mąkę przesianą z gorzkim kakao, sodą oraz proszkiem – krótko wymieszać ręcznie, szpatułką, tylko do połączenia się składników.

Ciasto przelać do wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy.

Piec około 35-45 minut, w temperaturze 160°C (do tzw. suchego patyczka: więc może być nawet trochę dłużej – trzeba sprawdzać)

Wyjąć. Wystudzić. Przekroić na dwa blaty (jeśli ciasto wyrośnie z górką należy ją ściąć – dla wyrównania).

Pierwszy blat nasączyć likierem o smaku mango, dalej rozsmarować czekoladowy krem (kremówkę ubić na sztywno z fixami, dodać serek mascarpone, Nutellę i dosłodzić cukrem pudrem – wymieszać), przykryć drugim blatem (który od spodu – nie z wierzchu, gdzie będzie lana galaretka, również należy nasączyć likierem), poukładać pokrojone truskawki i zalać dobrze tężejącą galaretką (gdy będzie zbyt płynna wsiąknie w ciasto) – schłodzić.

Przepisy na inne wyśmienite torty i ciasta tortowe:

1. Elegancki Tort Szwarcwaldzki (Black Forest Cake)

2. Delikatny tort waniliowy z truskawkami

3. Tort jagodowy

4. Piętrowy tort mocno czekoladowy z malinami

5. Tort śmietankowo-jeżynowy z bezami

6. Jeżynowa pianka

7. Przepyszny torcik agrestowy

8. Cytrynowy puch

9. Charlotte z owocami

10. Musowy tort potrójnie czekoladowy

11. Miętowo-czekoladowy tort

12. Halloweenowy tort piernikowy z kremem dyniowym

13. Tort Oreo

14. Tort Raffaello

15. Mini torcik urodzinowy (obklejony czekoladowymi paluszkami)

16. Marchewkowy torcik z orzechami włoskimi i śliwkowymi powidłami

17. Torta alla Gianduia (Nutella cake)

18. Ciasto tortowe w postaci kostki hiszpańskiej

19. Tortowa kostka cappuccino

20. Leśny mech prawie jak tort

21. Straciatella z jeżynami

22. Porzeczkowiec

23. Słonecznikowiec

24. Delicja w wersji XXL

25. Coś wytrawnego: tort ziemniaczano-pieczarkowy

 

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

A jeśli już serca, to może kawowe z Nutellą?

Jeśli ktoś jednak koniecznie pragnie mamie podarować słodkie serduszko, to proponuję ten oto przepis na błyskawiczne, maleńkie, urocze, kruchutkie, maślane, chrupiące ciasteczka. A jeśli mama lubi kawę, to będą istnym rajem dla podniebienia, ponieważ tak właśnie smakują: jak najwspanialsza filiżanka tego naparu, dodatkowo przegryzana czekoladową pralinką ;)

Przepis na kawowe serca z Nutellą (około 30 sztuk – już złożonych) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/)

Składniki:

Ciasto:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 100 g cukru
  • 180 g masła
  • 1 jajko
  • 3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej (użyłam „Nescafé Sensazione Créme”)

Dodatkowo:

  • Nutella

Sposób przygotowania:

Z podanych składników zagnieść ciasto, rozwałkować na grubość około 3mm i wyciąć foremką serduszka.

Piec około 12-15 minut, w temperaturze 170°C

Wyjąć. Wystudzić. Przełożyć Nutellą.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

A gdyby tak z okazji Dnia Matki grzybki zamiast serc…?

Wielokrotnie przeglądałam przepis na grzybki, ale jakoś nigdy nie mogłam się zabrać za ich wykonanie, bo przerażał mnie fakt, iż są naprawdę pracochłonne, ale ponieważ wielkimi krokami zbliża się Dzień Matki, to z tej okazji postanowiłam je upiec; właśnie dlatego, że wymagają tyle trudu ;)

Same grzybki to nic innego jak kruchy trójwymiarowy wypiek wypełniony aksamitnym kremem maślano-budyniowym (polecam do jego wykonania użyć tego specjalnego budyniu do ciast i kremów, który jakiś czas temu wypuściło WINIARY, bo jest znacznie lepszy: taki gęsty, gładki, delikatny); ja dodatkowo wzbogaciłam wnętrze o dżem lub konfiturę z owoców leśnych, by pojawił się jakiś kwaśny akcent. Kapelusze są z wierzchu oblane błyszczącą polewą czekoladową, zaś dolna część nóżki obtoczona w suchym maku, co genialnie imituje wygląd zaraz po wyrwaniu z ziemi.

Bo w zasadzie kto powiedział, że to musi być serce? Serce może być też na kartce lub ozdobnej torebce, lecz najważniejsze, by mocno i szczerze biło w piersi, a ten rytm niech przekłada się na piękne słowa i gesty ;)

Przepis na grzybki (około 25 sztuk) (Przepis na samo ciasto pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty, reszta zmodyfikowana)

Składniki:

Ciasto:

  • 3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g masła
  • 1 szklanka śmietany 18%

Krem maślano-budyniowy:

  • 3 szklanki mleka
  • 2 budynie o smaku śmietankowym
  • 200 g masła
  • 4 łyżki cukru (płaskie)

Polewa czekoladowa:

  • 6 kostek mlecznej czekolady
  • 2 łyżki masła
  • 4 łyżki mleka
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 3 łyżki gorzkiego kakao

Dodatkowo:

  • dżem o smaku owoców leśnych
  • suchy mak
  • 1 białko

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Wszystkie składniki wrzucić do miski, zagnieść z nich ciasto, uformować w kulę, owinąć folią spożywczą – schłodzić w lodówce przez 2h.

Wyjąć. Rozwałkować na grubość około 3 mm i wykrajać:

1. Kapelusze przy pomocy szklanki – potem nałożyć je na zewnętrzną część małych foremek do babeczek (foremki trzeba wcześniej posmarować masłem i oprószyć mąką) i uformować tak, by kształtem przypominały półkoliste kapelusze.

2. Spody foremką do babeczek, a na środku (najlepiej nakrętką od wódki) zrobić dziurkę na nóżkę.

3. Nóżki uformować ze skrawków; należy pamiętać, że jeden koniec musi być węższy, by pasował do otworu w spodzie kapelusza. Następnie dolną część posmarować białkiem i obtoczyć w maku (ma przypominać ubrudzone ziemią nóżki grzybów).

Piec około 20 minut, w temperaturze 180°C (muszą się delikatnie zezłocić)

Krem maślano-budyniowy:

2 szklanki mleka zagotować z cukrem, po czym wlać rozprowadzone w pozostałej szklance budynie. Do ciepłego budyniu wrzucić masło i zmiksować na gładki krem.

Wykonanie:

Kapelusze grzybów napełnić najpierw 1 łyżeczką dżemu, a następnie kremem. Zamknąć spodami, a do otworków wsunąć nóżki. Kapelusze pokryć z wierzchu polewą czekoladową (powstałą z zagotowania podanych składników).

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Miejsca, w których zatrzymał się czas: Sandomierz, Kazimierz Dolny, Janowiec i Ujazd

Są takie miejsca, gdzie zatrzymano zegarki, więc czas znajduje się poza własnym zasięgiem: cisza spływa po wiekowych murach, przysiada na czarującej ławeczce, rozkłada wśród błękitnych niezapominajek i nakazuje trwać bez pospiechu, wyostrzając zmysły na to, co piękne i bardziej wartościowe. Owym zakątkiem może być zacieniony zagajnik, ukwiecona łąka, schody za pamiętnym gimnazjum, posplatana lianami puszcza, pofałdowana piachem pustynia, oznakowana palmą wyspa, pagórek, dolina, coś odległego lub znacznie bliższego – i My właśnie na takie rodzime postawiliśmy, udając się na krótki wypoczynek do Kazimierza Dolnego, zahaczając również o Sandomierz, Janowiec i Ujazd.

