Tarta truskawkowa z serem

Lato to taka pora roku, która w wypiekach najbardziej kojarzy mi się z kruchą, maślaną tartą (bądź mniejszymi tartaletkami) wypełnioną rozmaitymi kremami, frużelinami, wiórkami czekoladowymi i całą masą kolorowych, koniecznie świeżych owoców – takie też przeważnie piekłam do tej pory (z wyjątkiej pleśniowych z bezą, winogronowo-borówkowych z zapiekanym jogurtem greckim czy tej rustykalnej z marcepanem i śliwkami), ale wczoraj postawiłam na taką trochę inną, wytworną, strojną, obfitującą w czerwoniutką, soczystą galaretkę wykonaną na bazie owoców oraz wiśniowej nalewki i uwaga: delikatnej, kremowej masy sernikowej, która pasuje tutaj idealnie. Do tego truskawki oblane mleczną i białą czekoladą, dodatkowo obtoczone w orzechach laskowych i wiórkach kokosowych – jest pięknie, jest pysznie.

To prawdziwa ozdoba letniego stołu, która spokojnie może zastąpić urodzinowy tort ;)

A tutaj przepisy na inne tarty dostępne na blogu:

1. Tarta NIEBO: z jagodami, kremem z białej czekolady i bezami

2. Tarta z czereśniami i gorzką czekoladą

3. Tarta morelowa

4. Tarta z kremem migdałowym i owocami

5. Rustykalna tarta z marcepanem i śliwkami

6. Kakaowe tartaletki z owocami (z chrupiącym czekoladowo-orzechowym brzegiem)

7. Mini tarty z pieczonym jogurtem greckim i świeżymi owocami

8. Tartaletki z kremem czekoladowym oraz gruszkami

9. Kruche tartaletki z „pleśnią”

Przepis na tartę truskawkową z serem (forma do tarty o średnicy 25 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://gotowaniecieszy.blox.pl/html; pominęłam kruszonkę) Składniki: Ciasto:

  • 1 i 2/3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/3 szklanki cukru
  • 100 g masła
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżka śmietany 18%

Masa truskawkowa:

  • 900 g mocno dojrzałych truskawek
  • 100 ml wiśniówki lub soku wiśniowego
  • 120 g cukru
  • 25 g żelatyny (rozpuszczonej w niewielkiej ilości wody)

*w wersji wegetariańskiej żelatynę należy zastąpić agarem (a ten, by dobrze zażelował, trzeba chwilę w owocach pogotować – około 30-40 sekund) Masa serowa:

  • 500 g twarogu sernikowego (użyłam twarożku „WIELUŃ. Mój Ulubiony”)
  • 0,5 szklanki cukru
  • 2 jajka
  • 0,5 opakowania budyniu o smaku waniliowym

Dodatkowo:

  • 10 truskawek
  • 50 g mlecznej czekolady
  • 50 g białej czekolady
  • orzechy laskowe
  • wiórki kokosowe

Sposób przygotowania:

Podane składniki zagnieść do momentu aż powstanie kula. Ciasto rozwałkować, wyłożyć nim wcześniej wysmarowaną masłem i oprószoną bułką tartą formę na tartę, ponakłuwać widelcem i schłodzić w lodówce przez 2h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto przykryć papierem do pieczenia, który należy obciążyć kulkami ceramicznymi, ryżem lub fasolą (by nie urosło podczas pieczenia). Wstawić do nagrzanego na 190°C piekarnika na 20 minut, potem zdjąć obciążenie oraz papier i piec kolejne 15 minut (musi się zarumienić z wierzchu).

Upieczone ciasto odstawić do całkowitego wystudzenia.

W tym czasie należy przygotować obie masy.

Składniki na masę serową wrzucić do miski, zmiksować i wlać do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 18 cm, po czym wstawić do nagrzanego na 160°C piekarnika na 1h (ja piekłam jakieś 15 minut dłużej, aż wierzch stał się ścięty i sprężysty, a na patyczku nie pozostawał surowy ser).

Masę serową odstawić do wystygnięcia.

Połowę truskawek zmiksować z cukrem, a drugą połowę pokroić na ćwiartki – jedne i drugie przełożyć do garnka, zagotować, wlać wiśniówkę lub sok wiśniowy, pogotować na wolnym ogniu jeszcze minutę, po zdjęciu z ognia dodać cienkim strumykiem żelatynę i energicznie wymieszać aż do jej rozpuszczenia.

Masę truskawkową odstawić do wystygnięcia, a kiedy zacznie tężeć przelać ją na wyjęte z formy i umieszczone na paterze ciasto, po czym wstawić je do lodówki.

Kiedy masa truskawkowa stężeje, delikatnie wyjąć sernik z tortownicy i ułożyć go na środku masy truskawkowej.

Dookoła masy serowej ułożyć truskawki zatopione w rozpuszczonej w kąpieli wodnej mlecznej czekoladzie obtoczonej w posiekanych orzechach laskowych oraz białej czekoladzie obtoczonej w wiórkach kokosowych (aby truskawki dobrze się trzymały trzeba nabić je na wykałaczki).

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Warszawa – część I

Suniemy między cudzymi historiami, w umysłach, sercach, fantazjach oraz wspomnieniach ściskając własną, pokolorowaną farbą utraconych i tlących się nadziei. Wiatr wślizguje się cieniutkim strumyczkiem przez delikatnie uchyloną szybę, masując skronie zmęczonej głowy, jednocześnie chroniąc ją przed uporczywie nacierającym bólem. Znienawidzone okulary przeciwsłoneczne kształtu kociego rozsiadły się na nosie, pozwalając oczom na swobodną obserwację zaoknowego otoczenia i tego gdzieś tam chomikowanego w najskrytszych zakamarkach duszy. Dobrze zająć się czymś, by nie myśleć, bo najgorszym cierpieniem jest to milczące, któremu brakło już łez, więc zatruwa się prywatnymi toksynami. Samochodową przestrzeń wypełnia przejmujący utwór Pudelsów „Bestie”, do którego tak naprawdę nie trzeba dodawać nic więcej, bo sam w sobie stanowi odpowiedni komentarz…

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=yUod-4OwJms)

Wczoraj widziałem wstrząsający film -
Ludzkie Bestie przemykały w nim:
jakiś sadysta znęcał się nad psem
zostawił go na torach i z uśmiechem
patrzył na jego śmierć.
Pani w długim futrze
ze zdzieranych żywcem skór
puszy się i mieni
odziana w cierpienie i ból.

Bestie w ludzkiej skórze
życie mają za nic.
Bestie w ludzkiej skórze
życie mają za nic.

Pewien glina z Lublina
miejscowy dzielnicowy
na łańcuchu ślepego psa trzyma,
choć na dworze sroga zima.
Ksiądz na religii dzieci uczy,
że zwierzęta nie mają duszy -
przez to głupie gadanie
wyrastają bezlitosne dranie.

Bez cienia skruchy i znieczulenia,
są zabijane bezbronne stworzenia. 

Bestie w ludzkiej skórze
życie mają za nic.
Bestie w ludzkiej skórze
życie mają za nic.

Bestie !!!

Jedziemy. Do Warszawy. My. Z ukwieconego zaułka do napakowanego świata.

Ponad 4 h rozmów przeplecionych milczeniem. Jeden solidny deszcz i trochę ciepłego blasku. Kilka wypitych kaw i jeszcze więcej postojów; w bardziej oraz mniej obskurnych przydrożnych toaletach.

Witaj Stolico.

Cóż masz nam do zaoferowania?

A więc w drodze do Hostelu „Henrix” (ja wiem, że w zderzeniu z innymi tamtejszymi noclegowniami naprawdę tanio, ale przyozdobiony rdzą i kamieniem prysznic oraz kran obrzydzały mnie potwornie; zresztą poplamiona tacka, na której stały kubki tudzież zapadnięte jakby od furiackiej pięści obszary w drzwiach i wątpliwie czystej ścianie, również) monumentalny Stadion Narodowy.

Potem przepełnieniem budynku zgaszone pragnienie spędzenia czasu w Centrum Nauki Kopernik, więc chwilowa koncentracja muśnięta zabawą na tym, co obok, w Parku Odkrywców – a są tam między innymi: szepczące rury, zwierciadła akustyczne, kamienna harfa, grające cymbałki do skakania i urocze drewniane owieczki.

I dalej tu-tup nieopodal podwieszanego na Wiśle Mostu Świętokrzyskiego

w odwiedziny do dzielnej Syrenki

na lewo od której podziwiałam rozwiane chabry bławatki

tego oto wróbelka

a nawet całe skryte w trawie wśród wrotyczów i białych koniczyn towarzystwo.

W drodze powrotnej do naszego czterokołowca otarłam się ramieniem o zielonkawą ścianę Biblioteki Uniwersyteckiej, genialnie przyozdobioną pnączami, rzeźbioną etiudą, notacją matematyczną i tekstami (staropolski, grecki, staroruski, arabski, hebrajski, sanskrycki), kompletnie nie mając świadomości, że na jej dachu znajduje się jeden z największych w Europie ogrodów (szczególnie mi żal, że nie zobaczyłam srebrnego i karminowego).

I choć zbiorami nie przewyższa tej Narodowej, to swoją prezencją na pewno – wystarczy spojrzeć:

A mijaliśmy ją, podobnie jak Teatr Dramatyczny (ze skrywaną zazdrością lustrowałam tych, co wystroili się na spektakl; nie dlatego, że się wystroili, tylko dlatego, że szli – sama najchętniej wybrałabym się na: „Wszyscy moi synowie”, „Obrzydliwcy”, „Sługa dwóch panów”, „Mistrz i Małgorzata”, „Romantycy”, „Tutli-Putli”, „Szalbierz” – i to nie losowo, lecz na każdy)

gdy podążaliśmy do Pałacu Kultury i Nauki.

Tam oczywiście, w celu dodatkowych wrażeń tudzież unaocznienia jak to wygląda z góry, wjechaliśmy na 30 piętro i zatopiliśmy wzrok w architektonicznej, murowanej, napstrzonej budynkami panoramie, z tak szerokimi ulicami, że przeważnie nim zdążyłam unieść do góry wykonany z elastycznego lacku but, to już rozpaczliwie migał zielony ludzik, oznajmiając, że w zadośćuczynieniu za te buty właśnie jeszcze chwilę sobie poczekam.

A że każdy z różnych powodów i na różne rzeczy w życiu czeka, to niech przynajmniej czeka tak, jak lubi (chociaż mnie osobiście te leżaki irytowały, bo natykałam się na nie tak często, że nie podejrzewałam, iż ustawią je nawet na tym tarasie widokowym).

A gdy zjechaliśmy na dół, to bez jakiegoś większego zastanowienia zawitaliśmy w Sali Marmurowej, aby zapoznać się z  Galerią Figur Stalowych, która trwa do 8 września, ale teraz już wiem, że warto wejść i zobaczyć nawet za dość sporą cenę biletów (normalny – 35 zł, studencki – 25 zł, ulgowy – 19 zł), bo wykonane przez grupę piekielnie utalentowanych rzemieślników projekty Mariusza Olejnika z elementów recyklingu złomu stalowego w postaci pojazdów oraz popularnych bohaterów z bajek, komiksów i filmów są tak spektakularne, tak efektowne, że aż zapiera dech w piersiach!

Zapiera do tego stopnia, że początkowo prześmiewczo spoglądaliśmy na rozgorączkowane dzieciaki, a potem… potem sami daliśmy się wciągnąć  do tego stopnia, że, gdy On przyciskał pedał…

…czynił chłodny łokieć w samochodzie

mierzył obwód szpinakowego mięśnia u Marynarza Popeye’a

chciał przechytrzyć Misia Yogiego i Boo-Boo, to ja…

…spoczywałam na tronie

…chciałam ukraść Buni ciasto z gumijagodami

poderwałam Pięknej Bestię (wcześniej siedziałam na kolanach u Spidermana, ale przez wzgląd na silną arachnofobię zrezygnowałam), ale na boku i tak…

…złapałam za kierownicę (naturalnie nie spostrzegłam, że drzwi są otwieranie, w efekcie po prostu wpakowałam się górą), a następnie…

…rozwiałam włosy na motorze

No co tu dużo mówić: poniosło nas po całości.

I tak podekscytowani, zamiast ochłonąć, skręciliśmy w bramę i wkroczyliśmy w dziewczyński świat, do Muzeum Domków dla Lalek, które w dzieciństwie kochałam miłością bezwzględną, zwłaszcza porcelanowe oraz Barbie (szkoda, że nie było wtedy Monster High, bo z pewnością zyskałyby moje uwielbienie) – a tam, tam cuda wszelakie, z zachowaniem takiej drobiazgowości, że głowa mała:

pełne przepychu, wielopokojowe, kilkukondygnacyjne

i te skromniejsze parterowe

z wzorzystymi tapetami, mebelkami, tkanymi dywanami, koronkowymi firankami

obfitujące w zastawy stołowe, obrazy i przymocowane spinaczami pranie

wspaniale wyposażona kuchnia

powalająca na kolana łazienka z kryształowym żyrandolem, wykładaną kafelkami wanną i unoszoną klapą od sedesu

telefony, pluszaki, poduszeczki i lalki bawiące się lalkami

wylajtowana nauczycielka po godzinach

i nie mniej wylajtowany pisarz odurzony procentami

apteka

urząd pocztowy

sklep z tkaninami

salon sukien ślubnych z fantastycznymi gorsetami i sprzedawanymi na metry tasiemkami

stragany z kwiatami

zielarka z szerokim wachlarzem ususzonych roślin, na której punkcie zwyczajnie oszalałam

szczurza szkoła

plaża

I fura lalek z rozlicznych zakątków świata, chociażby:

Bułgaria

Rosja

Hiszpania

Japonia

Finlandia

Poza tym owiana grozą i niezrozumieniem zagwozdka:

Jak bawić się zakonnicą w celi?

A jak zakonnicami, które pochowały inną zakonnicę?

W każdym razie opuściłam to miejsce oczarowana i rozczulona, bowiem przypomniałam sobie jaki piękny domek podarowali mi kiedyś rodzice: co z tego, że wściekle różowy, ale piętrowy, z RUCHOMĄ windą, mega wyposażoną kuchnią, gdzie z kranu leciała woda, sypialnią, salonem, pokojem gościnnym, łazienką i tarasem, na którym stał zestaw mebli z ogromnym parasolem oraz rozkładanymi leżakami, zaś na tylnej ścianie był wymalowany ogród, a zamieszkiwało go mrowie najprzeróżniejszych lalek.

Toteż by ostudzić emocje, tym razem jedynie okrążając Zamek Królewski oraz Kolumnę Zygmunta III Wazy

udaliśmy się do kawiarenki  GREEN CAFFE NERO, gdzie skosztowałam frappe z białą brzoskwinią

z kolei parę minut wcześniej Mój Mi On  w NITRO LODACH, czyli tych przyrządzanych z użyciem ciekłego azotu nabył malinowo-czekoladowe. Smakowo niestety nic nadzwyczajnego, choć faktycznie są bardziej kremowe, gładsze, pozbawione kryształków lodu, ale… czekoladę zastąpiła, uwaga: posypka czekoladowa (wyglądała jak ta, którą przykleja się do kruchych ciasteczek); bardziej chodzi o WOW, bo dym bucha z mikserów, a wiadomo, że jak się nie widziało to się zobaczyć chce, wszak człowiek nakręcony tymi wszystkimi MasterChefami.

W trakcie pobytu odwiedziliśmy i posmakowaliśmy również:

COSTA COFFEE

Banoffe Frostino (schłodzone espresso zblendowane z mlekiem, bananem oraz karmelem) + deser lodowy „Truskawkowo Mi” (lody waniliowe, nektar mango,  bita śmietana, mus i sos truskawkowy)

COFEINA

Latte o smaku tiramisu z wiśnią + Shake „Oreo”

SŁODKI… SŁONY

Latte z białą czekoladą

Czekolada z lodami wiśniowymi

SOKoŁYK

Marchew+buraki+korzeń pietruszki+miód+imbir

No i najlepsze:

KAFKA

Bananowe frappuccino (coś genialnego) + czekolada „Milka”

A na koniec dnia pokręciliśmy się w pobliżu Placu marsz. Józefa Piłsudskiego, z nieudawaną czcią ujrzeliśmy Grób Nieznanego Żołnierza i odetchnęliśmy w Ogrodzie Saskim, napawając rozkwieconą scenerią, barokowymi rzeźbami muz oraz cnót i promieniami słońca figlującymi z wodą tryskającą z Fontanny Wielkiej. A z tego odetchnięcia aż pominęliśmy Pomnik Marii Konopnickiej i Pałac Błękitny.

Za to nie pominęliśmy, a raczej minęliśmy Pałac Prezydencki, ale my nie Donald Trump, książę William czy księżna Kate, więc ekskluzywne posiłki ani nikt w ogóle tam na nas nie czekał – no trudno; fakt faktem ŻEŚMY SIĘ NIE ZAPOWIEDZIELI.

Niezrażeni powyższym kolejny dzień spędziliśmy w na szczęście niezaludnionym Muzeum Neonów, gdzie dowiedzieliśmy się, że atmosfera politycznej odwilży przełomu lat 1995/1996 , nowe przepisy zezwalające na stosowanie dużych form reklamy oraz decyzja władz o neonizacji znacznie wpłynęły na ich bujny rozkwit. Zatem gdy w 1958 roku powstała Rada Programowa Reklamy, określająca szczegółowe wytyczne dotyczące koloru, liternictwa i kwestii technicznych (miały być zgodne z projektami architektonicznymi, by odpowiednio wkomponować się w przestrzeń), dając tym samym aprobatę, prasa natychmiast podchwyciła temat i zachęcała do zmiany wyglądu ulic na wzór Paryża, Hamburga czy Londynu. Co istotne: w tamtym okresie stanowiły raczej dziedzinę sztuki, pełniły funkcję nie tyle reklamową, co dekoracyjną. Niestety w 1960 roku pojawiły się ograniczenia – odtąd neony wisiały wyłącznie na głównych arteriach największych miast w Polsce, do tego na rzecz semaforowych (montowane w poprzek) zrezygnowano z elewacyjnych (montowane wzdłuż), zaczęły dominować barwy białe i pastelowe, małe sklepiki mogły umieszczać je tylko wewnątrz, na dachach budynków przy wąskich uliczkach musiano z nich zupełnie zrezygnować, a lista uzgodnień koniecznych do uzyskania pozwolenia stale się wydłużała, co powodowało, że realizacja mogła trwać nawet do 3 lat. W latach 70-tych podjęto jednak skuteczną walkę z biurokracją, co zaowocowało utworzeniem nowych planów neonizacji, które w przeciwieństwie do uprzednich były wielkogabarytowe, złożone zamiast z popularnych zawijasów – z liter blokowych.

Przestrzeń stolicy kreowali wybitni architekci, graficy oraz „neoniarze”, między innymi: Jan Mucharski, Jan Bogusławski, Bohdan Gniewiewski, Tadeusz Rogowski, Maksymilian Krzyżanowski, Zbigniew Labes, Marek Brudnicki, Stefan Bernaciński i Ryszar Lech.

Potem wypoczęliśmy na łonie natury Królewskich Łazienek, gdzie rozkładało się bezpłatne kino plenerowe (irytowały mnie budki z kebabami, bo swoim jestestwem rujnowały klimat),  powolutku spacerując dłoń w dłoń i serce przy sercu, ciesząc daną chwilą, sobą nawzajem, a nie obecnymi tam obiektami (Pałac na Wyspie, Biały Domek, Podchorążówka, Stara Pomarańczarnia, Pałac Myśliwiecki, Teatr Stanisławowski, Belweder, Nowa Kordegarda), którym kiedyś poświęcimy więcej czasu i zadumy.

Zawinęliśmy przy pomniku przesiadującego pod wierzbą Fryderyka Chopina

natknęliśmy na dostojnego pawia, który ogonem pochwalić się nie chciał, ale ma do tego prawo, wszakże to jego ogon, stąd nikt mu kazać nie może i spędziliśmy ostatnią noc w hostelu, by…

…obudzić się wczesnym rankiem, wypić jeżynową herbatę, wymeldować, oddać klucz i wracając do swojego ustronia wdepnąć do barokowego Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

Tam wspiąć krętymi schodami, pobłądzić okazałymi korytarzami i rozejrzeć po wzorzystych komnatach napełnionych mistrzowskimi przedmiotami, z których niesłychane wrażenie wywarła na mnie ta przeznaczona do wystawiania dzieł sztuki.

Sporo czasu poświęciłam tym nieziemskim sukniom

również zjawiskowej zastawie; zwłaszcza urzekły mnie różnolite czajniczki, imbryczki oraz dzbanuszki.

W dalszym ciągu przekroczyliśmy bramę i pojawiliśmy w baśniowych, przepojonych ślicznymi, fantazyjnie ukształtowanymi roślinami, wręcz skrojonymi z nich dywanami, drzewami samotnymi oraz w skupiskach, fontannami, posągami, z altaną, Mostem Rzymskim, królewskich ogrodach (włoski, różany, angielsko-chiński), gdzie przy Oranżerii mieliśmy okazję zobaczyć fragment spektaklu plenerowego „Historya miłości Jana i Marysieńki” odegranego przez troje aktorów z wędrownego teatru marionetkowego.

A na spokojnej tafli dryfowały lilie i…

…rozkoszna maleńka kaczuszka ;)

Po drugiej stronie Jeziora Wilanowskiego jest rezerwat przyrody Morysin, będący niegdyś naturalnym przedłużeniem parku i ogrodów, gdzie król jeździł na polowania, a w zwierzyńcu hodował daniele. Nazwa pochodzi od imienia Maurycy, czyli wnuka Stanisława Kostki Potockiego zdrobniale określanego Morysiem, który to wraz z żoną Aleksandrą założył na tym terenie romantyczny park z pałacykiem w formie rotundy nawiązującej do świątyni Herkulesa na Forum Boarium w Rzymie, z parterowym pawilonem i tarasem oraz domek dozorcy z niewielką wieżyczką i kamienną pergolą. Obecnie dość dobrze zachowała się drewniana Gajówka zaprojektowana przez Lanciego, czego do końca nie można powiedzieć o Oraculum – kamiennej figurze Dionizosa.

Ostatnim punktem, jaki odwiedziliśmy było znajdujące się o krok od pałacu Muzeum Plakatu (na terenie dawnej Ujeżdżalni), w którym mieści się imponująca kolekcja plakatów obcych i tych, kultywujących mitologię „polskiej szkoły plakatu” postrzeganego równorzędnie z innymi obiektami graficznymi tworzonymi przez grafików projektowych, będącego jednocześnie ukłonem w kierunku peryferii kultury wysokiej oraz świadectwem efemerycznej sztuki kojarzonej z dynamiczną kulturą masową i popularną.

Muzeum prowadzi działalność edukacyjną i upowszechniającą, organizuje wiele wystaw ( w tym Salon Plakatu Polskiego naprzemiennie z Międzynarodowym Biennale Plakatu), dyskusji i konferencji, także regularnie wydaje publikacje z zakresu historii plakatu.

My akurat natrafiliśmy na wystawę Prawa kobiet = Prawa człowieka, dotyczącą obrony praw kobiet, które są łamane każdego dnia, bo sytuacja nierównego traktowania płci jest głęboko zakorzeniona w wielu społeczeństwach, a w zależności od danej kultury przyjmuje wielokształtne formy: gwałt, brutalność, kontrolowanie i określanie sfery seksualnej, męska dominacja, segregacja zawodowa, różnice płacowe, niemożność do pełnego rozwoju czy niedostateczna reprezentacja przy podejmowaniu istotnych decyzji politycznych i gospodarczych, brak dostępu do godnej pracy, do opieki zdrowotnej, znęcanie fizyczne, psychiczne, ekonomiczne, nawet decydowanie o sposobie ubioru i zmuszanie do wczesnych małżeństw.

Na wskroś poruszeni podjętą tematyką wsiedliśmy do samochodu i zapominając o sfotografowaniu siebie samych na Moście Zakochanych ruszyliśmy do domu – ale wrócimy, bo  jak się okazuje Warszawa ma na tyle dużo do zaoferowania, że nie zdążyliśmy odhaczyć kilku miejsc, które mamy ochotę NA SPOKOJNIE zobaczyć, ponieważ swoją rozległością uniemożliwiła wcześniej założone; bo nim dotarliśmy do jednego, tam dokładnie, z wyostrzeniem zmysłów przejrzeliśmy, odczuliśmy, pospacerowaliśmy, zasmakowaliśmy, zauroczyliśmy, to drugie już zamknęli, wykupili bilety, ewentualnie byliśmy tak zmęczeni, że szkoda było pałętać się tam od niechcenia.

Mimo wszystko już teraz wiem, że będę postrzegała Warszawę jako miasto turystyczne, czyli fajnie pobyć, pozwiedzać i wypić jedną z bezliku kapitalnych kaw, ale jednak nie jest to moje miejsce na ziemi: za tłoczno, za głośno, za szybko, zbyt wiele samochodów, budynków, nawet kafeterii, prześcigających cudacznymi pomysłami, zbyt obszernie – ZA DUŻO wszystkich i wszystkiego.

Zazdroszczę teatrów i Ogrodu Saskiego.

Co prawda wsi nie lubię do tego stopnia, że musieliby mnie tam wywieźć za karę, ale jeśli już miałabym pistolet przy skroni, to z dwojga złego wybrałabym tę Warszawę, jednakowoż zamieszkałabym chyba na terenie Pól Mokotowskich albo w jakimś innym zieleńcu.

Najlepiej w malowniczym miasteczku, tak pośród gór, jezior i lasów…

Opublikowano Wszystkie wpisy, Życie | Skomentuj

Piegowate kwiatuszki z marmoladą

Ponieważ zajmuję się wpisem o charakterze wspomnieniowym, to dzisiaj również podam namierzony i wypróbowany już jesienią, może ciut bardziej pracochłonny (jednak nie przesadnie) przepis niż wczoraj, ale za to wzbogacony o ulubioną marmoladę (u mnie wieloowocowa, bo różana jakoś tak bardziej kojarzy mi się z rogalikami): kruche ciasteczka z makiem, pachnące masłem i śmietaną, oprószone słodkim cukrem pudrem albo i nie – jak kto woli.

Do herbaty wyśmienite ;)

Przepis na piegowate ciasteczka z marmoladą (około 60 sztuk – już sklejonych) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/)

Składniki:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g masła
  • 4 żółtka
  • 3/4 szklanki śmietany 18%
  • 3 łyżki cukru
  • 3 łyżki suchego maku
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Dodatkowo:

  • twarda marmolada wieloowocowa (do przełożenia)
  • cukier puder (do oprószenia)

Sposób przygotowania:

Z podanych składników zagnieść ciasto, rozwałkować na grubość 3mm, foremką w kształcie kwiatka powycinać ciasteczka, ułożyć na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 15 minut, w temperaturze 180°C

Wyjąć. Wystudzić. Przełożyć marmoladą, a z wierzchu oprószyć cukrem pudrem.

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Bąbelkowe ciasteczka, które długo utrzymują świeżość – Amoniaczki

Dzisiaj taki szybciutki przepis na bardzo popularne ciasteczka, które piecze się raz, w dużej ilości, a potem zamyka w szczelnej puszce, by zawsze móc sięgnąć; a to do herbatki, a to do kawki, a to jak ktoś niezapowiedziany wpadnie z wizytą.

A mowa o niczym innym jak o amoniaczkach, czyli delikatnych, pulchnych, specyficznie chrupiących ciasteczkach na bazie amoniaku, dzięki któremu uzyskują taką krucho-drożdżową, bąbelkową strukturę.

Można je spożywać bez żadnych dodatków, poprzyklejać grube kryształy cukru lub sowicie oprószyć pudrem – zawsze będą pyszne ;)

Przepis na Amoniaczki (około 120 sztuk – wykrawałam 3-4 cm foremką) (Przepis pochodzi z bloga: http://prawodogotowaniazpasja.blox.pl/html; śmietanę 30% zamieniłam na 18%)

Składniki:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 100 g cukru
  • 20 g cukru waniliowego
  • 2 średnie jajka
  • 2 żółtka
  • 100 g masła 82%
  • 100 ml kwaśnej śmietany 
  • 10 g amoniaku

Sposób przygotowania:

Mąkę przesiać przez sito i dokładnie wymieszać z amoniakiem, cukrem i cukrem waniliowym, po czym dodać posiekane masło, jajka, żółtka oraz kwaśną śmietanę – zagnieść elastyczne ciasto, rozwałkować na grubość 2-3mm i średniej wielkości foremką wyciąć ciasteczka, które należy poukładać na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 12 minut, w temperaturze 160°C (do momentu aż ładnie się zarumienią)

Wyjąć. Wystudzić. Przechowywać w szczelnie zamykanej puszce.

*można też przed umieszczeniem ciasteczek w piekarniku posmarować ich wierzch roztrzepanym żółtkiem i oprószyć cukrem (najlepiej tym grubym kryształem) albo podobnie jak ja po wystudzeniu obtoczyć w cukrze pudrze

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„My jesteśmy jak chwasty przy drodze, których nikt nie chce zerwać” – „Nazywam się Cukinia” autorstwa Gillesa Parisa

Pląsam się między promieniami wczesnoporannego słońca, mając wrażenie wyłączności świata, bo patrzę wokoło ciemnymi oczami i poza białym motylem, z gracją przecinającym mi drogę, nie widzę nikogo. Na lewo dziki lasek poprzysłaniany zielskami, pośród  których wybija się jaskrawożółty wrotycz, urokliwa dziewanna i skupiony w baldachach barszcz zwyczajny, na prawo maruna bezwonna (długo mylona przeze mnie ze stokrotką łąkową), błękitne chabry, pudrowy ślaz piżmowy, delikatny kąkol, kuliste różowe koniczyny i uwaga: RUMIANEK BEZPROMIENIOWY – jego nazwę odkryłam niedawno (przekopując cały atlas ziół i chwastów polnych), mimo że od lat się na niego natykałam, jak rósł sobie cichutko, bliziutko ziemi, nierzadko na poboczu chodnika:

źródło:http://3.bp.blogspot.com/-o12aRUZkAWA/VINpcSiJQCI/AAAAAAAATkg/k3mpnGoCvE4/s1600/DSC06288%2Brumianek%2Bbezpromieniowy.jpg

Lubię polne rośliny: ich wolność i bezpretensjonalne piękno.

Chmury na niebie są tak gęsto stłoczone, że przypominają bitą śmietanę, pryśniętą z dużego dozownika na całą masę kolorowych lodowych kulek, poukładanych w fikuśnym pucharku, w pastelowej kafeterii. Letni wiatr czcigodnie głaszcze najdrobniejsze listki, wprawiając je w misterne drżenie. Po wczorajszym deszczu nie została nawet jedna mokra plamka, ale gdzieś tam, w oddali, granat nieba obiecuje kolejny seans; być może z hukiem błyskawicy w tle?

Cienie i blaski. Cisza i trzaski. Prawda i maski.

Kupuję kartonik słodko-kwaśnych malin, które w trakcie niezmiernie smutnej lektury, tak dla uzyskania chwilowej równowagi, przepijam piankową kawą.

Tą lekturą jest powieść „Nazywam się Cukinia” autorstwa Gillesa Parisa, którą bez zastanowienia zagarnęłam z księgarnianej półki, bo bardzo pragnęłam zobaczyć powstałą na jej podstawie animację, wszakże puszczano ją zbyt wcześnie, bym mogła zasiąść na którymś z obitych rubinowym pluszem krzeseł. Teraz już mam: przeczytałam i przeżywam, a przy najbliższej okazji obejrzę.

To naprawdę gorzka historia opowiedziana z perspektywy 9-letniego Ikara, sympatycznie określanego Cukinią, o niechcianych, niekochanych, okrutnie skrzywdzonych dzieciach, które z powodu nieodpowiedzialności, oziębłości, bestialstwa dorosłych znalazły się w schronisku Pani Papineau (Genevieve), usytuowanym nieopodal Fontaineblau. Gdy chłopiec był niemowlakiem, ojciec poszedł w świat z jakąś „głupią gęsią”, co  w połączeniu z trwałym urazem nogi, uniemożliwiającym podjęcie pracy, wpędziło matkę w nałóg alkoholowy, w efekcie którego stała się  i agresywna  i obojętna (całymi dniami ogląda durne seriale, sączy piwo, utyskuje na mężczyzn i słucha piosenek Celine Dion), pozostawiając zaniedbanego zarówno fizycznie jak i emocjonalnie syna samemu sobie. Niestety, w wyniku nieszczęśliwego wypadku, traci również ją i w ten oto sposób, poznając po drodze miłego policjanta Raymonda, dołącza do doszczętnie w sferze psychicznej, cielesnej i seksualnej poranionej, nawet zaburzonej gromadki, do której należy również konfliktowy Simon (rodzice zaćpali się na jego oczach), zalękniony, płaczliwy, trwający w wiecznym poczuciu winy, moczący w łóżku Ahmed (ojciec za napad na bank i uprowadzenie właściciela siedzi w więzieniu), uciekający w jedzenie i zwracanie pod względem zdrowotnym na siebie uwagi Julien (Jujuba) (matusia zostawiła go, bo postanowiła szukać wrażeń, kochasiów i bogactwa w Peru), stale ssąca kciuk i zasłaniająca twarz włosami Alice ( była bita i przywiązywana do kaloryfera), milcząca, dłubiąca w nosie Beatrice (tatuń molestował ją seksualnie), Antonine i Boris Chafouin (rodzice zginęli w wypadku samochodowym) oraz rozedrgana, ale dziarska Camille (głodzona, słownie poniżana, wykorzystywana do pracy przez wstrętną ciotkę Nicole - „opiekuje się” nią, czerpiąc z tego korzyści finansowe, po tym, jak sadystyczny ojciec zabił prostytuującą się matkę, potem sam utopił się w Sekwanie). I chociaż nad latoroślami czuwają opiekunowie, ofiarowując im multum atrakcji, wyjazdów, imprez, ale też obowiązków i nie pozbawionych konsekwencji rozmów: Rosy, Charlotte, Pauline, Yvonne, Gerard, Paul i Łysa Pała, to nie są oni w stanie zapewnić im stabilizacji, jaką daje pełna, niedysfunkcyjna rodzina; brak im tego ciepła, zainteresowania, troski, akceptacji, cierpliwości, po prostu uczucia skierowanego do każdego z osobna (są właśnie jak te przydrożne chwasty, o których istnieniu się wie, ale w gruncie rzeczy nikt jakoś specjalnie się nad nimi nie pochyla). Jednak mimo wszystko te dzieciaki starają się jakoś posklejać dostępną rzeczywistości, funkcjonować w niej, nawiązywać przyjaźnie, nabierać zaufania, doszukiwać pozytywów: może trochę naiwnie, czasem zbyt dosłownie lub ironicznie tłumacząc świat dorosłych, ale nigdy do końca nie tracąc siły, sprytu, prostoty, poczucia humoru oraz nadziei na lepsze jutro.

„Nazywam się Cukinia” to wyzbyta banałów, podejmująca ciężką problematykę, choć napisana nieskomplikowanym językiem, wzruszająca pozycja, także, mając świadomość, że tak się dzieje, że dorośli i to rodzice potrafią zgotować własnym pociechom istny koszmar -wkurzająca, przygnębiająca, wprawdzie chwilami humorystyczna, a na pewno mądra i głęboka, zapadająca w pamięć… na długo, na zawsze.

A na koniec kilka cytatów, które szczególnie ujęły mnie za serce:

Odkąd byłem zupełne mały, chciałem zabić niebo, z powodu mojej mamy, która często mi powtarzała: Widzisz, to wszystko tam, na górze, przypomina nam, że my tu, na ziemi, jesteśmy niczym. Życie, Cukinio, jest jak to szare niebo, pełne cholernych chmur. Zsyła nam same nieszczęścia. 

Czasem pytania bolą.

Po co opowiadać historie o aniołach, które czuwają nad dzieckiem, jeśli się nie wierzy, że mogą do nas przyjść? Czasami trzeba by potrząsnąć dorosłymi, żeby obudzić dziecko, które w nich śpi. Jak na nich patrze, to wcale nie mam ochoty dorastać.

Nie mamy domu i jesteśmy jak ci nomadzi, ciągle byśmy chcieli go znaleźć.

Po co mieć rodzinę, jeśli i tak nikt nie ma czasu się tobą zająć i kochać cię?

Ty widzisz wszystko, jakby zawsze świeciło słońce (…) Ze słońcem jest człowiekowi lepiej, niż kiedy pada i błyska się, i grzmi.

Jak człowiek nie pyta, to nie może wiedzieć wszystkiego.

Jeżeli się czegoś boimy (…) nie możemy tracić ducha, bo inaczej będziemy się bali wszystkiego przez całe życie.

Łatwo mówić, że Fontaines jest więzieniem, kiedy nie próbuje się przepiłować krat i wydostać się na wolność. Z dorosłymi jest tak samo. Same znaki zapytania i pytania bez odpowiedzi, bo wszystko zamykają w głowie i o niczym nie mówią. I potem te wszystkie nigdy niepostawione pytania widać na ich twarzach, bo są smutni i nieszczęśliwi. Zmarszczki to są właśnie takie pojemniczki na nigdy nie postawione pytania, i z czasem jest ich coraz więcej i robią się coraz głębsze.

No bo kim my jesteśmy? Trzymamy się razem, porozumiewamy się bez słów, czytamy sobie z warg albo wymyślamy własny język, wszyscy są ze sobą związani, i wasze odejście jest trochę jak bila w kręglach: jedno uderzenie i wszystko się wali. Teraz próbujemy się pozbierać.

Nareszcie czuję na skórze ciepło słońca. Podnoszę głowę do góry: niebo jest niebieskie, nie ma ani jednej chmurki. Wszystko jedno. Już nie chcę zabić nieba. To, co najpiękniejsze, znalazłem na ziemi.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

3 trafione filmy – 1 niekoniecznie

Pada. Lubię, gdy pada: czasem cieniutkie igiełki tną krajobraz na miliony frędzelków, czasem mocno uderzają o domy i chodniki, rozlewając po nich niczym plazma. Chmury wyciskają ściereczki po solidnych porządkach lub anioły płaczą nad marnością swoich bliskich, którzy tak naprawdę nie wiedzą, co jest w życiu najważniejsze. Wędruję co raz okrywana przezroczystą zasłoną, a ona jakimś dziwnym trafem nie moczy moich włosów; najpierw sama, mając ochotę zamroczyć umysł jakimś konkretnym psychotropem ewentualnie butelką wódki, potem z moimi przekochanymi pieseczkami, niestety kierując kroki do Lecznicy Weterynaryjnej, bo ten kudłaty brzuszek jest chory i boli:

I chociaż też wolałabym, by bolał mnie brzuch niż dusza, to tego maleństwa tak bardzo mi szkoda – tak bardzo, że przyrządzając jej lekkostrawną potrawkę, przypaliłam garnek z gotującą się marchewką, ale to już nie pierwszy raz…

Świat płacze, a wtedy dobrze, sącząc razem kolorowego drinka, w tym przypadku gruszkowego („Sprite” + wódka o smaku gruszkowym + gruszka + jabłko+ syrop o smaku jabłkowym+sok z limonki+lód)

osuszyć te łzy jakąś książką bądź filmem - My oglądamy ich wiele, więc poniżej opowiem krótko o 3, które mi się podobały i takim, na którym, mimo ogromnych pokładów cierpliwości, ledwo usiedziałam w kinie, przeklinając w duchu, że nie znajduję się w tej chwili w domu lub w jakiejś klimatycznej kawiarni.

Najpierw te godne uwagi:

1. „Mała dziewczynka, która mieszka na końcu drogi”, reż. Nicolas Gessner – to oprószona tajemnicą, wręcz magiczna, przeszywająca dreszczem strachu i niepewności historia 13-letniej Rynn Jacobs (Jodie Foster), która wraz z ojcem, będącym znanym poetą, przeprowadza się z Anglii do niewielkiego miasteczka w stanie Maine, gdzie zamieszkują w usytuowanym na uboczu nadmorskim, otoczonym zaroślami starym domu, wynajmowanym od Pani Hallet (Alexis Smith). I choć tak być nie powinno, to z czasem właścicielka zaczyna coraz częściej nachodzić swoich lokatorów, a ma ku temu 3 poważne powody: po pierwsze wyczuwa, że jej mający pedofilskie skłonności syn Frank (Martin Sheen) zaczyna interesować się dorastającą dziewczynką, stąd ostatecznie go nie pogrążając chce w jakiś sposób kontrolować sytuację, po drugie dostrzega, że ona nie uczęszcza do szkoły, a po trzecie, że zawsze jest sama. Z tych natrętnych wizyt nastolatka potrafi skutecznie wybrnąć, ponieważ jest jak na swój wiek nadzwyczaj dojrzała (uczy się hebrajskiego, słucha symfonii Chopina, rozczytuje w poezji Emily Dickinson), inteligentna,  o zaskakujących spostrzeżeniach dotyczących ludzi, świata, wolności, relacji, systemu edukacyjnego (sprowadza się wyłącznie do bezsensownego wkuwania suchej teorii, zabierając sposobność autentycznego przeżywania) i tych, którzy przeważnie są głupsi, a za wszelką cenę pragną rządzić, toteż narzucając większości schemat postępowania oraz myślenia odbierają im wolność; ma więc odwagę, by poddać krytyce określone normy i otwarcie się im przeciwstawić, do tego odznacza się samodzielnością, opanowaniem, sprytem, elokwencją, umiejętnością planowania i jak się później, po wydarzeniu potwornej tragedii okazuje [która zresztą zbliża ją do starszego od siebie niepełnosprawnego Mario (Scott Jacoby)]: chłodem oraz okrucieństwem.

Posępna atmosfera, niesamowite napięcie, upiorność, bezlitosna samotność, cała masa niedomówień, żonglowanie emocjami widza, a to wszystko przy umiarkowanej dynamice i małej ilości efektów specjalnych.

Psychologiczna, niezwykle wciągająca opowieść przesycona grozą.

źródło: https://i1.fdbimg.pl/6zatmk/1194x741_knfk0m.jpg

2. „Nie będę cię kochać”, reż. Janusz Nasfeter – akcja filmu rozgrywa się w  latach 70-tych, w niewielkiej miejscowości, gdzie każdy każdego zna, zbyt dużo o nim wie, a tę wieść niczym legendę przekazuje z ust do ust. Tam własnie, w chatce, nieopodal jezior i lasów, mieszka urocza, wrażliwa, skromna blondyneczka o imieniu Ania (Grażyna Michalska), która pasjonuje się śpiewem, tańcem oraz narciarstwem wodnym. Jednak coraz cięższa sytuacja w domu nie pozwala jej spokojnie, z radością w sercu i odpowiednią koncentracją realizować tych pasji, nawet stosownie przygotować do lekcji, bowiem ojciec (Tadeusz Janczar), podobnie jak miejscowi, zaczyna sięgać do kieliszka, w efekcie inicjuje kłótnie oraz traci różne posady. Dziewczynka odczuwa nieprawdopodobny wstyd, zwłaszcza z chwilą, gdy znajduje rodziciela w rowie, gdy dostaje od niego w twarz i gdy wysyła ją po piwo do pijalni, stąd stara się ukryć smutną prawdę przed całym światem, ale to nie jest możliwe, bo ludzie plotkują, zwłaszcza, że alkoholizm jest w tej społeczności na porządku dziennym. Niestety Ania nie otrzymuje zrozumienia od przygnębionej matki (Henryka Dobosz), która zdaje się nie ma siły walczyć z pojawiającym nałogiem, więc jej aktywność sprowadza się wyłącznie do narzekania i próśb. Jedyną opoką jest zakochany w niej tutejszy lowelas – Rysiek Pukuła („Puk”) (Bogdan Izdebski), do którego w momentach szczególnego cierpienia ucieka, by co prawda z wdzięczną nieśmiałością odpierać jego zaloty, ale też usłyszeć parę naprawdę mądrych słów pokrzepienia.

Film Janusza Nasfetera dotyka problemu powszechnego i bolesnego jakim jest alkoholizm w rodzinie, z którym przychodzi zderzyć się nieletnim, kompletnie nie pojmującym dlaczego tak się dzieje. Z tego wszystkiego rodzi się wstyd, strach, utrata poczucia własnej wartości, wycofanie, nadmierna dorosłość, bywa, że próba pozornej akceptacji [jak w przypadku sympatycznego Adasia (Krzysztof Sierocki)], także bunt, nienawiść i twarda skorupa [należy przytoczyć postać Bożeny (Bożena Fedorczyk)], co może doprowadzić do ogromnego dramatu [a chodzi o nikogo innego, jak o delikatną, skromną, cichutką Agatkę (Monika Szatyńska)].

Tutaj trzeba wsłuchać się w dziecięce dialogi, by zrozumieć, że w zderzeniu z osobistą tragedią potrafią wysnuwać wnioski dojrzalsze od nich samych.

źródło: https://img.cda.pl/vid/oryginalne/49c20b334bee1cebc571f8604f18d70d-111.jpg

3. „Pułapka na Kopciuszka”, reż. Iain Softley – to z pewnością nie baśniowa opowiastka o pięknej dziewczynie wykorzystywanej do roli służącej, która przy pomocy dobrej wróżki wyrusza na bal, gubi szklany pantofelek i koniec końców wychodzi za mąż za księcia o złotym sercu  - przeciwnie, to przerażająca historia o bestialskiej intrydze, w którą zostają wplątane dwie przyjaciółki: Micky (Tuppence Middleton) oraz Do (Alexandra Roach), gdzie jedna staje się obiektem pożądania, złowieszczej fascynacji drugiej, chcącej jednocześnie i ją naśladować i posiadać tylko dla siebie i nią być. Wybucha więc pożar, gdzie któraś ginie, a ta, co przeżyła zmaga się z amnezją, utrudniającą dojście do prawdy, bowiem mota się nie tylko we wspomnieniach, ale także we własnej tożsamości, aczkolwiek pamiętnik, kilka przedmiotów i napotkanych po drodze osób pozwolą posklejać te strzępy w całość – makabryczną całość.

(Nie)doskonały spisek, zazdrość, porachunki, nienawiść, chore żądze, niezrealizowanie, mroczne sekrety, obietnice, rozpacz i marzenia w bardzo dezorientującej fabule, która finalnie zaskakuje.

źródło:http://2.bp.blogspot.com/-bijx9IpUzNA/VdR_Dlhi0-I/AAAAAAAAGIc/EC0lL6pWmOQ/s1600/Trapforcinderella.jpg

A teraz czas na mój gigantyczny zawód filmowy, czyli:

4. „Song to Song”, reż Terrence Malick – to ponad 2 godziny w świecie muzycznej bohemy, o wejściu do której marzy niezdecydowana Faye (Rooney Mara) i marzy romantyczny BV (Ryan Gosling), co poniekąd umożliwia im rozsławiony, zjadliwy, wycwaniony, obrzydliwie bogaty, wpływowy producent Cook (Michael Fassbender), wikłając ich w zagmatwany miłosny trójkąt, gdzie po jakimś czasie dołącza także kelnerka Rhonda (Natalie Portman). I choć jego intencje nie są klarowne, to zapatrzeni w niego młodzi, naruszając własne zaufanie, ale jednocześnie tak dzielnie o nie zabiegając, robią to, co im pan i władca nakazuje.

W zasadzie to każdy tu za czymś tęskni, poszukuje, snuje po luksusowych i mniej pomieszczeniach, sięga po rozmaite środki, by osiągnąć cel, ale w efekcie się gubi i znowu pozostaje boleśnie osamotniony.

To z pewnością bardzo poetycka produkcja, w której widać zachwyt nad światem pełnym skomplikowanych relacji, trików, motywów, sprzeczności, zagubienia, rozdarcia, dróg, wyborów, mrzonek, rozterek, nad jego pięknem, nad procesem tworzenia, aż kipiący pasją, głęboko ukrytą symboliką, wielogłosowością, powciskaną między fabułę i w samą fabułę, rozciętą na tysiące obrazów, zbliżeń, spojrzeń, gestów, tożsamości, opowiedziany specyficznym językiem artystycznym, nawet z monologiem wewnętrznym a nie dialogiem na czele, wszakże dla mnie zbyt rozwleczony, zbyt chaotyczny, zbyt męczący – to taki strumień świadomości przerzucony na język filmu.

źródło: http://ca.static.lalalay.com/upload/images/real/2017/01/05/terrence-malicks-song-to-song-to-open-sxsw-film-festival__194894_.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką

Śliwki są chyba moimi ulubionymi owocami, toteż zwłaszcza w sezonie śliwkowym mam ich pod dostatkiem, a już na pewno na tyle dużo, że spokojnie mogłam sięgnąć po potrzebną do tego wypieku ilość. A jest nim ciasto drożdżowe tak niezwykle miękkie od napuszenia, że aż można się zdziwić, że utrzymuje całe szeregi fioletowych wspaniałości. Pachnące, lekko kwaśne, ze słodką, chrupiącą kruszonką – najlepsze drożdżowe jakie dotychczas upiekłam ;)

Przepis na ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką (blacha o wymiarach 40×30 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 480 g mąki pszennej (tortowej) (jeśli nadal trochę by się kleiło, to należy ciut dosypać; ale nie za wiele, bo wyjdzie zbyt suche)
  • 16 g drożdży suchych
  • 250 ml mleka (letniego)
  • 80 g masła (roztopionego i przestudzonego)
  • 1 jajko
  • 2 żółtka
  • 0,5 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • skórka otarta z 0,5 cytryny
  • szczypta soli

Kruszonka:

  • 180 g mąki pszennej (tortowej)
  • 100 g cukru
  • 16 g cukru waniliowego
  • 125 g masła

Dodatkowo:

  • 1 kg śliwek (przepołowionych i odpestkowanych)

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, dodać resztę składników i wyrobić, pod koniec wlewając roztopione i przestudzone masło. Ciasto wyrabiać do momentu aż stanie się miękkie i elastyczne. Uformować je w kulę, włożyć do oprószonej mąką miski i odstawić pod przykryciem w ciepłe miejsce na 2 h.

Po upływie wskazanego czasu wyrośniętym ciastem wypełnić wyłożoną wcześniej papierem do pieczenia blachę, stroną rozciętą do góry poukładać blisko siebie śliwki, posypać kruszonką i ponownie odstawić pod przykryciem na 1,5 h do wyrośnięcia.

Piec około 40-50 minut, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka i zarumienienia się kruszonki)

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Kruche ciasto z budyniową pianką i czereśniami

Świat śpi, a ja spać nie mogę, więc popijając mocną, czarną, niesłodzoną kawę, mając za oknem krajobraz przydymiony mleczną mgłą i uprzyjemniony ptasim świergotem, naskrobię tutaj przepis na kruchutkie, kusząco oprószone kruszonką, lekkie ciasto z chmurkową budyniową pianką z całą masą soczystych czereśni, które ostatnio zaczęły pojawiać się w lokalnych warzywniakach.

Wypiek typowo letni, pyszny, a do tego naprawdę prosty – polecam ;)

Przepis na kruche ciasto z budyniową pianką i czereśniami (blacha o wymiarach 24×24 cm) (Przepis pochodzi z bloga: http://ilovebake.pl/)

Składniki:

Spód:

  • 200 g mąki pszennej (tortowej)
  • 120 g masła (zimnego)
  • 3 łyżki cukru
  • 4 żółtka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Budyniowa pianka:

  • 4 białka
  • 3/4 szklanki cukru
  • 2 budynie o smaku waniliowym
  • 1/3 szklanki oleju
  • szczypta soli

Kruszonka:

  • 200 g mąki pszennej (tortowej)
  • 170 g masła (zimnego)
  • 4 łyżki cukru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego

Dodatkowo:

  • 400 g czereśni (pozbawione pestek)

Sposób przygotowania:

Składniki na spód zagnieść i wcisnąć do kwadratowej formy wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia, ponakłuwać widelcem i wstawić na 15 minut do piekarnika rozgrzanego do 180°C.

W tym czasie przygotować budyniową piankę: białka ubić na sztywno ze szczyptą soli, po czym powoli, łyżka po łyżce, cały czas miksując, wsypać cukier. Dalej dodać budynie, zmniejszyć obroty miksera, wlać olej i delikatnie zmiksować.

Piankę wyłożyć na podpieczony spód, a na jej wierzchu poukładać czereśnie, które należy przykryć kruszonką (podane składniki zagnieść w kulę, następnie rozdrabniać palcami na grudki).

Piec około 50-60 minut, w temperaturze 180°C (do zarumienienia się kruszonki).

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

„Trzymałaś z władcami mroku, złą macochą, złą wróżką, z czarownicą”, a w Becfkord… w Beckford pozbywają się kłopotliwych kobiet – „Zapisane w wodzie” autorstwa Pauli Hawkins

Gdy czarne myśli zalewają jeszcze czarniejszą duszę, a czarny kot przebiega mi drogę, zaświadczając, że ten pech wcale nie wypływa z jego puszystego ciałka, lecz jest konsekwencją nieodpowiednich czynów, słów, wyborów, bywa po prostu chichotem Losu, który dławiąc zabawne wibracje, przytyka dłonią szyderczo rozdziawione usta, podążam brzegiem ciemnogranatowej rzeki, która wije się między gęstwiną lipcowych drzew i ciągnąc tak nogę za nogą, wdycham mrok nieba, pomijając blask świecących gwiazd. I nagle przypominam sobie, że w  ”101 Dalmatyńczykach” szczególnie lubiłam Cruellę Demon:

źródło ilustracji: https://cinemaundressed.files.wordpress.com/2012/10/cd2.jpg

w „Smerfach” Gargamela:

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/4/10568/z10568694IH,fot–youtube-com.jpg

a w „Królewnie Śnieżce” Złą Królową:

źródło ilustracji: http://4.bp.blogspot.com/-dS-JlJ8apEA/VeySg1C1fLI/AAAAAAAAApE/zBv2pKSD8RA/s1600/evil-queen-snow-white.jpg

Tak przeważnie było ze wszystkimi postaciami, które miały w sobie pierwiastek zła – to ich ze skrywaną niecierpliwością, specyficznym napięciem oczekiwałam, bo w zderzeniu z mdłymi jak kasza manna przyzwoitościami, postrzegałam je jako te bardziej atrakcyjne, różnorodne, wabiące elektryzującą nierządnością – ulegałam więc czarowi nikczemności, mając dobro za nic, za nudną bajkową normę, która jak się później okazuje w codzienności jest jedną z najpiękniejszych i najtrudniejszych sztuk, wymagających wyjątkowego poświęcenia, wielu wyrzeczeń, umiejętności słuchania, empatii i zainteresowania, ofiarowując w zamian uczucie dumy przydatności (nie mylić z fałszywą pychą) ze zmiany czyjegoś lub swojego (ale z wyzbyciem niezdrowego egoizmu) na lepsze, zaś wszelkie nieprawości są jak kremówka pochłonięta nocą w trakcie ścisłej diety, jak seks z nieznajomym, będąc w stałym, udanym związku, zatem kosmicznie efemeryczną przyjemnością.

Tyle, że dobro ciągnie się latami – zło w sekundzie rozwala cały wcześniej podjęty trud. Dobro koi – zło pogrąża (nie jak smutek, który roztrzaskuje serce na kawałki, lecz jak ogień piekielny trawiący duszę, odbierając człowiekowi poczucie jakiejkolwiek godności, umiejętność prawidłowej oceny sytuacji, oceny kogokolwiek, włącznie z samym sobą, bo zło zabija od środka, doszczętnie wyniszcza, czyni życie oraz jestestwo pustym, nieużytecznym, bezsensownym).

Dobro jest dla silnych – zło dla słabych.

Stąd po powrocie sięgam po książkę o tych, którzy dają się omamić, a potem popadają w obłęd i robią coś, czego z pewnością nie powinni; sięgam po „Zapisane w wodzie” autorstwa Pauli Hawkins (kojarzona z głośnym bestsellerem „Dziewczyna z pociągu”).

I poznaję historię pełną niedobrych sekretów, która dzieje się w Beckford, a to przecież porąbane miasto. Piękne, czasem zapierające dech w piersi, ale cholernie dziwne. Jakby na uboczu, całkowicie oderwane od otoczenia. I w sumie takie jest, bo do najbliższego cywilizowanego miasta jedzie się stad godzinami, oczywiście zakładając, że Newcastle jest cywilizowane. Beckford to dziwne miasteczko o dziwnej historii, pełne dziwnych ludzi. Przez sam jego środek przepływa rzeka, która jest chyba najdziwniejsza ze wszystkiego, bo gdziekolwiek się obrócisz, w którąkolwiek pójdziesz stronę, zawsze się na nią natkniesz. 

A prowadzi ona do owianego katastroficzną legendą Topieliska, będącego buchtą, zwykłym zakolem, to wszystko. Można je znaleźć, podążając brzegiem rzeki, która wije się, zwija i zawija, przybiera i wylewa, daje życie i je odbiera. Raz zimna i czysta, to znów nieruchoma i mętna. Klucząc, przepływa przez las, jak nożem przecina wzgórza Cheviot, a potem na północ od Beckford, zwalnia. Przez chwilę odpoczywa – w Topielisku.

To idylliczny zakątek: ścieżka wśród cienistych dębów, platyny na wzgórzach i pochyła piaszczysta plaża na południowym brzegu. Można tam popływać, powiosłować, zabrać ze sobą dzieci. Doskonałe miejsce na słoneczny piknik.

Ale pozory mylą, ponieważ jest to również miejsce śmiertelnie niebezpieczne. Woda, ciemna i błyszcząca, ukrywa to, co czai się pod powierzchnią: zielska, które mogą opleść nogi i pociągnąć pływaka na dno, ostre głazy, które tną jak brzytwa. A nad tym wszystkim góruje wielka szara skała, jak wyzwanie, jak prowokacja (…) bo od stuleci przyciąga na brzeg wszelkiego rodzaju kobiety pechowe, zrozpaczone i zagubione.

Tak się niestety stało, że pociąga na dno również Danielle (Nel) Abbott, która od najmłodszych lat wykazywała fascynację tym, co nierozwikłane, paranormalne, makabryczne, pokręcone, groźne, nienamacalne, wręcz na granicy szaleństwa; bowiem zapamiętale fotografuje miejsce kaźni, zbiorowej samozagłady, z rozkoszą docieka jak to jest się topić i co się wtedy czuje, przeprowadza wywiady, dopisuje własne spostrzeżenia, formuje po swojemu opowieść o nieszczęśnicach, ukaranych czarownicach lub ofiarach morderstwa jakiegoś pałającego nienawiścią psychopaty. A swoim utonięciem układa dla najbliższych zagadkę – właściwie dlaczego tak się stało: czy to przypadek? czy ta chora gloryfikacja? może strach? nonsens? niezrealizowanie? utrata kogoś bądź czegoś? apatia? a może po prostu zbrodnia?

Głowi się romansujący z nią kiedyś Detektyw Inspektor Sean Townsend (w tle z agresywnym ojcem Patrickiem i pokrzywdzoną, bardzo przykładną żoną Helen), który zresztą w podobny sposób stracił matkę Lauren, głowi, mająca na koncie homoseksualny romans, pomocnica Sierżant Erin Morgan, także nastoletnia córka Lena, ubolewająca, z powodu zakazanego uczucia, nad utratą najdroższej przyjaciółki Katie, czego nie może zaakceptować jej wrogo nastawiona do zmarłej rodzicielka Louise Whittaker, nie mająca pojęcia o zmowie milczenia, w którą został wciągnięty syn Josh, również, z powodu niewyjaśnienia, zaprzeszłych drwin, utrwalonych zahamowań, cielesnej krzywdy, stale rozdrapująca rany młodsza siostra Jules, nie głowi z kolei Nickie Seage, ale takiej co stawia taroty, kontaktuje ze zmarłymi i odprawia wszelkie szarlataństwa nikt nie chce wierzyć.

A jak się ma do tego zawleczona do wody Libby Seeton? Zawzięta albo zrozpaczona Anne Ward? Obrzydliwy macho Robbie Cannon? Stara chata Wardów? Domek letniskowy w Howick? Bransoletka z inicjałami? Tabletki na odchudzanie „Rimato”?

Przekona się ten, kto przeczyta tę pozycję.

„Zapisane w wodzie” to niepokojący thriller o zagubieniu, lękach, niedopowiedzeniach, o popełnianiu błędów, o ich konsekwencjach, o zacietrzewieniu, zemście, kompleksach, trzymaniu urazów, zakopywaniu w uczuciu własnej niedoli, o nienawiści, zazdrości, tajemnicach, wyrzutach sumienia, życiu, śmierci, samobójstwie i zabójstwie, o cierpieniu, posmakowaniu zakazanego i rozsmakowaniu w nim, próbie sklejania relacji, tworzeniu ich na nowo, przyjaźni, miłości, dojrzewaniu i starości, o samotności, braku nadziei, braku zaufania, poczuciu niemocy, nieodpowiednich wyborach i niezdrowych fascynacjach – o tym, co w człowieku liche, ponure, złe i przerażające. A wszystko na tle przyrody, która niepokoi swoim osobliwym wdziękiem.

Ciężko jest być dobrym człowiekiem, bo fajnie ulegać pokusom, niemniej jednak warto ulec tej książce, naprawdę warto.

Opublikowano Literatura, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Pada. Smutno Ci? A może serniczka? Kawowo-czekoladowy z karmelem

Była kiedyś taka reklama Dr. Oetkera, że mały chłopiec siedzi na parapecie i z niewyobrażalnym smutkiem zerka przez szybę na zalewane deszczem podwórze, w pewnym momencie podbiega do niego siostra i troskliwie pyta: Smutno Ci? A może budyń? Na co ten się rozpromienia i wspólnie pałaszują śmietankowy przysmak, który po brzegi wypełnia ogromne pucharki. Budyń pomógł.

Dzisiaj również pada, więc  może niekoniecznie budyń, ale ten gładki, mazisty, dość ciężki, kawowo-czekolady sernik na kruchym kakaowym spodzie, oblany gęstym, lekko słonym lub waniliowym sosem karmelowym pomoże?

Przepis na kawowo-czekoladowy sernik z karmelem (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty; zrezygnowałam ze spodu ciasteczkowego i zastąpiłam go kruchym kakaowym)

Składniki:

Kakaowy spód:

  • 170 g mąki pszennej (tortowej)
  • 30 g gorzkiego kakao
  • 130 g masła
  • 80 g cukru
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Masa serowa:

  • 750 g twarogu półtłustego (przynajmniej dwukrotnie zmielonego)
  • 250 g serka mascarpone
  • 4 jajka
  • 1,5 szklanki cukru
  • 200 g gorzkiej czekolady (roztopionej i przestudzonej)
  • 2 łyżki mąki pszennej (tortowej)
  • 4 łyżki kawy rozpuszczalnej
  • 1 łyżka likieru kawowego

Dodatkowo:

  • sos karmelowy

Sposób przygotowania:

Składniki na spód zagnieść, uformować w kulę, owinąć folią spożywczą , schłodzić przez 30 minut w lodówce, po czym dokładnie wcisnąć w spód wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy i podpiec przez 15 minut, w temperaturze  190°C.

*jeśli ktoś lubi cieńsze spody, to można ująć trochę ciasta; ja tak zrobiłam w trakcie umieszczania go w tortownicy, bo w efekcie wydało mi się go troszkę za dużo – ale nic straconego, bo resztę ciasta zamroziłam, a kiedyś na pewno się przyda

Na podpieczony spód wylać masę serową (twaróg, mascarpone, jajka, cukier, mąkę – zmiksować, ale tylko do połączenia się składników, by niepotrzebnie nie napowietrzać masy, potem dodać kawę i likier – wymieszać, a na sam koniec wlać roztopioną i przestudzoną gorzką czekoladę – delikatnie zmiksować).

Piec około 45-60 minut, w temperaturze 150°C (powierzchnia sernika musi być ścięta i lekko sprężysta przy dotykaniu patyczkiem).

Przestudzić w uchylonym piekarniku.

Wstawić do lodówki na całą noc.

Przed podaniem oblać karmelem: w wersji błyskawicznej skorzystać po prostu z gotowego, a dla tych, którzy mają ochotę wykonać go samodzielnie pod zdjęciem podaję przepis.

Ja niestety nie posiadam termometru cukierniczego, więc skorzystałam z tego ze sklepowej półki.

Domowy sos karmelowy (350 ml) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 220 g cukru
  • 1/4 szklanki wody
  • 1 łyżka golden syrupu (niekoniecznie, ale zapobiega skrystalizowaniu; zwłaszcza, jeśli ktoś nie posiada termometru cukierniczego)
  • 50 g masła
  • 180 ml śmietany 36%
  • duża szczypta soli morskiej lub 1 łyżeczka pasty waniliowej

Sposób przygotowania:

W małym garnuszku z grubszym dnem umieścić cukier, golden syrup i wodę – wymieszać, ulokować go na palniku, którego moc należy ustawić na najwyższą (kuchenka elektryczna) i prawie najwyższą (kuchenka gazowa). Do garnka włożyć tremometr cukierniczy i nie mieszając, ani nawet nie dotykając karmelu, gotować do uzyskania temperatury 170°C (12-15 minut); przekroczenie wskazanej temperatury spowoduje spalenie. Kolor karmelu powinien być bursztynowo-złoty.

Garnuszek zdjąć z palnika, dodać masło i śmietanę – wymieszać do rozpuszczenia, ponownie ustawić na palniku i, cały czas mieszając, pogotować jeszcze około 1 minuty na małej mocy.

Zdjąć z palnika. Dodać sól morską lub pastę waniliową, wymieszać, wystudzić, przelać do słoiczka i włożyć do lodówki.

A że u nas słońca nie było kompletnie (tego przyjemnego, nienachalnego), to pojechaliśmy do Cieszyna, by poszukać go nad brukowanymi uliczkami

Trochę znaleźliśmy

Do tego ponadprzeciętnie wyrośniętą lawendę

Wróbelka, który rzec można stał się współcześnie unikatem

Nakrapianego motyla

Wypiliśmy też wyborne cappuccino o smaku kokosowym

Czekoladę z lodami truskawkowymi oraz bitą śmietaną

W asyście uroczych pralinek: mlecznej żabki i marcepanowej truskawki

Opublikowano Przepisy, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj