Sernik z żurawiną, polewą czekoladową i kokosem

W moim rodzinnym domu zawsze w okresie świątecznym na stole królował sernik, stąd od niego rozpocznę dodawanie bożonarodzeniowych przepisów. W tym roku jest to tradycyjny ciężki sernik na kruchym maślanym spodzie, wykonany z półtłustego twarogu i gęstej kwaśnej śmietany z suszoną żurawiną, rodzynkami oraz pomarańczową skórką, oblany polewą z gorzkiej czekolady, ozdobiony wiórkami kokosowymi.

To taki klasyczny przepis, który smakuje każdemu i po prostu musi się udać ;)

Przepis na sernik z żurawiną, polewą czekoladową i kokosem (blacha o wymiarach 23x28cm; użyłam większej) (Przepis na ciasto pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/; dodałam polewę)

Składniki:

Spód:

  • 150 g mąki pszennej (tortowej)
  • 150 g mąki krupczatki
  • 200 g masła
  • 100 g cukru
  • 2 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Masa serowa:

  • 1 kg twarogu półtłustego (dwukrotnie przemielonego)
  • 150 g cukru pudru
  • 7 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 40 g budyniu waniliowego (proszek)
  • 50 g masła (miękkiego)
  • 2 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • 100 g suszonej żurawiny
  • 100 g rodzynków
  • 100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • szczypta soli

Polewa czekoladowa:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 100 ml śmietany 30%

Dodatkowo:

  • wiórki kokosowe (do ozdoby)

Sposób przygotowania:

Składniki na ciasto zagnieść i dokładnie wcisnąć na spód blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Podpiec około 15 minut, w temperaturze 180°C.

W tym czasie przygotować masę serową.

Rodzynki, żurawinę i kandyzowaną skórkę pomarańczową zalać wrzątkiem, chwilę odczekać, dokładnie odcedzić i obtoczyć w mące (by nie opadły). Masło utrzeć z cukrem pudrem (początkowo masa będzie się wydawała sucha, ale po pewnym czasie cukier ładnie połączy się z masłem), dalej dodać żółtka, ser, śmietanę i budyń w proszku – połączyć i wrzucić bakalie. Na sam koniec delikatnie wmieszać pianę ubitą na sztywno z białek ze szczyptą soli.

Tak przygotowaną masę serową wylać na podpieczony spód.

Pierwsze 30 minut piec w temperaturze 180°C, potem 3 razy co 15 minut temperaturę obniżać o 20°C.

Upieczony sernik zostawić w uchylonym piekarniku na 1h, następnie wyjąć, całkowicie wystudzić, oblać polewą czekoladową (zagotować śmietanę, zdjąć z palnika, wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos), ozdobić wiórkami kokosowymi i wstawić do lodówki na całą noc.

Opublikowano Przepisy, Serniki | Skomentuj

Kakaowe ciastka z masłem orzechowym i białą czekoladą

Tym razem ciasteczka dla tych, którzy generalnie cenią sobie bardziej wytrawne smaki, wyrzekając się  na ich rzecz wszelkich słodkich kremów i lukrów albo dla tych, którzy w okresie świątecznym przejedzą się maślanych mas, bitej śmietany, pralinek, strucli, babeczek, serników, makowców, szarlotek oraz pierników, ale nie będą chcieli do końca zrezygnować z jakiejś przyjemności do filiżanki herbaty – wtedy też mogą sięgnąć po kruche, kakaowe ciastko, przełożone masłem orzechowym, a z wierzchu oblane białą czekoladą, którą, pozbawiając je jakiejkolwiek słodyczy, śmiało można pominąć; można też nie smarować ich zupełnie niczym i schrupać bez żadnych dodatków, bo i w takiej formie są równie wyśmienite.

Ciasteczka są idealnie gładkie i fantastycznie cienkie, do tego zachowują swój kształt, a w trakcie pieczenia i po upieczeniu cudownie pachną ;)

Przepis na kakaowe ciastka z masłem orzechowym i białą czekoladą (mi wyszło 30 już złożonych sztuk(Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; nadałam im świąteczny kształt, przełożyłam masłem orzechowym i oblałam białą czekoladą)

Składniki:

  • 2 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 0,5 szklanki gorzkiego kakao
  • 1 szklanka cukru pudru
  • 170 g masła (miękkiego)
  • 1 jajko
  • 1,5 łyżeczki aromatu waniliowego
  • 1/4 łyżeczki soli

Dodatkowo:

  • masło orzechowe (użyłam z kawałkami orzechów)
  • 100 g białej czekolady

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć z cukrem pudrem na puch, dalej, cały czas miksując, dodać jajko, potem aromat waniliowy i sól. Na sam koniec wmieszać mąkę przesianą z gorzki kakao. Tak przygotowane ciasto uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto rozwałkować na grubość około 3mm i powycinać dowolne kształty.

Ciasteczka poukładać na wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blaszce.

Piec około 12-15 minut, w temperaturze 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika).

Wyjąć. Wystudzić. Przekładając masłem orzechowym, sklejać po dwa. Z wierzchu oblać rozpuszczoną w kąpieli wodnej białą czekoladą.

Opublikowano Ciasteczka, Przepisy | Skomentuj

Liryczny romans między nią a nią – recenzja filmu „Pocałuj mnie” w reż. Alexandry-Therese Keining

Nim przejdę do recenzji filmu muszę oznajmić:

NIENAWIDZĘ LUDZI, KTÓRZY SPRZEDAJĄ I KUPUJĄ ŻYWE KARPIE (niech Cię piekło pochłonie dziadu, który dzisiaj wyławiałeś walczącą o oddech rybę i wrzucałeś ją do zrywki; i każdego, czyniącego w ten sam sposób).

Jestem tak bardzo zirytowana, że aż mną trzęsie, najchętniej wzięłabym łeb takiego gnoja i wpakowała do siatki, szczelnie ją zawiązując, żeby poczuł jakiego morderstwa i w jaki potworny sposób się dopuszcza. Nie pojmuję jak można sobie legalnie-bezemocjonalnie stanąć przed sklepem spożywczym i dokonywać takiej zbrodni na oczach milionów, którzy z łakomą radością, wynikającą z nadchodzącego obżarstwa, to wszystko aprobują, a potem albo  lecą pod figurę i wznoszą modły, albo nabijają na kij transparenty i wrogo wykrzykują hasła w obronie życia – hipokryci. Właśnie dlatego między innymi wierzę, że gdzieś istnieje jakaś pozaziemska sprawiedliwość, która da porządnego kopa w dupsko i bezwarunkowo nakaże w wielkich cierpieniach pokutować: za tę samowolę, za to społeczne przyzwolenie na morderstwo w biały dzień, za tę zabawę w Władcę Absolutnego życia i śmierci.

Sądzę, że nie ochłonę już nigdy, zatem niezmiernie wściekła przechodzę do moich luźnych refleksji na temat kilka dni temu obejrzanego melodramatu „Pocałuj mnie” w reż. Alexandry-Therese Keining. 

To piękna, choć przejmująca historia introwertycznej, zdawałoby się poukładanej, pewnej własnych poczynań Mii (Ruth Vega Fernandez), która wraz z narzeczonym Timem (Joakim Nätterqvist) udaje się na wystawne przyjęcie zaręczynowe dawno niewidzianego ojca  Lasse (Krister Henriksson) (ma mu za złe, że licznymi zdradami rozwalił rodzinę), gdzie poznaje córkę Elisabeth (Lena Endre), czyli   tatusiowej wybranki – pełną wdzięku i niewymuszonej radości Fride (Liv Mjönes). Kobiety początkowo nie pałają do siebie sympatią: pierwsza wydaje się być zbyt sztywna, z kolei druga przesadnie wyluzowana – obie względem siebie kąśliwe [zwłaszcza, że Mia skrycie oskarża tamtą najpierw o bezczelne flirtowanie z jej mężczyzną, potem o niezdrową relację z dużo młodszym bratem Oksarem (Tom Ljungman), a w międzyczasie o to, że ukradła uwagę jej rodzica]. Zaniepokojony narastającym niemym konfliktem troskliwy staruszek obmyśla sprytny plan (później bardzo, bardzo żałuje owych manewrów), w efekcie którego niewiasty lądują w drewnianym domku na odległej wyspie. A tam, pod ciemnym granatem nieba, za koronką z liści, usta nasączone czerwonym winem łączą się w namiętnym pocałunku, będącym jednocześnie dramatycznym początkiem końca i cudownym początkiem początku; bowiem kończy się 7-letni związek Mii, jej chłodna stabilność, rygorystyczna uczciwość, wizja wspólnej przyszłości (w tym trzeba odwołać zaplanowany ślub) i samej siebie, zaufanie partnera, równowaga oraz pozorna tolerancja papcia, udana relacja Fridy z uczuciową Elin (Josefine Tengbland), natomiast zaczyna sieć kłamstw, wewnętrzny spór, balansowanie na krawędzi, zagubienie, rozstania i powroty, rozpaczliwa próba wznowienia dawnej rzeczywistości, otwarte przyznanie (przede wszystkim przed  samą sobą) do tożsamości seksualnej, odważna, mimo że czasem zlękniona walka ze społecznym zacofaniem, o życie w prawdzie, spokój i radość, oszałamiające chwile, fascynacje, spełniona, wszak zakazana pożądliwość, kuszące spojrzenia, słodkie szepty i bolesne łzy, ale… nadchodzącego szczęścia.

„Pocałuj mnie” to szalenie magnetyzująca, chociaż nie pozbawiona pesymizmu, rys i dysharmonii opowieść, taki liryczny, subtelny romans, w którym nikt nigdzie się nie spieszy, ale ta powolność wcale nie jest nudna, a wręcz przeciwnie: daje czas na rozważania, przewartościowanie stwardniałych przekonań, pozwala poczuć wątpliwości i trawiącą ciała płomienność, wsłuchać w melodię serc, po prostu dokładnie przyjrzeć kształtowaniu kobiecej miłości z jej wszystkimi czułymi gestami i emocjonalnymi dialogami.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/99/08/619908/7537365.3.jpg

źródło ilustracji: https://www.outfilm.pl/sites/default/files/styles/outfilm_film_touchcarousel/public/public%3A/kyss-mig.jpg?itok=gUrATiYm

źródło ilustracji: http://kameraakcja.com.pl/wp-content/uploads/2016/09/film_Poca%C5%82uj-mnie_foto.jpg

źródło ilustracji: https://fangirlsarewe.files.wordpress.com/2014/07/kyss-mig18595221.jpg

źródło ilustracji: http://i.iplsc.com/w-ukryciu-juz-nie-homoseksualisci-na-ekranie/0004CEWD640PKQ0R-C411-F4.jpg

Opublikowano Wszystkie wpisy | Skomentuj

Kokosowo-malinowe renifery

Gdy na zewnątrz dzień jeszcze ostatecznie nie zamienił się z nocą miejscami, krążyłam z moimi przeuroczymi sierściowymi damulkami, wchłaniając spokój i podziwiając gdzieniegdzie poprzecinany sztucznym światłem latarni zamglony obraz. W dosłownie wszystkich oknach blokowych mieszkań panowała absolutna ciemność. Lubię ciemność i lubię ciszę; ciemność czyni świat znacznie piękniejszym, subtelnie zasłaniając jego niedostatki, ale też w jakiś tajemniczy, pociągający sposób przeraża, zaś cisza jednocześnie koi i przejmuje lękiem, bo nigdy nie wiadomo czym zaraz się wypełni.

Wróciłam i w tym półmroku, przy ledwo sączącym się strumieniu spod abażurowej lampki, wypiłam gorącą kawę z migdałowym likierem oraz skórką otartą ze świeżej pomarańczy – wtedy też poza rzeczami trudnymi i wzniosłymi przypomniało mi się jak paskudną kawę zamówiłam ostatnio w „McCafe”, a chodzi o tę zimową nowość (cynamonowo-imbirowa z chilli): jest naprawdę straszna, mdławo-ostra, jakby wsypano tam tonę cukru i doprawiono papryką w proszku – nigdy więcej.

Dla wyrównania tych koszmarkowatych smaków podaję przepis na jeszcze jedne ciasteczka świąteczne: kruche, pachnące masłem, mocno kokosowe renifery, przełożone malinową konfiturą i oblane lukrem z dodatkiem wódki ;)

Przepis na kokosowo-malinowe renifery (mi wyszło 25 dużych sztuk; już po sklejeniu) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/; zmieniłam kształt ciastek na bardziej świąteczny)

Składniki:

  • 350 g mąki pszennej (tortowej)
  • 230 g masła
  • 50 g drobnych wiórków kokosowych (najlepsze są w LIDLU, takie w niebieskim opakowaniu; jeśli ma się akurat większe, to wystarczy zmielić je w młynku do kawy)
  • 70 g cukru pudru
  • 1 żółtko
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • 1 słoik konfitury malinowej
  • 1 kopiata łyżka galaretki malinowej rozpuszczona we wrzątku
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 3 łyżki wódki lub wody
  • wiórki kokosowe (do oprószenia)

*w wersji wegetariańskiej należy użyć galaretki z agarem

Sposób przygotowania:

Z podanych składników zagnieść ciasto, uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto wyjąć, rozwałkować na podsypanym mąką blacie i powycinać foremką ciasteczka w kształcie reniferów.

Ciasteczka poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 7-10 minut, w temperaturze 200°C.

Wyjąć. Wystudzić. Przełożyć konfiturą malinową wymieszaną z galaretką rozpuszczoną we wrzątku (ja miałam duży słoik konfitury, więc 2 łyżki galaretki rozpuściłam w 1/4 szklanki wrzątku), a wierzch oblać lukrem (cukier puder wymieszać z wódką lub wodą) i obsypać wiórkami kokosowymi.

Opublikowano Ciasteczka, Przepisy | Skomentuj

Cynamonowe gwiazdki z kremem chałwowym, czekoladą i orzechami

Idealne ciasteczka na Święta Bożego Narodzenia, zarówno gwiazdkowym kształtem, jak i smakiem: wyczuwalnie cynamonowe, chrupiące, kruchutkie, maślane, przełożone przepysznym kremem chałwowym, oblane gorzką czekoladą i oprószone włoskimi orzechami.

Z ciastem współpracuje się genialnie; nie jest ani klejące, więc świetnie się wałkuje, ani zbyt suche, wobec tego się nie rozsypuje.

Sam przepis nie wymaga jakichś szczególnych składników, bo to taka baza do korzennych ciastek, które można wycinać w rozmaitych kształtach i smarować czym tylko dusza i podniebienie zapragnie (marmoladą, konfiturą, powidłami, dżemem wymieszanym z galaretką, kremem na bazie mleka w proszku, kajmakiem, masłem orzechowym, itd.), co więcej w ogóle nie jest skomplikowany.

Zapewniam, że w trakcie ich pieczenia cudownie pachnie w całym mieszkaniu ;)

Do filiżanki ulubionej herbaty (ps. próbowałam tej pietruszkowo-limonkowej – poemat!)

Przepis na cynamonowe gwiazdki z kremem chałwowym, czekoladą i orzechami (mi wyszło 20 sporych sztuk; już złożonych) (Przepis na ciasteczka pochodzi z bloga: http://ilovebake.pl/; resztę dołożyłam)

Składniki:

  • 250 g mąki pszennej (tortowej)
  • 120 g zimnego masła
  • 115 g cukru
  • 1 łyżeczka cukru cynamonowego
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 0, 5 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Krem chałwowy:

  • 200 g miękkiego masła
  • 250 g chałwy waniliowej
  • 2 płaskie łyżki cukru pudru

Dodatkowo:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 2-3 łyżki mleka
  • orzechy włoskie

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki wrzucić do miski i wyrobić z nich ciasto, które należy uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1h.

Następnie ciasto rozwałkować na grubość około 0,5 cm i foremką powycinać gwiazdki (w połowie z nich wyciąć dodatkowo kieliszkiem na środku kółko).

Ciastka poukładać na wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blaszce.

Piec około 15 minut, w temperaturze 180°C.

Wyjąć. Wystudzić. Przełożyć kremem chałwowym (masło zmiksować na puch z cukrem pudrem, potem wmieszać pokruszoną chałwę) tak, by wycięte kieliszkiem ciastka były u góry. Wierzch oblać gorzką czekoladą rozpuszczoną w kąpieli wodnej z mlekiem i obsypać posiekanymi orzechami włoskimi.

Opublikowano Ciasteczka, Przepisy, Wszystkie wpisy | Skomentuj

„Dla niej śmiech był tylko formą płaczu. W ten sam sposób myliła radość życia z radością jedzenia” – „Przepiórki w płatkach róży” autorstwa Laury Esquivel

Bardzo nie lubię pałętać się po galeriach, w ogóle być w tym miejscu, bo jest tam zbyt głośno, zbyt tłoczno, zbyt kolorowo i zbyt rozlegle – po prostu za dużo wszystkich (w tym mnie) i wszystkiego, choć niestety paranoiczny plus jest taki, że w tym „wszystkich i wszystkiego” można znaleźć dosłownie WSZYSTKO na jednej przestrzeni, włącznie z toaletą (to jest genialne, bo niezależnie jak długo tam przebywam, to minimum 2 razy nawiedzam), kinem i kawiarnią; i tak definitywnie (jak w „Milionerach”) cenię sobie te kameralne, ale już wolę skryć się w niewielkim wycinku, za szklanymi drzwiami, z kubkiem czegoś parującego niż wałęsać pośród ludzko-dźwiękowo-produktowego chaosu.

I tak też uczyniłam jakieś 2 tygodnie temu, kiedy nie do końca świadoma własnej decyzji, z samego rana (wtedy jeszcze jest znośnie, aczkolwiek ta ogromna płaszczyzna mnie jakoś dziwnie osłabia – myślę, że cierpię na jakiś rodzaj agorafobii, która budzi się akurat w przestronnych, jasnych budynkach, bo nie odczuwam tego lęku chociażby w przepotężnych górach czy ciemnozielonym lesie), znalazłam się w rybnickiej galerii o bardzo wakacyjnej nazwie „PLAŻA”, gdzie szybciutko (na tyle na ile mogę i potrafię na obcasach) wpadłam do piekarni, potem do drogerii, następnie do sklepu, by kupić czapkę męską i czapkę damską (bo jesteśmy już w takim wieku, w którym człowiek nie wstydzi się noszenia czapki, a nawet uznaje, że mądrze jest głowę zasłonić, podczas gdy zimno), a na sam koniec i już do oporu (bo czekałam) utkwiłam w różowej „Cafe pod Różą”, gdzie popijając jeżynową herbatkę z dodatkiem kandyzowanej papai, zatopiłam się we wspomnianej tu kiedyś lekturze „Przepiórki w płatkach róży” autorstwa Laury Esquivel, którą to praktycznie przeczytałam tam w całości – właśnie tam.

Powieść składa się z 12 rozdziałów, reprezentowanych przez poszczególne miesiące – odpowiadają one konkretnej potrawie, do której są podane składniki, a w trakcie ich przygotowywania toczy się akcja – wygląda to następująco:

STYCZEŃ – Gwiazdkowe bułeczki (podawane na gorąco bułki nadziane sardynkami, kiełbasą, cebulą, chile i lebiodką)

LUTY – Tort weselny chabela (biszkopt z dodatkiem skórki cytrynowej, przełożony morelową marmoladą, pokryty nugatem i lukrem z gotowanego cukru granulowanego)

MARZEC – Przepiórki w płatkach róży (gotowane w sosie z kasztanów, miodu, czosnku, soli, mączki kukurydzianej, płatków róż i esencji różanej)

KWIECIEŃ – Mole (czyli sos czekoladowy z chilli) z indyka z migdałami i ziarnem sezamowym

MAJ – Kiełbasa na sposób północny (doprawiona chile ancho, kminkiem, lebiodką, pieprzem, goździkami i czosnkiem)

CZERWIEC – Zapałki (guma arabska+fosfor+saletra+minia+szafran)

LIPIEC – Zupa ogonowa (podana z pokrojonymi ziemniakami, fasolką szparagową i pomidorami)

SIERPIEŃ – Champandongo (zapiekanka przekładana warstwą śmietany, placków tortilli, farszu mięsnego z pomidorami, orzechami, migdałami oraz cykatą, polana sosem mole i oprószona żółtym serem manchego)

WRZESIEŃ – Czekolada i kołacz na Święto Trzech Króli (ręcznie ubijana gorąca czekolada z gęstą pianą wykonana z samodzielnie przygotowanej na palonych ziarnach kakaowca czekolady i ciasto drożdżowe uformowane na kształt obwarzanka, wypełnione i obsypane kandyzowanymi owocami oraz cukrem)

PAŹDZIERNIK – Torrejas (smażone na oleju śmietanowe kwadraciki, oblane syropem ze skórką pomarańczową, anyżkiem oraz goździkami i posypane cynamonem)

LISTOPAD – Fasola na sposób tezcucański (gotowana z listkami tequesquite i mięsem biała fasola podana z tartym serem, przybrana świeżymi listkami sałaty, plasterkami awokado, posiekanymi rzodkiewkami, strączkami chile i oliwkami)

GRUDZIEŃ – Chile w sosie orzechowym (nadziane cebulą, mięsem, kminkiem, cukrem, brzoskwiniami, jabłkami, orzechami, rodzynkami i migdałami strąki chile zalane sosem śmietanowo-orzechowo-serowym, udekorowane owocami granatu)

A akcja rozgrywa się na ranczo, w czasie meksykańskiej rewolucji, gdzie skupiają się losy rodziny De La Garza, w której gotowanie odgrywa bardzo istotną rolę, wydaje się być wręcz namiętnością, roztaczającą zapach ciasta śmietanowego, zupy makaronowej, tymianku, liści laurowych, kolendry, ciepłego mleka, czosnku, cebuli czy fasoli, dodatkowo spotęgowaną wraz z przyjściem na świat najmłodszej z 3 córek - Josefity określanej Titą, która z powodu utraty przez Mamę Elenę pokarmu (zaniknął po niespodzianej śmierci męża Juana, który padł na zawał, bo przypadkiem dowiedział się o romansie żony z Mulatem José Treviño – owocem tej zakazanej, lecz wielkiej i prawdziwej miłości jest najstarsza córka Gertrudis), od najmłodszych lat,  wśród kukurydzianych kleików, ziołowych herbatek i bulgoczących garnków, przebywa ze służącą Chenchą i podstarzałą kucharką Nachą w kuchni, ucząc się tajemnej wiedzy kulinarnej i nabierając przeświadczenia, że zapachy mają to do siebie, że przywodzą na pamięć przeszłość z wszystkimi jej dźwiękami i pachnieniami, niemożliwymi do powtórzenia w chwili obecnej, co po zejściu z areny życia 85-letniej mistrzyni pichcenia przyczynia się do nominowania jej na oficjalną kucharkę. Decyzja ta wypełnia ją radością i napawa dumą, ale gdy pewnej wigilijnej nocy pod wpływem wzroku Pedra Muzquiza  16-letnia wówczas Tita doznaje uczucia niczym wrzucony do rozgrzanego oleju, pokrywający pęcherzykami pączek, już wie, że poza jedzeniem są również inne zmysłowości – wtedy sama sobie zaświadcza, że będzie go kochała zawsze.

Niestety te marzenia błyskawicznie rozdeptuje matka, przypominając, iż funkcjonuje tu zasada: najmłodsza córka ma obowiązek być przy matce i opiekować się nią aż do śmierci, stąd odda mu rękę, ale 2 lata starszej Rosaury; w tym domu dialog nie jest najlepszą formą komunikacji – należy zaakceptować pokornie rozkazy i kropka. Ku ogromnemu zaskoczeniu chłopak przystaje na tę propozycję, stąd pożądanie zrozpaczonej Tity zastępuje bezbrzeżna pustka i bolesny chłód, czego konsekwencją jest tworzenie na szydełku kołdry, będącej mieszaniną barw, faktur i form, do której zrobienia używa wszelkich dostępnych włóczek.

Żar roznieca się na nowo, gdy w trakcie wesela Pedro wyszeptuje jej do ucha, że ten ślub był jedynym sposobem na to, by mógł być blisko niej – odtąd zaczynają tworzyć specyficzny związek poprzez jedzenie; te lubieżne zapachy, smaki i struktury, jakimi go częstuje, to w jaki sposób gotuje – uwodzi, bo tak jak kochankowie przez dotyk, zapach ukochanej osoby czy też wzajemne pieszczoty wstępnej gry miłosnej wiedzą, że nadchodzi moment intymnego zbliżenia, tak też i tamte dźwięki, i zapachy (…) były oznaką, że zbliża się prawdziwa rozkosz.

Uwodzi do tego stopnia, że emocje, jakie zostają tam dołożone, odbijają się również na pozostałych osobach: łzy wmieszane do weselnego tortu przygnębiają wszystkich gości, a różane przepiórki tak rozpalają Gertrudis, że nie może się ochłodzić pod prysznicem, bo krople wody wyparowują zanim zdążą ją musnąć, z kolei wonność jej ciała, wzmożona seksualnym głodem, przywodzi villistę Juana, który wciąga ją na swojego konia i gasząc ogień trawiący trzewia uwozi hen hen przez pola i lasy; a smak wolności tak przypada jej do gustu, że najpierw zatrudnia się w burdelu, a potem zostaje generałem wojsk rewolucyjnych.

Wynaturzona rodzicielka wyrzeka się jej, paląc akt urodzenia, do tego na tyle dobrze kontroluje sytuację między Pedrem a Titą, że oddelegowuje nowożeńców do San Antonio, by zamieszkali u jej ciotecznego brata, gdzie dochodzi do prawdziwej tragedii: w konsekwencji nieodpowiedniego żywienia umiera Rober – syn Pedra i Rosaury, czego Tita nie może przeboleć, więc rozpętuje istną awanturę, za którą matka postanawia zamknąć ją w domu dla obłąkanych. Traf chce, że mający w tym pomóc owdowiały, samotnie wychowujący syna AlexaDoktor John Brown, zakochuje się w dziewczynie i zabiera ją do swojego domu, gdzie ta nabiera sił do ostatecznego sprzeciwu, odzyskuje spokój ducha, zaczyna emanować radością, poznaje trudniącą się medycyną naturalną indiańską babkę Kikapu oraz przyjmuje oświadczyny lekarza.

Jednak pomimo twardego zamiaru odcięcia się od rancza, na wieść o okrutnej napaści, w wyniku której matka zostaje sparaliżowana od pasa w dół, postanawia wrócić, lecz odtąd nie jest już tak bezmyślnie posłuszna. Wstrętne matczysko tak strasznie nie może się z tym pogodzić, że oskarża ją o podtruwanie, a żeby się przed tym ochronić spożywa wywar z ipekakuny – bierze go tak dużo, że umiera w potwornych męczarniach, którym towarzyszą spazmy i gwałtowne konwulsje. Ten dramat doprowadza do przedwczesnego porodu kolejnego dziecka: Rosaura rodzi Esperanzę.

Tak oto znika przeszkoda szczerego uczucia tej dwójki (bo z Johnem rozstaje się w zgodzie), która odtąd spotyka się w „ciemnym pokoju”, by urzeczywistniać buzujące w nich namiętności, które jeszcze z zaświatów stara się przytłumiać mama Elena (na przykład oblewa Pedra naftą i podpala), zaś świadoma wszystkiego Rosaura, w akcie wymuszonej pokuty za odebranie siostrze wybranka, histerycznie i nienawistnie wyraża zgodę na te rozwiązłości, wszak nie pozwala na rozwód, bo co ludzie powiedzą.

I kiedy po nagłej śmierci Rosaury (z powodu niedrożności jelit) mieliby już być otwarcie szczęśliwi, kiedy rytmiczne uderzenia zagłówka o ścianę i ich gardłowe, niepowstrzymywane miłosne jęki zmieszały się z wrzawą podnoszoną przez tysiące gołębi, które krążyły nad dachem w wielkim zamieszaniu, szósty zmysł nakazywał ptakom jak najprędzej opuścić ranczo. To samo zrobiły inne zwierzęta: krowy, świnie, kury, przepiórki, barany i konie (…) W tym momencie z rozpalonych ciał Pedra i Tity zaczęły sypać migotliwe iskry. Od nich zajęła się kołdra, a od kołdry całe ranczo. Co za szczęście, że zwierzęta zdążyły uciec w samą porę i uniknęły pożaru! „Ciemny pokój” zamienił się w wulkan w stanie erupcji. Miotał kamienie i popiół we wszystkie strony. Kamienie wybuchały wysoko w powietrzu i rozpryskiwały się na tysiące kolorowych światełek Pedro z tego nadmiernego upojenia postanawia stuknąć w kalendarz, a w ślad za nim, po zjedzeniu pudełka zapałek podpalonego miłosnymi wspomnieniami, podąża ukochana Tita – tam są już razem, na wieki.

„Przepiórki w płatkach róży” to taki iberoamerykański harlequin, taki tasiemiec telewizyjny, telenowela (nawiasem: akurat „Zbuntowanego Anioła” i „Marię Isabelę” uwielbiałam) z elementami baśniowości, kuglarstwa, wróżebności, w którym przez wzgląd na zastosowanie realizmu magicznego wszystko jest możliwe, więc zatwardziały realista zapewne w niektórych momentach odczuje irytację, ale chyba o to chodzi by ta trzeźwość skłębiła się z wyobraźnią, rozmyła, bo zazwyczaj tak właśnie pisana jest historia – na podstawie relacji naocznych świadków, których wersja nie zawsze odpowiada rzeczywistości - ten świat postrzega się emocjami.

Aczkolwiek tym, co mnie najbardziej zezłościło nie był nawet ten wszechobecny nonsens, to miłosne bajdurzenie, tylko dosłowność, naturalizm, okrucieństwo względem zwierząt: skręcanie przepiórczych szyjek (jedna na tyle nieudolnie, że biegała po kuchni, ze zwisającą na bok głową, skarżąc się żałośnie), „spożytkowanie prosiaka”, faszerowanie masą kiełbasianą krowich kiszek, napełnianie martwych kur ziarnem pszenicy lub owsa i zasypywanie popiołem, tuczenie indyków małymi orzeszkami na 15 dni przed zabiciem albo sposób ich kastrowania… no litości…

Nie jest to pozycja dla mnie, ale nie jest to również opowieść, która doszczętnie mnie znudziła, bo po pierwsze jest napisana dość przystępnym językiem, a po drugie liczy zaledwie 237 stron i to wcale nie najmniejszą czcionką (Wydawnictwo Znak Literanova, 2013 rok).

Muszę jednak przyznać, że tej książce nie można odmówić jednego: tutaj wręcz gorzeje od uczuć i kuchennych pasji, a podane w trakcie upływającej historii, gdzieś pomiędzy wersami przepisy pięknie pachną, lecz wymagają wielu produktów oraz ogromnego nakładu pracy, bo są naprawdę skomplikowane.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Skomentuj

Kruche rogaliki kokosowe w pudrze

Tkwię tutaj, tłumiąc w sobie jakieś narastające protesty wewnętrzne, a wiatr wieje, brutalnie uginając bezlistne gałęzie smutnych drzew. Niestety mam świadomość, że Los zawsze zrobi swoje, i co ja mu na to, no co? Mogę sobie podskakiwać, a on i tak szyderczy drań. Ludzie przy Nim są niczym; pyłem, którego pozbędzie się jednym żałosnym dmuchnięciem.

Słyszę rozpaczliwy dźwięk nadjeżdżającej karetki, bo ktoś właśnie przeżywa swój prywatny dramat – życie składa się z dramatów, ale tak naprawdę są one nimi, gdy osobiście się ich doświadczy.

Szczególnie potworne w tym wszystkim jest to, że świat dalej istnieje: rzeka płynie niewzruszona, sikorka skubie dyndającą na nitce słoninkę, kiełkują pierwiosnki, krzewy puszczają pączki, słońce świeci, deszcz stuka w okienną szybę, ludzie się śmieją, płaczą, śpią, jedzą, tańczą, pracują, kochają i nienawidzą, minuta upływa po minucie, jesień poprzedza zimę, a po niej wiosna, potem lato, sklepy otwarte, podział na okres szkolny i wakacyjny aktualny, to samo z dniem i nocą, sesja na studiach następuje, autobusy jeżdżą według starego rozkładu – a komuś właśnie zawaliło się życie i go denerwuje, że to takie niezmącone, bo u niego już zawsze będzie inaczej, gorzej.

Nie chce mi się myśleć, bo wtedy dół nie ma końca; wciąż spadam i nie mogę stopami dotknąć ziemi.

Egzystuję w alternatywnej przestrzeni, za jakimś szkłem. Dźwięki są zagłuszone, ale ja lubię ciszę, choć bywa kłopotliwa dla nadmiaru rozważań. Wszystko wydaje się takie nierealne i niech takie zostanie.

Realny jest za to ten poranny widok, najsłodszy i najpiękniejszy (Ofelia troszkę naburmuszona, bo kto to widział psa z samego rana wyciągać z zagrzanej, pachnącej płynem do płukania i perfumami pościeli, by prowadzać na spacer pośród mrozu i ciemności? A Klara? Klara nieustannie jest uśmiechnięta – to taka urocza optymistka, puchate maleństwo z oczami krągłymi i błyszczącymi jak u misia) – nie wyobrażam sobie rzeczywistości bez zwierząt. Daj Boże sposobność, to zaadoptuję całe zoo.

Z innej beczki: zachwycam się od 3 dni marchewkowo-malinowo-imbirową herbatą – jest cudowna! Ciekawi mnie też jak smakuje ta z pietruszką i limonką, ale ponieważ lubię smak pietruszki to pewnie i ta przypadłaby mi do gustu.

A jak już mowa o herbacie, to zaproponuję do niej kruche rogaliki maślano-kokosowe obtoczone w słodkim cukrze pudrze: absolutnie bezpretensjonalne, chrupiące, przepyszne, proste i szybkie do wykonania, nie wymagające składników z kosmosu – nawet nie wiadomo kiedy wypełnia się nimi cała patera.

Idealna propozycja na nadchodzące święta ;)

Przepis na kruche rogaliki kokosowe w pudrze (mi wyszło 40 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/ )

Składniki:

  • 200 g mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g miękkiego masła
  • 150 g drobnych wiórków kokosowych (najlepsze są w LIDLU, takie w niebieskim opakowaniu; jeśli ma się akurat większe, to wystarczy zmielić je w młynku do kawy)
  • 80 g cukru pudru
  • 1 jajko
  • szczypta soli

Dodatkowo:

  • cukier puder (do obtoczenia)

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć z cukrem pudrem i solą na puch, potem, cały czas ucierając, dodać jajko. Na sam koniec wsypać mąkę oraz wiórki kokosowe – wymieszać do połączenia się składników. Powstałe ciasto uformować w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 1-2h.

Po upływie wskazanego czasu odrywać nieduże fragmenty ciasta i ręcznie formować z nich rogaliki, które należy poukładać na wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia blaszce (nie trzeba robić tego w dużych odstępach, ponieważ ani nie rosną, ani się nie rozlewają).

Piec około 15 minut, w temperaturze 180°C.

Wyjąć. Wystudzić. Obtoczyć w cukrze pudrze.

Opublikowano Przepisy, Rogaliki | Skomentuj

Wegański piernik bananowy z powidłami porzeczkowo-jabłkowymi, polewą karobową, suszonymi figami, białą morwą i orzeszkami pinii

Weganie też muszą mieć coś słodkiego na świątecznym stole, więc jeśli chodzi o mnie to w tym roku oddałam serce i podniebienie temu oto wilgotnemu, kleistemu, mięciutkiemu, niesamowicie aromatycznemu piernikowi, który przełożyłam kwaśnymi, bezcukrowymi powidłami porzeczkowo-jabłkowymi, z kolei z wierzchu oblałam gęstą, błyszczącą polewą karobową [karob, inaczej określany mączką chleba świętojańskiego, jest zdrowszą alternatywą dla gorzkiego kakao: po pierwsze jest znacznie słodszy w postaci surowej, bo ma wyczuwalny posmak karmelu, po drugie jest mniej kaloryczny, po trzecie to bogactwo cennych pierwiastków, błonnika oraz witamin (w tym witaminy B12), po czwarte nie zawiera substancji stymulujących typu kofeina czy teobromina, po piąte wspomaga naturalną odporność organizmu, po szóste jest tańszy od prawdziwego, dobrego gatunkowo kakao, po siódme reguluje poziom glukozy we krwi, po ósme obniża zły cholesterol, no i po dziewiąte: można go stosować w wielu zaburzeniach żołądkowo-jelitowych - same plusy!] i obsypałam suszonymi figami, białą morwą oraz przyjemnie chrupiącymi orzeszkami pinii.

Jest naprawdę przepysznie. Niebanalnie, lecz w wykonaniu prosto. Bez dodatku rafinowanego cukru. Bez glutenu. Jest zdrowo. Jest świątecznie ;)

Przepis na wegański piernik bananowy z powidłami porzeczkowo-jabłkowymi, polewą karobową, suszonymi figami i białą morwą (forma o wymiarach 20x20cm ) (zainspirowałam się przepisem z bloga: http://www.truetastehunters.com/; podaję z moimi zmianami)

Składniki:

Ciasto:

  • 3 dojrzałe banany 
  • 100 g syropu klonowego 
  • 2 łyżki melasy 
  • 60 ml oleju sezamowego albo orzechowego 
  • 100 g mąki sojowej 
  • 80 g mąki orzechowej 
  • 80 g mieszanki mąk bezglutenowych 
  • 2 łyżki skrobi kukurydzianej 
  • 2 łyżki karobu 
  • 100 g rodzynków rozmoczonych w wodzie lub w likierze amaretto 
  • 1 płaska łyżeczka cynamonu 
  • 2 płaskie łyżeczki imbiru 
  • 4 płaskie łyżeczki przyprawy do piernika 
  •  2 płaskie łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia 
  • kilka kropel esencji migdałowej

Polewa karobowa (przepis pochodzi z bloga: https://mamaalergikagotuje.pl/):

  • 50 g oleju kokosowego 
  • 2 łyżki melasy 
  • 2 łyżki karobu 
  • 4 łyżki mleka sojowego 
  • 2-3 kropelki esencji waniliowej lub migdałowej

Dodatkowo:

  • ulubione powidła do przełożenia (u mnie bezcukrowe porzeczkowo-jabłkowe, ale pewnie świetnie sprawdzą się też śliwkowe) 
  • 4 suszone figi 
  • garstka suszonej białej morwy 
  • garstka orzeszków pinii

Sposób przygotowania:

Banany rozgnieść widelcem i dokładnie połączyć z pozostałymi składnikami (rodzynki wcześniej rozmoczyć w wodzie lub w likierze).

Ciasto przełożyć (będzie miało kleistą konsystencję, ale takie ma być) do wyłożonej papierem do pieczenia blaszki – wyrównać.

Piec około 40-45 minut, w temp. 180°C (wstawić do nagrzanego piekarnika).

*patyczek wkładany do ciasta może, a nawet powinien być wilgotny, ale nie może pozostawać na nim surowe ciasto

Wyjąć. Wystudzić. Przekroić na dwa blaty. Pierwszy blat posmarować powidłami i przycisnąć drugim blatem. Z wierzchu oblać polewą (zagotować wszystkie składniki, energicznie mieszając, by polewa stała się gładka i błyszcząca; jeśli wypłynie ponad nią trochę oleju, to po prostu trzeba go wylać) i obsypać pokrojonymi figami, morwą i orzechami.

Opublikowano Przepisy, Wegańskie | Skomentuj

Hałaśliwa muzyka, cukierkowe przestrzenie, osobiste neurozy i upadłe marzenia, czyli „Na karuzeli życia” w reż. Woody’ego Allena

Jako dziecko kochałam wesołe miasteczka: ten wszechobecny kicz, jaskrawe kolory, plakat na plakacie, pstrokacizny, zapach kleistej, chemicznie barwionej waty cukrowej i słonego, wsypywanego do papierowego rożka popcornu, katarynkowe melodyjki i te bardziej psychodeliczne, jakby zaraz zza napędzanej pacholęcymi nogami beczki śmiechu miał wyskoczyć upudrowany klown-zabójca, opieszale kręcący na tle letniego błękitu ogrom diabelskiego młyna i stukot chwiejących się wagoników wątpliwie bezpiecznej kolejki górskiej, zmory ukryte w domu strachów, huki na strzelnicy, trzaski rozbijanych butelek i świsty strzał rzucanych do tarczy w celu zdobycia największego misia bądź czegokolwiek, szum sztucznych wodospadów, uzyskujące nieprawdopodobną skalę krzyki oraz piski uradowanych, człekokształtne korowody do kas biletowych, spływy rwącymi rzekami, ciągutki, irysy i kwaśne żelki sprzedawane na sztuki, hipnotyzujące balony z helem i te formowane na miejscu w różowego pudla lub fioletowego hipopotama, błyszczące wiatraki, plastikowe żetony, bąbelki pękające w gazowanych napojach, czekoladowo-waniliowe lody z automatu i karmelowe szyszki z ryżu preparowanego, łańcuchowe karuzele zakończone huśtawką, niesłychanie rozpędzone filiżanki, wirujące falbaniaste parasolki i takie powolne koło z przytwierdzoną Myszką Miki, bogato zdobioną karocą czy uśmiechniętym delfinem, dmuchane zamki, trampoliny, ukwiecone ogrody, rozgrzane słońcem zjeżdżalnie, skwar wylewany z nieba wiadrami, słomiane kapelusze przystrojone kokardami, tekturowe daszki, nakrapiane okulary z przyciemnianymi szkiełkami, maszyny z pierścionkami i brokatowymi piłeczkami z kauczuku, labirynty luster, bajkowe pałace, iluzjonistów, karciarzy i tych przebranych za mega maskotki, ale chyba najbardziej lubiłam tę wyczuwalną beztroskę, tę całodniową zabawę z mamą, tatą i bratem – to, że w tej cętkowanej tandecie, w tym niemożebnym szale byliśmy razem (choć rozdzielaliśmy się w momencie, gdy ja szłam z tatą na karuzelę, a mama z bratem na samochodziki); te atrakcje, smaki, zapachy i emocje należały wtedy do Nas, więc mieliśmy okazję zanotować je w pamiętnikach własnych umysłów, i tak też się stało. Wtedy nawet tłum, nawet hałas i towarzyszący im upał nie były w stanie zepsuć radości czasu spędzanego wspólnie w wesołym miasteczku, który zdarzał się tylko raz w roku, ale prawdopodobnie dzięki temu roztaczał wokół tak magiczną aurę.

A teraz jest inaczej, gorzej albo ja jestem za stara i mam zbyt wiele pretensji do świata; gdzieś zniknęła ta niefrasobliwość, ten bublowaty wdzięk, tęczowy szron w fikuśnych kubeczkach jest po prostu wstrętny, w tle leci supergłośna muzyka elektroniczna i aż roi się od nawołujących do swoich stoisk kanciarzy.

To już nie jest to samo i już nigdy nie będzie tak samo – ja to wiem i dlatego tak tęsknie dumam, popijając lemoniadową herbatę z bazylią, cykorią, dziką różą oraz lukrecją, a dumam, bo obejrzałam ostatnio film – „Na karuzeli życia” w reż. Woody’ego Allena, na który zabrał mnie mój prywatny Mikołaj, uprzednio zapraszając do kawiarni „Mount Blanc” na przepyszne korzenno-dyniowe cappuccino z cynamonem

sam racząc się mleczną czekoladą z konfiturą malinowo-truskawkową ;)

Bo akcja rozgrywa się w latach 50. XX wieku właśnie w różnobarwnym, jazgotliwym, szmirowatym, jakby odrealnionym lunaparku na półwyspie Coney Island, gdzie po zrujnowaniu zdradą swojego małżeństwa zamieszkała sfrustrowana niespełnionymi ambicjami Ginny (Kate Winslet), która skrycie, przywdziewając strojne suknie, wzdycha za nie przypieczętowanymi absolutnie żadnymi sukcesami rolami teatralnymi, a zamiast tego, na co dzień, nalewa piwo w nędznym lokalu i z wymuszonym uśmiechem walczy o napiwki. Niestety estetycznego ukojenia nie znajduje również po powrocie do ubogiej, mieszczącej w centrum znienawidzonej rozrywki chałupce, bo tam czeka na nią będący na alkoholowym odwyku, niezbyt zaradny, raczej prymitywny niż wzniosły, niegdyś owdowiały operator karuzeli Humpty (Jim Belushi), z którym tak naprawdę wzięła ślub z rozsądku, bo mimo wszystko to poczciwy chłopina, choć sam nie potrafi sobie radzić z problemami oraz wykazujący piromańskie zamiłowanie, stawiający kino ponad naukę syn z poprzedniego związku - Richie (Jack Gore), co zwyczajnie doprowadza ją do szału i sprzyja nawracaniu uporczywej migreny. Zawiedziona rzeczywistością kobieta stara się wypełnić tę egzystencjalną pustkę w dużo młodszych ramionach przystojnego ratownika a niedoszłego poety Mickey’a (Justin Timberlake), a wdając się z nim w absurdalny, nie mający przyszłości romans, liczy na wyrwanie z lichego półświatka i realizację porzuconych marzeń. Jakby tego było mało, po latach milczenia, niespodziewanie przybywa tu jej pasierbica Carolina (Juno Temple), by nie tylko schować się przed chcącymi pomścić jej długi język zbirami, na czele których stoi zacny oblubieniec, ale też zaburzyć ten nieszczęsny plan ucieczki, bowiem donkiszotowski amant zaczyna przychylnie na nią zerkać, a i Humpty ześwirował, że córunia raczyła się odezwać, więc praktycznie pada do jej stópek, z kolei Ginny – Ginny kompletnie schizuje i postanawia trochę się zemścić, co w zasadzie nie zmienia jej zgnuśniałej monotonii; wydaje się być bezradna wobec ciążącego nad nią fatalizmu, jakby nie zdając sobie sprawy, że sama podejmuje kiepskie decyzje, których konsekwencje ciągną się za nią latami.

„Na karuzeli życia” to nie jest jakaś kongenialna, charyzmatyczna, nacechowana aurą niesamowitości, błyskotliwym humorem i nadzwyczaj łzawym tragizmem historia, gdzie trzeba doszukiwać się szczególnej głębi, bo to opowieść o mrokach tak dobrze znanej, wypełnionej rozterkami, zniechęceniem, nieodpowiednimi postanowieniami, sprzecznościami, roztrzaskanymi fantazjami, namiętnościami, zdradami i wygórowanymi celami powszechności, którą nieznacznie tuszuje epizodyczny gwar i chwilowe zabarwienie, a potem… potem karuzela wraca do punktu wyjścia, i kręci się, kręci, a z nią człowiek, wciąż powtarzając te same błędy.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/82/28/788228/7810431.6.jpg

źródło ilustracji: http://www.hollywoodnews.com/wp-content/uploads/2017/10/DLTCB4_UQAM4kVf.jpg

źródło ilustracji: https://www.heyuguys.com/images/2017/09/Wonder-Wheel_10.jpg

źródło ilustracji: https://i1.fdbimg.pl/kifvvfx1/2000x1336_ozyiil.jpg

źródło ilustracji: http://moviesroom.pl/images/0.5.Pazdziernik-Listopad/Pietrzak/Wonder-Wheel-8-1600×900-c-default.png

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/ph/82/28/788228/730816_1.2.jpg

źródło ilustracji: https://t-eska.cdn.smcloud.net/common/j/u/s/ju2407318SeIV.jpg/ru-0-r-650,0-n-ju2407318SeIV_na_karuzeli_zycia_justin_timberlake_i_6_innych_powodow_zeby_isc_.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Skomentuj

Kryształowe bałwanki

Dzisiaj kolejny przepis na świąteczne ciasteczka – tym razem są to delikatne, kruchutkie, maślano-waniliowe bałwanki sowicie oprószone grubymi kryształami cukru ;)

Przepis na ciasteczka jest nieskomplikowany; nie wymaga ani dużego nakładu pracy, ani jakichś wyszukanych składników – to taka ciasteczkowa baza, z której można wycinać kształty na rozmaite okazje.

W swojej wersji zrezygnowałam z dodatku skórki otartej z cytryny i zastąpiłam ją łyżeczką aromatu waniliowego, bo tak wydaje mi się bardziej zimowo; cytrynę zostawię na orzeźwiającą wiosnę.

By uniknąć rozpływania się ciasteczek należy bardzo dobrze schłodzić ciasto (autorka sugeruje minimum 30 minut, ale ja włożyłam je na całą noc do lodówki), a podczas gdy pierwsza partia ciasteczek będzie siedziała w piekarniku, drugą najlepiej umieścić w lodówce.

Ciastka nie rosną, więc nie muszą być układane na blaszce w dużych odstępach; tylko cudownie złocą się na brzegach (choć generalnie mają pozostać jasne) – i właśnie wtedy kończy się czas ich pieczenia, a trwa to naprawdę króciutko (przy dobrze rozgrzanym piekarniku około 5-7 minut).

Polecam :)

Przepis na kryształowe bałwanki (mi wyszło 35 sztuk(Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; nadałam im świąteczny kształt, zrezygnowałam ze skórki otartej z cytryny i dodałam cukier)

Składniki:

  • 335 g mąki pszennej (tortowej)
  • 100 g cukru pudru
  • 250 g zimnego i posiekanego masła
  • 1 jajko
  • 1 łyżka zimnej wody
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego

Dodatkowo:

  • 1 białko
  • cukier gruby kryształ

Sposób przygotowania:

Wszystkie składniki umieścić w misce i dość szybko zagnieść z nich ciasto, które należy owinąć folią i schłodzić w lodówce przez 1h.

Po tym czasie ciasto rozwałkować na grubość 3 mm (można delikatnie podsypać mąką) i wyciąć ciasteczka w kształcie bałwanków (lub w innym świątecznym).

Z wierzchu posmarować białkiem i oprószyć cukrem grubym kryształem.

Piec około 5-7 minut, w temperaturze 190°C (wstawić do nagrzanego piekarnika).

Wyjąć, chwilę odczekać i dopiero wtedy  zsunąć z blaszki (ciepłe mogą się pokruszyć).

Opublikowano Ciasteczka, Przepisy | Skomentuj