Podróż, gdyby nie wstrętne słońce, wsadzające złote paluchy do oczu, przebiegła bezproblemowo (mimo że siedzenie praktycznie w jednej pozycji przez ponad 5h do komfortowych nie należy, to chciałabym by na tym kończyły się ludzkie dramaty, zwłaszcza, gdy pieczętuje je tak cudownie relaksujący efekt). Pierwszym przystankiem było miasto określane Małym Rzymem, bo ulokowane na siedmiu wzgórzach i zaopatrzone w podziemne labirynty (dawne piwnice kupieckie oraz legendarne lochy, udostępnione zwiedzającym), gdzie San domierza do Wisły, czyli Sandomierz – obecnie szczególnie kojarzone z serialem „Ojciec Mateusz”, którego nie było nam dane ujrzeć jak odziany w habit przecina rynek na swym rowerze (ale dla równie zawiedzionych: jest tam wystawa pomieszczeń zaaranżowanych na wzór tych znanych z telewizji, z użyciem oryginalnych elementów scenografii oraz naturalnych rozmiarów postaci woskowe aktorów – taka namiastka, na pocieszenie), ale także między innymi z biskupem krakowskim Wincentym Kadłubkiem (autor kroniki Polski, aktualny patron Sandomierza), Mikołajem Trąbą (doradca Władysława II Jagiełły, później sprawował urząd arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego), Marcinem z Urzędowa (jako jeden z pierwszych napisał dzieło „Herbarz Polski”) czy Mikołajem Gomółką (kompozytor i instrumentalista – stworzył „Melodie na psałterz polski”). Tym, co zasługuje na uwagę jest na pewno: Brama Opatowska (jedyna z czterech, która przetrwała; była jeszcze Lubelska, Zawichojska, Krakowska – służyły do obrony przed wrogiem), Furta Dominikańska (przez wzgląd na kształt zwana Uchem Igielnym; wąskie przejście wybudowane w murze dla mieszkańców, chcących pieszo wydostać się z i wrócić do miasta), Ratusz, Dom Długosza, Kamienica Oleśnickich, Zbrojownia rycerska (można tam nie tylko oglądać, ale i przymierzać stroje), Kościół św. Jakuba (przed nim rosną wiekowe lipy), Bazylika katedralna narodzenia NMP (a przy niej barokowa dzwonnica), Zamek Kazimierzowski (mieści się w w nim Muzeum Okręgowe, a tam szachy z XI lub XII wieku wykonane z rogu jelenia), ważąca 80 kg rzeźba pierścienia z krzemieniem pasiastym, a więc kamieniem optymizmu (jej pomysłodawca to Cezary Łutowicz), Góry Pieprzowe, Wąwóz Królowej Jadwigi, Park Piszczele, Park Miejski, Wzgórze Salve Regina.

Trochę zieleni

I jedna z wielu przeuroczych uliczek

Krzemień pasiasty

Później podążyliśmy bezpośrednio do romantycznego, malowniczego, usytuowanego nad Wisłą Kazimierza Dolnego (nazwa pochodzi jednak od małopolskiego księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który w XII wieku założył tu osadę, z kolei Kazimierz Wielki, będący bohaterem słynnej legendy, jakoby żywił płomienne uczucie do czarnowłosej Żydówki Esterki, wzniósł tutaj zamek, kościół farny i niewielki zameczek dla swojej ukochanej w pobliskiej Bochotnicy), niegdyś w połowie zamieszkiwanego przez ludność żydowską [czego pozostałością są jatki koszerne, drewniane domy, cmentarz ze ścianą płaczu i szykowne, białe spichlerze, w których, w trakcie złotego wieku (przełom XVI i XVII stulecia; wtedy rozwinął się handel) magazynowano zboże], obwołanego miastem artystów: poetów, pisarzy, fotografów, rzeźbiarzy, architektów, muzyków, aktorów teatralnych oraz filmowych, ale głównie malarzy, którzy zachwycili się jego ciepłym, swojskim, jednocześnie egzotycznym nastrojem wprost idealnym do tworzenia znakomitych pejzażów; warto tu wymienić postać Tadeusza Pruszkowskiego (rektor warszawskiej ASP i organizator plenerów stołecznych studentów malarstwa), Antoniego Michalaka, Benedykta Jerzego Dorysa, Jakuba Balina, Edwarda Hartwiga, Jana Wołka, Daniela Olbrychskiego, Marię i Jerzego Kuncewiczów – w bieżącej chwili na te „pędzlowe korzenie” wskazuje cała masa autorskich galerii, które znajdują się dosłownie wszędzie, prawie że jedna przy drugiej.

Wszakże sercem Kazimierza jest oczywiście brukowany renesansowy rynek otoczony z trzech stron kamienicami rodu Przybyłów (zamożni kupcy Mikołaj i Krzysztof), Celejów i Górskich, z ustawioną na środku zabytkową studnią skrytą pod drewnianym daszkiem, wypełniony natrętnie przepowiadającymi przyszłość cygankami, mimami, karykaturzystami, portrecistami, grajkami, straganami, knajpkami, z ustawionym tuż obok brązowym posągiem Króla kundli (historii jest wiele, ale ta najbliższa prawdzie głosi, że jest nim Werniks, przygarnięty przez Zbigniewa Szczepanka, który później, wraz z panem, wyjechał na stałe do Gdańska).

Za dnia

I nocą

A tutaj piesek

Będąc tutaj nie sposób pominąć takich atrakcji jak: Stara Łaźnia (teraz pełni funkcje pensjonatowe i restauracyjne), Synagoga, Kościół farny św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja (są tam jedne z najstarszych organów w Polsce), Gotycki Zamek Królewski, Baszta obronna (wskazywała kapitanom statków drogę do portu), Kuncewiczówka, Muzeum Przyrodnicze, Muzeum Sztuki Złotniczej, Stara Chata (powstała za czasów pierwszego przedstawiciela rodu Kobiałko – twórcy pomnika na Wawelu; istnieje możliwość wynajęcia tam noclegu), Góra Trzech Krzyży (krzyże upamiętniają ofiary epidemii cholery), wąwozy lessowe (najsłynniejszy to Korzeniowy Dół).

Jeden z zachowanych Spichlerzy

Cmentarz żydowski ze ścianą płaczu

Warto, za cenę 15 zł, wykupić sobie godzinny przejazd Eko-Busikiem (Meleksem), który obwozi po jednej z trzech wybranych tras.

No i żal nie popłynąć statkiem (bilet normalny 17 zł, a ulgowy 15 zł) w około 50-minutowy rejs do Męćmierza i z powrotem.

My naturalnie z tej opcji skorzystaliśmy, tyle, że ze stacją w przystani po drugiej stronie Wisły (cena biletu w jedną stronę 7 zł), skąd mieliśmy specjalną ciuchcią dociągnąć do Janowca. Właśnie: MIELIŚMY, bowiem jak wysiedliśmy to okazało się, że bajecznie kolorowa ciuchcia przyjedzie, ale tylko wtedy, gdy zbierzemy 10-osobową grupę (w naszym mniemaniu ona miała stać na miejscu, a nie przybywać na telefon)… Skwar, totalne pustkowie, żadnej możliwości transportu, piaszczyste ścieżki

rozległe przestrzenie z suchymi zaroślami (ale na tyle okrutnymi, że nie oferującymi nawet krzty cienia), w których cykały świerszcze

dalej niekończący się rozgrzany asfalt z wijącymi zaskrońcami, ani jednej duszy poza Szanownymi Nami, ja odstrojona w obcasy i krótką skórzaną spódniczkę (bo miałam przecież jechać jak dama, więc mogę), brak kapelusza czy jakiegokolwiek nakrycia głowy, brak wygodnego obuwia, brak okularów przeciwsłonecznych (co prawda nie lubię, ale wtedy bym założyła), jedna butelka wody, perspektywa 3 km nożnym napędem w jedną stronę i przysięgam, że odechciało mi się wszystkiego, a już na pewno zwiedzania usytuowanej na stromej skarpie ruiny zamku  wzniesionego przez hetmana wielkiego koronnego Mikołaja Firleja (następnie przeszedł w ręce Tarłów, w dalszym ciągu Lubomirskich). Szłam niechętnie, wiedząc, że Los bywa znacznie bardziej przykry, stąd postanowiłam skoncentrować się na wesołym świergocie ptaków i otaczających cudeńkach przyrody.

A gdy zaczynałam wątpić w sens tej wyprawy strzelałam sobie selfie…

i obserwowałam jednego z trzech najważniejszych mężczyzn mojego życia jak… grał na „Mirindzie” (nie byle jakiej, bo arbuzowej) zakupionej w asyście cukierków „Kopiko” już w centrum Janowca, które okazało się tak maciupeńką wsią, że miałam wrażenie, iż ktoś wysoki z bardzo długimi kończynami będzie mógł po rozłożeniu rąk dotknąć naraz domów po jednej i drugiej stronie, a maleńkie chateńki głaskać po dachach; tam restauracja jest wielkości baru mlecznego, poczta niczym kiosk, a urząd miasta jak mini market.

Dzielnie, choć ze skwaszoną miną, pod górę, mijając tyci tyci pensjonaciki, i nagle po prawej monumentalny On: Grodzisko jak się patrzy, zaopatrzone w wielopoziomowe krużganki, z których można podziwiać dziedziniec – można, ale ja niestety tłumiłam w sobie taki poziom złości, wynikającej ze zmęczenia, że podziwiać nie potrafiłam, nawet byłam tym widokiem zawiedziona (bilet normalny 12 zł, ulgowy 8 zł).

Tym, co uratowało sytuację był zniewalający park, który prowadził do zamku, poza tym niesamowicie ozdobny Fajans Holenderski

kreacja przywodząca na myśl legendę o Czarnej Damie, czyli Helenie Lubomirskiej, która zakochała się w ubogim rybaku, czemu byli przeciwni jej rodzice, stąd zamknęli ją w komnacie w zachodnim skrzydle, gdzie po upływie kilku miesięcy z rozpaczy popełniła samobójstwo, rzucając się z okna. Ubrana w czarną balową suknię, w szklanej trumnie, została przewieziona do Kazimierza Dolnego, ale wtedy, co noc, jej duch błąkał się po zamkowych pokojach, w związku z tym rodzice postanowili przywieźć ciało i złożyć je w podziemiach miejscowego kościoła, jednak to nie pomogło, bo powolnie krąży po zamku do dnia dzisiejszego

ta panorama z rzepakowymi fragmentami

przemiła pani, która wpuściła mnie do toalety ZA DARMO i mężczyzna, który zlitował się nad Nami i po przepłynięciu promem na drugą stronę za 6 zł – dzieci, młodzież, studenci 4 zł (oczywiście uprzednio musieliśmy ponownie przemierzyć 3 km) podwiózł Nas pod pensjonat (przebywaliśmy w Willi”AHAVA”: polecam, bo właściciele są życzliwi, pokoje śliczne, do tego znajduje się blisko rynku).

Pobyt szczęśliwie zbiegł się z Nocą Muzeów, w trakcie której zawadziliśmy o wystawę czarno-białych fotografii Szymona Brodziaka: nietypowe kobiece akty, ukazujące i kruchość i siłę, jaka w nich tkwi.

Przejrzeliśmy również ekspozycje sztuki złotniczej

oraz intrygującą biżuterię

Tutaj na przykład pierścionki w kształcie stolików z gotową ucztą

Ponadto odwiedziliśmy klimatyczne kawiarnie

Ja…

…a po drugiej stronie On (który zdjęcia chciał uniknąć)

I ponownie

gdzie skosztowaliśmy kilka smacznych kaw/czekolad/herbat/drinków:

Bio cappuccino z zielonym jęczmieniem

Biała mrożona czekolada z wiśniami zatopionymi w winie i gałką malinowo-waniliowych lodów + Kawa latte z winnymi wisienkami, musem z białej czekolady oraz spienionym mlekiem

Biała czekolada z jagodami + espresso z likierem amaretto i białą czekoladą (w kawiarni „Cafe Faktoria”)

Czekolada ze zblendowanymi jagodami oraz sorbetem z czarnej porzeczki + Kawa latte ze spienionym mlekiem i płatkami róży

Herbata „Biały Diament”: biały hibiskus, pączki białych róż, kokos, jaśmin, jabłko (w Herbaciarni „U Dziwisza”)

Likier różany i Absynt (żyłam w przekonaniu, że istnieje jedynie zielona wersja; jest przeraźliwie mocny)

Drink „Pani Bovary” (orzechówka, amaretto, sok bananowy) + Drink „Ania z Zielonego Wzgórza” (wódka, curacao, sok pomarańczowy, lód, cytryna)

Miodolada o smaku miętowym (jak dla mnie zbyt słodka) oraz Lemoniada głogowa

Nabyliśmy piwa o nietuzinkowych smakach: czekolada, gruszka-mięta, kokos, malina-pigwa, śliwka.

Rzecz jasna maślanego koguta, będącego naczelnym kazimierskim przysmakiem (w smaku przypomina chałkę) wymyślonym przez Cezarego Sarzyńskiego.

Nie mogliśmy oderwać oczu od ręcznie robionych czekolad:

Wracając ze spaceru Bulwarem Nadwiślańskim, ocaliliśmy potwornie piszczącą żabkę, której w liściach zaplątała się nóżka.

I spędziliśmy przesympatyczne chwile w towarzystwie samego Krzysztofa Logana Tomaszewskiego (przez wszystkich zapewne kojarzony z tekstem „Już nie ma dzikich plaż”, zwłaszcza w interpretacji Ireny Santor), który w nabytej przeze mnie książce „Najpiękniejsi są kochankowie” zadedykował mi opowiadanie „Aktorka” oraz podpisał w genialny sposób, bo rysunkiem, a Nam, w swojej audycji „Pastelowe piosenki” samodzielnie ułożony, a wykonany przez Bogusława Meca utwór „Stare buty Van Gogha”.

 


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=eGgRL2UragQ)

Ubóstwo życia ludzi,
Pogardę albo śmiech,
Artystę to porusza
Natchnieniem jego jest.
Nad głową granat nieba
I czarne cienie wron,
Za bezkres horyzontu
Nie sięga słaby wzrok.

W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze okazałą ruinę Zamku Krzyżtopór w Ujeździe, będącego dziełem Krzysztofa Ossolińskiego i największą warowną rezydencją magnacką w Polsce (wstęp 10 zł).

A gdy wróciłam w ogóle nie miałam ochoty nastawiać zegarka…

Opublikowano Wszystkie wpisy, Życie | Skomentuj

„Nie przyszedłem, żeby mnie pan leczył. Zjawiłem się, żeby sprawić, by pan się rozchorował” – „Kosmetyka wroga” autorstwa Amélie Nothomb

Szłam w strugach deszczu, mentalnie pytając zduszoną przestrzeń, bo choćbym nawet  krzyczała w głos, to nie otrzymałabym rzetelnej odpowiedzi; a domysły może snuć każdy. Kwiaty pochowały swoje główeczki za płatkowymi ramionami, a bladoróżowe dżdżownice czołgały się z jednej strony chodnika na drugą. Wokół nie było nikogo i ja lubię te momenty, gdy skrawkiem świata kroczę sama: jednocześnie pogrążając w pustce i zamęczając głowę kotłującymi materiami, spekulacjami, fantazjami, prawdziwościami oraz widziadłami. Minęłam starą, dawno zamkniętą hurtownię, której dziedziniec po zbójecku zawalono potłuczonymi butelkami. Szare chmury zlały się z siniejącym niebem. Po prawej stronie prowizoryczny las tworzył surrealistyczne wzory z połamanych gałęzi, gdzieniegdzie tarzających w gęstwinie zielonych pokrzyw. Pachniało kurzem i rozkwitającymi jabłoniami. Miałam wrażenie nadchodzącej burzy. Czas upływał własnym torem, gdzieś obok mnie albo i poza mną. Wyrejestrowałam się z tej całej histerii, dopóki nie wróciłam do domu i z zatroskania psią jelitówką nie przypaliłam garnka z gotującą się marchewką… Teraz stoi zasypany solą, jak się nie uda to wypróbuję sodę, ocet lub proszek do prania, ale nie wiem: czarno to widzę – niemal tak czarno jak to osmalone dno. Ale ja zawsze widzę czarno i mimo że niestety przeważnie mam rację, to ratuję się tym, że w spiekaniu garnków jestem mistrzem, bowiem przeważnie zapominam, że coś wstawiłam, więc cieszę się wprawą w ich reanimowaniu.

Na zewnątrz trzaskało błyskawicami – pierwsza majowa burza, przeczułam – i wtedy pomyślałam sobie, że tak właściwie przysłowie: „Po burzy zawsze wychodzi słońce” to tylko idylliczny fantazmat, pokarm dla nadziei, bo w realnej rzeczywistości tak nie jest, wystarczy dokładniej się rozejrzeć, nadstawić ucho, odczuć albo współodczuć, by uświadomić sobie, że to, iż dzieje się źle wcale nie oznacza, że nie może być jeszcze gorzej, że talon na nieszczęścia wyczerpany – to pusty frazes, podobnie jak: „będzie dobrze” (doprawdy? dajesz taką gwarancję? a na jakiej podstawie? musi być czy fajnie by było? a jeśli nie będzie to co wtedy? ile jest warte twoje przekonanie?) czy „rozumiem cię” (no nie rozumiesz człowieku, bo nie doświadczyłeś tego, co ja, a jeśli nawet, to nie jesteś mną, stąd nigdy jak ja nie poczujesz: jeden się podnosi w tempie błyskawicznym, drugi upada i nie potrafi podnieść, a jeśli jakimś cudem mu się uda, to resztę życia kuleje, z kolei trzeci popełnia samobójstwo, bo każdy jest inny i każdy ma prywatną historię – już naprawdę lepiej powiedzieć: „bardzo mi przykro”).

Nie ustając w niemych zadumach i bulwersacjach, zaparzyłam sobie rozmarynowej herbaty z sokiem grapefruitowo-cytrynowym, na talerzyku ułożyłam niedużą kiść winogrona, po czym sięgnęłam po leżącą na regale książkę i zatopiłam w lekturze: „Kosmetyka wroga” autorstwa Amélie Nothomb.

Jej akcja to zaledwie dwie godziny arcydziwnego, wręcz schizofrenicznego dialogu pomiędzy dwoma mężczyznami: lecącym w sprawach służbowych Jérômem Augustem oraz  nagabującym go Holendrem Textorem Texelem, spędzone 24 marca 1999 roku, na lotnisku, z powodu opóźnionego z niewyjaśnionych przyczyn samolotu do Barcelony. Natręt kompletnie nie zważa, że jego obecność jest irytująca i nawet pomimo ostrych, kpiących słów postanawia nie rezygnować z pogawędki, dodając, że jest zorientowany, iż: rzeczy miłe dla ucha to te, które miłe są dla ducha, niemniej jednak nie można zakazać nikomu mówić, gdyż mówienie nie jest zabronione. W związku z tym, po stwierdzeniu, że: moja służba jest zbyt tajna jak na tajne służby wyjaśnia, iż atakuje jego słuch, bo jest on tym ze zmysłów, posiadających najmniejszą możliwość obrony, potem uzupełnia, że, by tortura była skuteczna, należy ograniczyć się do jednej ofiary. Dalej rozprawia nad etymologią własnego imienia, nad jego brzmieniem w połączeniu z nazwiskiem, pyta czy tamten ma kłopoty w pracy, wytyka mu, iż podróżuje w interesach, więc to raczej „delegacja handlowa”, sprowadzająca głównie do pieniędzy, również nadmienia, że wzrusza go w nim pewien postrzegalny element uległości, dodatkowo zdradza, że jest jansenistą, że nie do końca wierzy w Najwyższego, prędzej w kogoś w rodzaju wroga:

Dowody na istnienie Boga są niepewne i okropnie wysublimowane, dowody na jego władzę jeszcze bardziej liche. Dowodów na istnienie wroga wewnętrznego jest mnóstwo, a świadectwa jego władzy są wręcz druzgocące. Wierzę we wroga, ponieważ każdego dnia i każdej nocy napotykam go na swojej drodze.

Zwierza się także, że zawsze był wyobcowany, nielubiany przez rówieśników, stąd kiedyś modlił się gorliwie o śmierć popularnego, bo znakomitego z gimnastyki Franca i tamten nagle odszedł na serce, ale czuł z tego powodu zaledwie niewielką skruchę, wstyd,  bo jego sumienie nie było przygotowane do takiej sytuacji, zresztą dorośli uczą dzieci mówić starszym »dzień dobry« i nie dłubać w nosie; nie uczą ich jednak, żeby nie zabijały kolegów z klasy, a on nawet nie miał rodziców, bo powiesili się razem w salonie na belce stropu, stąd wychowali go dziadkowie, którzy poniekąd przyczynili się do obudzenia w nim wewnętrznego wroga (kazali mu mieszać ryż z rybną karmą dla kotów, czego szczerze nienawidził, aż z tego obrzydzenia, bezradności absurdalnie zaczął się nią objadać: wyraźnie czułem, że to nie ja chcę jeść to obrzydlistwo, tylko zmusza mnie do tego jakaś siła wyższa), a jest nim ten, kto od środka niszczy wszystko, co posiada jakąkolwiek wartość. Ten, kto ukazuje człowiekowi rozkład ukryty w każdym przejawie rzeczywistości. Ten, kto ujawnia mu nikczemność jego i jego przyjaciół. Ten, kto w piękny dzionek znajdzie zawsze znakomity powód, by dręczyć. Ten, kto budzi się z obrzydzeniem do siebie samego, który popchnął go do kolejnego przestępstwa, poza tym poczucie winy z powodu popełnionej zbrodni ma to do siebie, że się nie kumuluje. Nie uważa się, żeby zabicie stu ludzi było czymś gorszym niż zabicie jednego człowieka. Po zabiciu jednego człowieka nagle przestają istnieć powody, dla których należałoby sobie odmówić zabicia stu: najpierw zgwałcił piękną nieznajomą na cmentarzu Montmartre (w końcu dopadłem ją i przewróciłem na ziemię. Czułem jej pełne wściekłości przerażenie i niezmiernie mnie to podniecało. Był październik, noce zimne. Posiadłem ją na opadłych liściach. Byłem cnotliwy, ona nie. Powietrze było rześkie, w tym niesamowitym miejscu moja cudowna ofiara wyrywała się. Coś wspaniałego), a gdy po długich, metodycznych poszukiwaniach paryskich dzielnic i uliczek (bo oszalał z miłości do niej), natknął się na nią dziesięć lat później na bulwarze Menilmontant, wiedząc, że nie sprawi mu przyjemności odwetem gwałtu poprosił, by w akcie rozwiązania zastępczego, z wzajemności odebrała mu życie (pragnął jakiekolwiek reakcji) – odmówiła, wobec tego on zabił ją, ale tutaj niestety odczuł wyrzuty sumienia:

Skąd mogłem wiedzieć, że to morderstwo nie sprawi mi przyjemności? By się przekonać, czy się coś lubi, czy nie, trzeba tego wpierw spróbować.

Moralność to indywidualna sprawa. Ja osądzam czyny miarą przyjemności, jaką mi sprawiają. Zmysłowa ekstaza stanowi nadrzędny cel istnienia i nie wymaga żadnych uniesień. Ale zbrodnia bez przyjemności to bezinteresowne zło, postępek odrażająco szkodliwy. Nic jej nie usprawiedliwia.

Odtąd trwa w nieustannym poczuciu winy, która nie pozwala mu normalnie funkcjonować: nie wszyscy zbrodniarze doświadczają poczucia winy, lecz raz go doświadczywszy, nie są w stanie myśleć już o niczym innym. Człowiek winny zdąża ku karze niczym woda do morza, jak skrzywdzony do zemsty, tym samym chce ponieść karę i prosi Jérôme’a, by go zabił, zwłaszcza, że zamordowana kobieta była jego żoną – mimo wszystko tamten odmawia, twierdząc, że pragnienie zemsty dawno w nim ostygło, a z powodu takiej kanalii nie ma zamiaru trafić do więzienia, bo to i tak nie wskrzesi Isabelle. Wtedy ma miejsce maniakalna żonglerka argumentów za i przeciw, mająca doprowadzić do wymierzenia sprawiedliwości, jednak zostaje przerwana niespodziewanym wyznaniem:

Jestem tobą. Jestem tą częścią ciebie, której nie znasz, ale która ciebie zna aż nazbyt dobrze. Jestem tą częścią ciebie, której istnienia starasz się nie przyjmować do wiadomości (…) jestem tą częścią ciebie, która nie odmawia sobie niczego, na co ma naprawdę ochotę (…) Jestem tą częścią ciebie, która cię niszczy. Wszystko, co rośnie, zwiększa swoje właściwości autodestrukcji. Ja jestem taką właściwością (…) Większości ludzi udaje się zakamuflować ów aspekt swej ukrytej jaźni tak, że nawet nie domyślają się jego istnienia. Twój przypadek jest jeszcze bardziej szczególny; nigdy nie spotkałeś mordercy, który skrywał się w tobie. Podobnie jak nigdy nie spotkałeś amatora hot dogów ani człowieka, któremu marzą się nocne gwałty na cmentarzach. Dziś jednak, skutkiem mentalnego przypadku, stajesz z nim twarzą w twarz. Twoim pierwszym odruchem jest zanegować jego istnienie.

które głównego bohatera doprowadza do takiego szału, że bierze Texela za głowę i roztrzaskuje ją o ścianę hallu – w konsekwencji samoistnie pozbawiając się życia.

„Kosmetyka wroga” to krótka książka (101 stron), która według mnie porusza kwestię zderzenia podlegającej presji międzyludzkiej oceny FORMY, wiążącej  się z nakładaniem poszczególnych masek (w tym maski perfekcji oraz pozornej przyzwoitości) z PRAWDZIWYM JA, do którego należy zaliczyć obszar świadomy, kontrolowany, moralny, określony i ten podświadomy, ciemny, bestialski, nieprzyzwoity, przesycony mrocznymi żądzami, okrucieństwem, lubieżnymi obrazami, bezwstydem, erotyką, zbrodnią, zemstą, patologią, po prostu wszystkim, co odbiega od normy, zatem te ułomności są tłumione milczeniem, bezpiecznym niedookreśleniem, bo poddanie rzekomej wolności osobistej, polegające na ulegnięciu temu wynaturzonemu dowodzi o umysłowej niemocy, ponieważ ulega się złu, psychicznym popędom, wchodzącym w konflikt z jaźnią, które tkwią w nas samych, w efekcie doprowadzając do zaburzenia powszechnego ładu, ogólnego zachwiania, zdeprawowania.

Jakby tak każdy wyjawił co w nim tkwi, to świat wyglądałby jeszcze gorzej…

 


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=dLYqLWkIYp4)

Czy nie jesteśmy wystarczająco dobrzy?
Czy nie jesteśmy wystarczająco odważni?
By stać się czymś lepszym, niż przemoc w naszej naturze
Czy nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco dobrzy?
Czy to wszystko jest snem?

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wykwintny sernik

Najlepszy sernik na święta oraz wszelkiego rodzaju większe rodzinne uroczystości: tradycyjny, wykwintny, ciężki, wzbogacony o rodzynki (może być też kandyzowana skórka pomarańczowa), ale niezbyt zbity, raczej puszysty oraz kremowy. Z wierzchu nie pęka – wychodzi równiutki, do tego łatwo się kroi. Można go piec bez kruchego spodu i taką też wersję podaje autorka, natomiast ja postanowiłam go dodać. W smaku jest tak pyszny, że kompletnie nie potrzebuje oblewania jakimikolwiek polewami czy lukrami – wystarczy z wierzchu oprószyć cukrem pudrem, choć będzie wspaniały nawet bez niego ;)

Przepis na wykwintny sernik (blacha o wymiarach 35x23cm ) (Przepis na ciasto pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 200 g masła
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Masa serowa:

  • 1,3 kg twarogu półtłustego (przynajmniej dwukrotnie zmielonego)
  • 450 g cukru
  • 16 g cukru waniliowego
  • 10 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 250 g masła (miękkiego)
  • 4 łyżki mąki pszennej (tortowej)
  • 40 g budyniu o smaku śmietankowym
  • 1 szklanka śmietany 36% (schłodzonej)
  • 3/4 szklanki rodzynków
  • szczypta soli

Sposób przygotowania:

Ciasto:

Wszystkie składniki zagnieść – powstanie coś w rodzaju kruszonki, którą należy wylepić wcześniej wyłożoną papierem do pieczenia formę. Następnie ponakłuwać spód widelcem.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 180°C (wstawiać do nagrzanego piekarnika)

Masa serowa:

Rodzynki zalać wrzątkiem – odstawić.

Masło utrzeć do puszystości i lekkości, i cały czas ucierając, porcjami dodawać twaróg.

W osobnym naczyniu utrzeć żółtka z cukrem do białości. Dodać do masy serowej i krótko zmiksować.

Do masy serowej wsypać: mąkę pszenną, budyń, cukier waniliowy – zmiksować tylko do połączenia się składników.

Śmietanę kremówkę ubić na sztywno, a białka ze szczyptą soli na pianę – jedno i drugie delikatnie wmieszać do masy serowej.

Na sam koniec masę połączyć z dobrze odciśniętymi i obtoczonymi w mące rodzynkami.

Tak przygotowaną masę wylać na podpieczony spód. Wyrównać.

Piec około 1h ,w temperaturze 170°C

Wyjąć. Wystudzić. Schłodzić przez noc w lodówce. Z wierzchu oprószyć cukrem pudrem.

Na talerzu słodko, w życiu mniej, a duszy sztuczny cukier nie posłodzi…

Ponure niebo – ponury czas, chociaż wokół zieleni się wiosną.


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=JKMBhd86wUI)

Któregoś dnia rzucę to wszystko
i wyjdę rano, niby po chleb
Wtedy na pewno poczuję się lepiej,
zostawię za sobą ten zafajdany świat

 


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=-boKk8uhmcY&list=RD-boKk8uhmcY)

Usycham
I sprawiam, że jestem bezradny
Poddaję się
I wszystko jest jasne
Załamuję się
I niech historia mnie prowadzi
Usycham
I oddaję siebie

Jak własne odbicie
Światów które tworzysz

 


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=qBzLy0EbbZE)

Toczy koła czas,
Zmienia wszystko tu,
Nigdy nie wiesz czy osiągniesz cel
Jest nadzieja w nas
Jest magiczna moc
Choć ocean życia burzy się

 


(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=sroUBv_I6Is)

Na krawędzi dnia, na krawędzi snu
przegrana w nierównej walce
Na krawędzi dnia, na krawędzi snu
ja klęczę a wokół tańczy

Czas
mój największy wróg, mój najlepszy przyjaciel
Czas
nie używa słów, ale zawsze odnajdzie

 


(źródło:https://www.youtube.com/watch?v=RW68zUxqsqM)

Postrzegałeś życie w błędny sposób
Powinieneś był wiedzieć że to była
Egzekucja twego umysłu
Powinieneś był temu zaradzić

Wyścig trwa, księga otwarta
Koniec już się wyłania
Prawda wygra z kłamstwem
Lecz was to nie obchodzi

Nikt ci nigdy nie odpowie,
Gdy zapytasz, dlaczego tak jest
Powiedzą ci tylko, radź sobie sam
I wleją ci kłamstwa do głowy

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Ważne pytania bez ważniejszych odpowiedzi

Rozwiesiłeś tęskną płachtę Panie Boże -

wypełniło się wewnętrzne łzawe morze.

Co zawinił, że Zabrałeś mu istnienie?

W licytacji przegrał doczesności mienie?

 

Czemu to jest taki proces utajony?

Czemu podział na dwa światy ustalony?

W moich żyłach krwawią bólem rzeki rwące,

w głowie mętnych pytań mnożą się tysiące:

 

Czy ma bezszelestny kącik w miłym Niebie?

Czy z rozterką zawsze może przyjść do Ciebie?

Czy chwilami ciut nie miewa się sierocy?

Czy za dnia weselszy jest niż ciemnej nocy?

 

Czy nie bywa czasem trochę zagubiony?

Czy z gorszego został tako ocalony?

Czy z uśmiechem nurza w światła się błękicie?

Czy mu lepsze Tamto niźli tutaj życie?

 

Czy pogodził się z tak ułożonym planem?

Czy nie poczuł krzywdy uzyskanym banem?

Czy ma całe doby stąpać rozmodlony?

Czy bezwzględnie w półpas ciągle słać pokłony?

 

Czy w anielskim chórze raźnie podśpiewuje?

Czy wyniki meczów sobie podpatruje?

Czy to wszystko to go aby nie przerasta?

Czy nie krzyczy: »koniec, nie chcę, no i basta«!

 

Może umysł mój zbyt płytko to pojmuje?

Ciało umrze, ale dusza cnót zyskuje?

Czy to kara, czy nagroda za postawę?

Może niepotrzebnie rozpętuję wrzawę?

 

Może Ty go Tam Potrzebowałeś?

Może już z nim porozmawiać Chciałeś?

Wspólnie zasiąść bez urazy czyja wina,

uświadomić, że to ziemskie czysta kpina.

 

Machnąć ręką, że to przecież jest początek;

tamto to był tylko ludzki marny wątek!

Życie sercem Tu zaprocentuje;

żadnych zmartwień i problemów nie odczuje.

 

Sam Najwyższy Swym ramieniem go otoczy,

spojrzy tak z miłością w te łagodne oczy – rzecze:

»ale fajnie, że już jesteś u Mnie

twa obecność Mnie nastraja dumnie!

 

Całe wieki w chmurach nań Czekałem;

wśród przyjaciół jeszcze ciebie Tu nie Miałem!

Zaraz, czemu twoja mina takaż krzywa?

Nie na próżno Raj Ten Rajem się nazywa!

 

Słuchaj, Drogi Towarzyszu: grad pretensji już przed Tobą miało wielu!

Pełen relaks, wszak dotarłeś już do celu!

Rozgość się! Nie każdy Tutaj trafi,

bo chce przynależeć do piekielnej mafii.

 

Się rozejrzyj co za cud-miód krajobrazy!

To autentyk – nie spod pędzla bohomazy!

Barwne kwiaty, dzikie rzeki porywiste,

szumy lasów, a powietrze jakie czyste!

 

Tyle pięknych majstersztyków ci Pokażę,

jak odmówisz, to zwyczajnie się Obrażę!

Do obiadu gratis polewają wino!

I za darmo jest lokalne kino!

 

Trwanie nieograniczone czasem!

Ani brudem! Ani miastowym hałasem!

Pieniądz nie jest nienawiści kością,

nie reagujemy prymitywną złością.

 

Zero chorób, wojen i kanalii,

plotek, mrozu, skwaru, nieprzydatnych żali!

Tu spraw ważkich nie roztrząsasz na błahostki.

Dozwolone w dobrym tonie przyjemnostki!

 

Myśmy jedną poczciwą RODZINĄ:

nieoznakowaną żadną głupią spiną!

Lubisz spokój? Masz tam chatkę zbitą z desek -

na podwórku poszczekuje znany piesek.

 

Drobnych niedociągnięć może miałeś kilka,

ale przecie sarna leży obok wilka.

Lecz okraszon typową skromnością:

RZECZY WIELKIE CZYNIŁEŚ Z MIŁOŚCIĄ!

 

Uwierz, zyskasz nową perspektywę:

człowiek żyje – chociaż ciało nie jest żywe!

W tej rozpaczy ich pozostawiłeś,

bo tak dobry w codzienności człeku byłeś«.

 

Na to westchnie sobie po cichutku,

chcąc usilnie zrzucić ciężar bliskich smutku.

»Wiem, potrzeba czasu – POMALUTKU.

Ale Będę cię Pocieszał aż do skutku«.

 

Tylko ziemscy non stop w troskach zatraceni,

bo są Boskiej panoramy pozbawieni.

(autor: Ja)

 

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy, Życie | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Ekspresowe ciasto czekoladowo-bananowe

Wielkimi krokami zbliża się weekend, więc zapewne niektórzy otrzymają telefon, że tak w sumie to ktoś postanowił do nich wpaść. Osobiście BARDZO NIE LUBIĘ NIEZAPOWIEDZIANYCH GOŚCI, ale wiem, że wiele osób nie ma z tym takiego problemu jak ja; ja zwyczajnie muszę się nastawić i odpowiednio przygotować. Mimo wszystko posiadam w swoim spisie taki magiczny przepis na nie mniej magiczne ciasto, które potrafi wybawić z opresji: jest banalne, błyskawicznie powstaje, nie wymaga większego trudu, nie da się go zepsuć, stąd pachnące bananami, intensywnie czekoladowe, dość ciężkie, wilgotne, oblane błyszczącą polewą wjeżdża na stół ;)

Przepis na ekspresowe ciasto czekoladowo-bananowe (keksówka o wymiarach 25x10cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://niebonatalerzu.blogspot.com/ )

*piekłam w większej keksówce: 34x9cm, więc podwoiłam poniżej podane proporcje, w efekcie wydłużył się czas pieczenia

*do ciasta wykorzystałam polewę z babki Bounty

Składniki:

Ciasto:

  • 170 g mąki pszennej (tortowej)
  • 180 g cukru
  • 160 ml mleka (ciepłego)
  • 1/4 szklanki oleju słonecznikowego
  • 2 jajka
  • 4 łyżki gorzkiego kakao
  • 2 mocno dojrzałe banany
  • 1 garść rodzynków
  • 1 garść żurawiny
  • 1/3 łyżeczki sody
  • 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • kilka kropel aromatu waniliowego

Polewa czekoladowa:

  • 3 kostki mlecznej czekolady
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki mleka
  • 1 łyżka cukru pudru
  • 1,5 łyżki gorzkiego kakao

Sposób przygotowania:

Rodzynki i żurawinę zalać wrzątkiem – odstawić.

Banany pokroić i mocno zblendować (choć ja zgniotłam je po prostu widelcem), po czym dodać: olej, mleko oraz jajka – zmiksować, dalej wsypać mąkę, gorzkie kakao, cukier, sodę i proszek – wymieszać ręcznie, łyżką. Na sam koniec wmieszać odsączone i delikatnie obtoczone w mące rodzynki i żurawinę.

Ciasto przelać do keksówki wcześniej wysmarowanej masłem i oprószonej bułką tartą.

Piec około 40-50 minut ,w temperaturze 180°C

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu oblać polewą czekoladową (zagotować wszystkie składniki)

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„System wartości drży w posadach jak wielki kawał galarety” – „Więcej niż możesz zjeść”, czyli felietony parakulinarne autorstwa Doroty Masłowskiej

W marcu Internet obiegła informacja, że „Makłowicz w podróży” (wcześniej „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza”) po prawie dwudziestu latach został zdjęty z anteny telewizji publicznej, a powodem owej decyzji było opublikowanie spotu wizerunkowego, w którym jego gospodarz mówi tak, jak mówić nie powinien, jednak sam stanowczo temu zaprzecza, sądząc, że wypowiedź zawarta w materiale została zmanipulowana, zacytowana w zupełnie innym niż pierwotny tle: Domagałem się publicznie i domagam nadal wycofania spotu reklamującego TVP, w którym zmanipulowano mą wypowiedź, umieszczając ją w kontekście bieżącej polityki, której lepkiego jęzora starałem się w swej telewizyjnej aktywności unikać, jak pocałunku śmierci. Jednak nie udało się, pozostał absmak gorszy, niźli po konsumpcji płucek na kwaśno w barze dworcowym za Gomułki.

Ja mu wierzę, ale cóż z tej wiary bądź niewiary, gdy efekt taki, że programu nie ma; a stanowi on coś w rodzaju gastronomicznego prapoczątku, kulinarnego epicentrum w mass mediach, który nie tylko pokazał, że kuchnią można się interesować, że ma ona tysiące smaków, ale też wyszedł z białego fartucha i zamkniętego studia, by przyrządzić coś w plenerze, coś niewyszukanego, co ośmielało tych niewyspecjalizowanych, dając nadzieję, że ja też tak mogę; wszakże zawsze przy okazji, bo tutaj nie samo gotowanie było najważniejsze, tylko historia jakiegoś prześwietnego obszaru (Jedzenie interesuje mnie, bo jest fragmentem kultury i wynikiem historii danego miejsca. Jedzenie bez kontekstów jest li tylko czynnością fizjologiczną). Mnie z kolei już za dzieciaka fascynowała jego erudycja, także sposób wysławiania, artykułowania, podkreślania, dobierania słów, tworzenie porównań, metafor, te regionalne opowiastki przekazywane w pełni zaangażowanym, wobec tego zachęcającym tonem – to po prostu wspaniały gawędziarz, stąd cieszę się, że w talent-show „Bake Off – Ale ciacho!” to właśnie on zgłębia tajemnice lokalnych wypieków i produktów.

Makłowicz zaczął, potem gdzieś przewijał się Pascal Brodnicki i dalej poleciało w tempie ostrym tudzież przesadnym, bo ludzie zostali zalani kucharskimi produkcjami aż do znudzenia, bo jak wiadomo nadmiar mdli, a brak umiaru jest nie w smak, nawet jeśli o tych smakach traktuje (chyba, że rzecz odnosi się do celowego zabiegu zastosowanego w sztuce). I obecnie wydaje się wręcz nietaktem raz tego nie oglądać, dwa nic na ten temat nie wiedzieć. Bowiem jedzenie, które standardowo służy do jedzenia (no i zarobku) stało się narzędziem, rozrywką, surowcem do tworzenia udziwnionych kompozycji, niemal rzeźb; nierzadko mikroskopijnych, osadzonych na zbyt dużym talerzu – i z tego co widzę to przeważnie nie służy kontemplacji, zagustowaniu, bo z ręką na sercu nie znam w swoim otoczeniu nawet jednej osoby, która, pomijając epizod zaspokojenia ciekawości, fikuśny monolit z czarnych trufli, pęczakotto, produktów długo dojrzewających wędzonych dymem z jabłoni, fiołków, karmelizowanej marchewki baby, groszku cukrowego, ziemi jadalnej i gałązek rozmarynu postawiłaby ponad kluski śląskie, placki ziemniaczane, naleśniki, pierogi, barszcz czerwony, rosół, itd. (pomijam tutaj wielbicieli wszelakich fast-foodów, bo nie o to mi się rozchodzi). Co więc jest grane? Na pewno wzrost społecznej świadomości, lepszy dostęp do rozmaitych produktów czy faktyczne rozwijanie pasji (a nie chwilowego kaprysu), ale przede wszystkim moda, moda na gotowanie podkręcana tymi wszystkimi programami, reklamami, które jakoby unaoczniają, że jedzenie równa się tożsamość, prestiż, jakaś przynależność do klasy wyższej.

A piszę o tym, ponieważ wreszcie postanowiłam sięgnąć po jakąś książkę Doroty Masłowskiej, którą oczywiście kojarzyłam z głośną, wydaną w 2002 roku, debiutancką, skandaliczną powieścią „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, ale do tej pory ani jej nie przeczytałam, ani nie obejrzałam ekranizacji i z jednej strony jestem na siebie zła, bo wiem, że jest napisana bardzo specyficznym, tandetnym, wulgarnym, zdeformowanym językiem, co szczególnie mnie intryguje, dodatkowo stanowi przygnębiającą refleksję nad ludźmi i światem, jednak z drugiej cieszę się, że nie zmierzyłam się z nią chociażby dziesięć lat temu, bo wtedy, wiedząc znacznie mniej niż teraz, nie znając jeszcze tylu odmian gorzkiego smaku, w jakich orientuję się obecnie, prawdopodobnie skrzywdziłabym ją płytkim odbiorem, może nawet nie dotrwawszy do końca uznała za bełkot? A tak, z osobistym bagażem i własnymi postrzeganiami, mam szansę przestudiować coś naprawdę mocnego. W międzyczasie natknęłam się jeszcze na jej z pozoru amatorski, kiczowaty teledysk „Chleb” (poza nią występuje tam również Anja Rubik, Maciej Nowak i Jakub Żulczyk), promujący album „Społeczeństwo jest niemiłe” , który początkowo wewnętrznie wyśmiałam i skrytykowałam, pomimo to prześledziłam po raz kolejny i wtedy stwierdziłam, że taki drwiący, ale ponury jest jego klimat, taki ma być: odpustowy, pełen dystansu, niedoskonałości, przerostu, banałów, bo w ten sposób odzwierciedla mentalność, zacieśnienie, brak ambicji, brud, szkaradę, biedę, podziały, stereotypy, kompleksy, ogólną beznadzieję monotonnej codzienności, którą ludzie albo akceptują, bo nic z tym nie robią, albo nie mają warunków, by cokolwiek zmienić – i to jest bardzo smutne.

Swoją przygodę z tą autorką postanowiłam rozpocząć od felietonów, które pomiędzy 2011 a 2013 rokiem napisała dla magazynu „Zwierciadło”, następnie zebrała i owy zbiór zatytułowała „Więcej niż możesz zjeść”.

Motywem przewodnim 23 niedługich, opatrzonych genialnymi ilustracjami Macieja Sieńczyka, tekstów (cała książka liczy 128 stron) jest jedzenie, ale stanowi ono wyłącznie punkt wyjścia do rozprawiania na zupełnie inne tematy, do dzielenia się indywidualnymi spostrzeżeniami, wspomnieniami, do kreowania przyszłościowych wizji, stąd zostały one określone jako parakulinarne; więc nie znajdzie się tutaj przepisów na konkretne potrawy typu Sałatka Cezar czy krokiety z pieczarkami, ale na przykład na SAŁATKĘ Z KAPUSTY KAMILI

SKŁADNIKI:

GARŚĆ RUKOLI

KILO SUSZONYCH POMIDORÓW Z INDYJSKIMI RYBKAMI HUSEILI

KILKA WYMOCZONYCH W BURGUNDZIE ŻURAWIN

ŻARWIASTY PIEPRZ

DO TEGO:

JEDNA WIEŚ POLSKA W KLIMACIE UMIARKOWANYM

JEDEN DOŚĆ CIEPŁY WIECZÓR Z MAŁYM, SIĄPIĄCYM DESZCZEM

GRILL

JEDEN GROŹNY PIES, KILKA ROZPĘDZONYCH CIĘŻARÓWEK

JEDEN PŁOT Z SIATKI 10 METRÓW

JEDNO KUZYNOSTWO (NAJLEPIEJ KUZYN Z ŻONĄ) PLUS JEDEN MĄŻ

DROBNO KROJONA SAŁATKA Z KAPUSTY Z OGRÓDKA Z KOPERKIEM

PIWO MALINOWE ANGOR

DLA OZDOBY: PARĘ MUCH, BŁOTO NA PODŁODZE (ŚWIEŻO PRZYNIESIONE)

albo OBIAD W BARZE „U IRENY”

SKŁADNIKI:

BAR „U IRENY”

TROCHĘ PIENIĘDZY

Należy przyjść do baru „U Ireny” w Karwieńskich Błotach w dniu, w którym właściciele zatrudnili nową bufetową. Pomieszczenie powinno być na tyle małe, by gorąca frytura wyciskała na jej twarzy ciemne błyszczące wypieki. Należy zamówić dwie pomidorówki, de volaille’a i dorsza, tak żeby zapłacić za to wszystko sumę, która nijak z niczym się nie zgadza.

jak również JEZIORO W SŁONECZNĄ NIEDZIELĘ

W płaskim naczyniu, może być podłoga, mieszamy trochę błota, dno namiotu, bo ważny jest ten aromat brezentu, i skórę od pstrąga czy innej ryby słodkowodnej. Przyprawa grillowa, trochę odgłosów cymbergaja, głośno włączone Radio Plus, sześć litrów tyskiego (razem z puszkami), pestka brzoskwini, przydadzą się też igliwie i martwe owady do posypania.

Na to wszystko narzucamy koc z tygrysem i siadamy jedni na drugich, obkładając się węglem do grilla i kłębami psiej sierści. Na wierzch kładziemy coś fildekosowego i letnie niedzielne popołudnie stoi przed nami jak żywe.

Smacznego!

już tak.

Jest tu także o przeciętnym kobiecym gotowaniu i popisowym męskim, o tradycyjnie pojmowanym upływie czasu, nieprzemyślanym wydawaniu pieniędzy w miejscowościach turystycznych na wątpliwej jakości obiady, o reklamach i daniach instant, mięsożercach i wegetarianach, niedomówieniach, przebrzmiałych książkach, nieumiejętności wyrwania się latem z upalnego miasta w celu urozmaicenia wolnego czasu, o zajadaniu rozczarowań, koszmarze urodzinowych przyjęć dla dzieci, pozornym luksusie, dziwaczeniu, w trakcie którego człowiek zamienia się w hrabinę Połaniecką (Dziwaczenie to choroba naszych czasów. To skłonność do poddawania się nagłym impulsom i kompulsjom. Zaspokojenie zwykłych potrzeb i pragnień jest upokarzająco niewystraszające, trzeba jeszcze zaspokoić chętki, fumy, zachcianki i impresje; wewnętrzna hrabina Połaniecka nie przebacza opóźnień, przedłużających się odroczeń, reaguje łukiem histerycznym na odmowy i zawsze skłonna jest zaatakować nas znienacka, w najmniej sprzyjających okolicznościach…), o wakacyjnej i w ogóle zachłanności, przesycie, łakomstwie, zapominaniu o godności, rozwadze, pionie, o tym, że stawia się na ilość nie jakość (czyli o metafizycznej teorii obrażonego, zmarnowanego jedzenia), o uleganiu trendom, wczasach all inclusive, nawykach konsumpcyjnych i modelach obyczajowości (łakome mlaśnięcia, pełne rozkoszy ssanie makaronu, wreszcie: bezkompromisowe charchanie w Pekinie, o gigantycznych porcjach w Ameryce: sałata to zawsze wiadro sałaty, hot dog to footlong hot dog. Zamawiając lody, bierzemy porcje dziecięce, które są nawet poza zwyczajową klasyfikacją duży-mały, a i tak ich ogrom [a nie są to najczęściej żadne chudobiedne, żałosne lody-lody, które jadamy tutaj, tylko w środku jest jeszcze tabliczka czekolady i worek marshmallowów, i tęczowa posypka] doprowadza nas najczęściej na skraj załamania nerwowego. tak jakby w tutejszej skali dopiero ZA dużo to było WYSTARCZAJĄCO dużo. Raz nawet do takiej porcji lodów figurującej w menu jako „one scoop” podano mi łyżkę do zupy), o urzeczeniu starymi, przedwiecznymi, omszałymi, nieopieczętowanymi szyldami „WULKANIZACJA” i „Kaufland – dla ciebie, dla rodziny” słoweńskich krajobrazów, o zachwytach nad tym, co przeszłe oraz swojskie: cukier waniliowy z ręki, kakao „na sucho”, kogel-mogel, tort z ananasem z puszki, blok czekoladowy, niemiecki biszkopt z galaretką, drożdżówki z nieistniejącym nadzieniem, pierogi leniwe z żółtym tłuszczem spożywczym, bułka jarska ze sklepiku szkolnego (ogórek+keczup), Michałki, czereśnie, smażone śledzie, gulasz angielski, kalarepa, gofry, zalewajka, Prince polo, kiełbasa z grilla, bułka z masłem, chrupki kukurydziane Flips, ciasto zebra z truskawkową polewą (Jak wiadomo, z pewnej perspektywy, czy to czasowej, czy geograficznej, wszystko prezentuje się inaczej, zwłaszcza gdy jest już całkowicie niewidoczne; niekonfrontowane z rzeczywistością wspomnienia często mają tendencję, by pączkować i puchnąć, przybierając fantastyczne kształty i pastelowe barwy, niby pleśń na porzuconej kanapce w plecaku szkolnym. Wszyscy, którzy doświadczyli tułaczki, wiedzą, że na obczyźnie ogień spożywczej tęsknoty i gwałtownego pożądania potrafi wybuchnąć wokół hot doga ze Statoil) i zwyczajnie: że najbardziej niezdrowy ze wszystkiego jest brak szczęścia.

Dorota Masłowska w „Więcej niż możesz zjeść” w myśl zasady: „jesteś tym, co jesz” odkrywa jacy w istocie jesteśmy, jak się zachowujemy, jakie mamy priorytety, jak w kulturze nadmiaru przestaliśmy szanować jedzenie, a to ze skupia się raczej na nonsensach i nieprzyjemnych aspektach tłumaczy w taki oto sposób:

Z cierpienia łatwiej coś wytworzyć, opisując przyjemności kulinarne bardzo łatwo popadłabym w grafomanię albo w bardziej klasyczny sposób pisania o jedzeniu. Kontemplując takie różne upodlenia kulinarne łatwiej mi pielęgnować tę ścieżkę antropologiczną.

To dopiero pierwsza książka, którą przeczytałam, stąd nie mam porównania z pozostałymi dziełami, ale i tak jestem zachwycona: językiem, swobodą wypowiedzi, ujęciem tematu, dystansem, autorefleksjami, ironią, skrupulatną obserwacją rzeczywistości, dlatego też chętnie przysiądę do czekającego w biblioteczce utworu dramatycznego „Między nami dobrze jest”.

Polecam ;)

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Sernik z truskawkami i kruszonką

Ostatnio było chłodno, stąd podałam przepis na ciasto w klimatach jesiennych, z kolei dzisiaj świat wybuchnął wiosną, więc proponuję coś bardziej owocowego, soczystego, barwnego, wesołego, nawet przez wzgląd na ogrom truskawek sowicie obsypanych chrupiącą kruszonką letniego, czyli nieprzesłodzony, puszysty, aksamitny, ale jednocześnie treściwy sernik na kruchym spodzie, smakującym niczym maślane ciasteczka.

Ciasto jest duże, równiutkie, pięknie się kroi, robi bezproblemowo i błyskawicznie (masa serowa to po prostu zmiksowane składniki, więc nie traci się czasu na oddzielne ubijanie masła, śmietany, żółtek czy białek), a co najważniejsze wszystkim smakuje ;)

Przepis na sernik z truskawkami i kruszonką (blacha o wymiarach 33x20cm ) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty )

*jagody zamieniłam na truskawki a kratkę na kruszonkę

*piekłam w blaszce 34x25cm

Składniki:

Ciasto:

  • 350 g mąki pszennej (tortowej)
  • 100 g cukru pudru
  • 200 g masła
  • 2 żółtka
  • 1 łyżka kwaśnej śmietany 18%
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Masa serowa:

  • 1 kg twarogu półtłustego (przynajmniej dwukrotnie zmielonego)
  • 5 jajek
  • 220 g cukru
  • 200 ml śmietany 36%
  • 1 łyżka mąki pszennej (tortowej)
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Kruszonka:

  • 1 szklanka mąki pszennej (tortowej)
  • 3/4 szklanki cukru
  • 100 g masła

Dodatkowo:

  • 500 g truskawek

Sposób przygotowania:

Na samym początku należy zagnieść składniki na kruszonkę, by dobrze schłodzić ją w lodówce.

Następnie umieścić w misce wszystkie produkty na kruchy spód, połączyć je i uformować w kulę, owinąć folią spożywczą – schłodzić w lodówce przez 1h.

Po upływie wskazanego czasu dokładnie wylepić nim spód formy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia i ponakłuwać widelcem.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 200°C

Wyjąć i wylać na niego masę serową (wystarczy zmiksować wszystkie składniki), na niej poukładać pokrojone w plasterki truskawki, które należy obsypać kruszonką.

Piec około 1h, w temperaturze 170°C

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj