Zbrodnie o zapachu pierniczków, czyli „Piernikowe makabreski” autorstwa Joanne Fluke, Laury Levine oraz Leslie Meier + przepis z książki na najlepsze maślane ciasteczka Hanny

Zapach świeżo zmielonej kawy, odrobinę wilgotnej ziemi dopiero co strząśniętej z wydobytego z pola ziemniaka, benzyny wlewanej do baku, wdzierającej na stacji przez okienną szczelinę, nieodkrytego, wiekowego strychu tłoczącego w wielkich skrzyniach i szklanych słojach dziwne historie, jeszcze ciepłego druku nowej książki lub pożółkłych stronic tej z antykwariatu, ściekającego z płonącej świeczki wosku czy emocjonującej tajemnicy, której nie zna nikt zupełnie zawsze należały do moich ulubionych – mogłam się nimi odurzać i wtedy albo czas stawał w miejscu, odgradzając mnie od świata szklanym kloszem, albo wręcz przeciwnie, nie mające ze sobą absolutnie nic wspólnego strzępy mojego życia przelatywały przed smutno zamyślonymi oczami. Mam tak do tej pory. Do tej pory też nie potrafię wyrzucić ze świadomość informacji czym jest piżmo i jak się je pozyskuje, bo nieodwracalnie upajają mnie perfumy z jego domieszką w składzie.

A jak już jestem przy perfumach to przypomniało mi się jak pod koniec podstawówki i na początku gimnazjum chadzałam do „Rossmanna” i ukradkiem tudzież nieskromnie, bo darmowo wylewałam na siebie hektolitry nieznanych wonności; nie mając pojęcia o nutach, tonacjach zapachowych nonsensownie łączyłam to, co po pierwszym pociągnięciu nosem uznałam za pięknie słuszne. Potem, roztaczając tak bukiet bezwzględny, wychodziłam na ulicę, by dezorientować przechodniów nie tyle osobliwą mieszaniną, co faktem pachnięcia mężczyzną, bo muszę doprecyzować, że przeważnie spryskiwałam się… męskimi perfumami – tak właśnie, męskimi, bo te podobały mi się najbardziej (z tego miejsca pozdrawiam serdecznie częstochowski „Rossmann” na rogu I Alei; ten, który mija się idąc do Domu Handlowego „SEKA”).

A teraz jest okres przedświąteczny, więc w drogeriach znowu wzmożone rozpylanie. Wzmożony również w pasażach handlowych i mieszkaniach aromat pomarańczy, orzechów, likierów, przypraw korzennych i pierniczków, bowiem nadchodzą jedne z najbardziej lubianych i nielubianych, często niepotrzebnie stresujących, bo nadmiernie wydumanych świąt – Święta Bożego Narodzenia.

Rozsiadam się zatem w wygodnym fotelu, w głaszczącej moje ramię ciszy. Obok Ofelia zwinięta w psią kuleczkę, a po chwili i pakująca swoje kudłate ciałko Klara; wszak nie może być tak, że któraś bliżej mnie w pojedynkę – ALBO RAZEM, ALBO WCALE, a że razem na tak małej przestrzeni niekomfortowo to trzeba przenieść się na kanapę – mus to mus, ale nie da się ukryć, iż bardzo wygodny mus:

Na zewnątrz wieczorna mgła rozsnuwa się po osiedlowych ławkach i zamarzniętych trawach, koty rezygnują z nocnych wędrówek na rzecz drzemki przy gorącym piecu, ja wciągam nosem balsam pierniczkowego ciasta najeżonego bakaliami, które dojrzewa sobie spokojnie już od kilku dni przykryte lnianą ściereczką, biorę łyk przyjemnie gorącej kawy i rozczytuję w świątecznych opowiadaniach kryminalno-sensacyjnych Joanne Fluke, Laury Levine oraz Leslie Meier zebranych w książce „Piernikowe makabreski”, gdzie właśnie, pomimo ludzkiego okrucieństwa i tak przewijają się pierniczki, bo co one temu winne, że świat przez człowieka zły? Są przecież święta, a w święta pierniczków zabraknąć nie może; co innego serca – serca brakuje zbyt często, ale cóż: sami sobie.

W pierwszym opowiadaniu, a więc w „Pierniczkowych makabreskach” Joanne Fluke mieszkająca w Minnesocie, w Lake Eden rudowłosa, samotna, ale posiadająca kocura o imieniu Mosze właścicielka piekarni i cukierni „Ciasteczkowa Dolina” Hanna Swensen, będąca dodatkowo członkiem zarządu wspólnoty lokatorów wybiera się do mieszkania rozwodnika, jednocześnie niedawnego zwycięscy w totolotka Erniego Kusaka (po 21 latach rozwiódł się z Lorną) z prośbą, by ściszył hałaśliwą muzykę świąteczną oraz wyłączył dekorację złożoną z oślepiających świateł laserowych, lecz gdy przekracza próg kuchni znajduje go martwego, przyciśniętego otwartą lodówką, spod której wypływa krew, a wokoło są pokruszone ciasteczka. Wtedy też, wraz z gliniarzem Mikiem Kingstonem i pracującym w klinice dentystycznej Normanem Rhodesem rozpoczyna prywatne śledztwo. 

W tym oto opowiadaniu znajduje się pełno dokładnie opisanych przepisów na:

pierniczki

ulubiony mus czekoladowy Hanny

podwójne ciasteczka czekoladowe

sportowe hamburgery

chrupiącą sałatkę warzywną

fasolkę na gorąco

kokosowo-żurawinowe żujki lub kokosowe żujki z wiórkami czekoladowymi

magiczne karmeladki

ciągutki krasnoludki

TNMB (To Nie Może Być) ciasto owocowe

najlepsze ciasteczka maślane Hanny

W drugim opowiadania, czyli w „Czy pierniczki mogą być bezpieczne?” Laury Levine homoseksualna twórczyni reklam telewizyjnych Jaine Austin leci z Los Angeles w towarzystwie złośliwego kota Prozaca wprost na Florydę, do Tampa Vistas, by wspólnie z dość ekscentrycznymi rodzicami, a więc ubierającą kiczowato, bardzo emocjonalną matką Klaudią i upartym, rozmiłowanym w telezakupach, określającym córkę pieszczotliwie „małą Smerfetką” ojcem Hankiem, spędzić Święta Bożego Narodzenia. Okres ten okraszony wizją obiadu u ciotki Klary i wuja Eda wydaje się być potwornie nudny, jednak akcja gwałtownie nabiera tempa, gdy udają się na beznadziejną świąteczną sztukę o nagle ożywającym pierniczkowym ludziku, który pomaga starej kobiecie odnaleźć szczęście, zatytułowanym „Pierniczek, który uratował Gwiazdkę” napisaną przez na co dzień robiącą na drutach narzuty tudzież pokrowce na imbryki, należącą do Stowarzyszenia Emerytów w Teatrze Społecznym, Ednę Lindstrom, która w roli imbirowego ciasteczka obsadza podstarzałego chirurga plastycznego, będącego równocześnie jej narzeczonym. Niestety Preston McCay okazuje się niesamowitym babiarzem, kręcącym na boku także z „imponująco grubą” Glorią Di Nardo, wyniosłą blondynką Laurette Kendall oraz ponętną instruktorką wodnego aerobiku Ginny. I kiedy u kobiet rozpacz zaczyna prześcigać się z nienawiścią amantowi w trakcie spektaklu pęka lina i upadając na scenę skręca kark, w efekcie umiera. A na pytanie: kto jest zabójcą? Czy to któraś ze skrzywdzonych dam, czy poniżony uchodźca z Kuby Raymond, czy może jeszcze ktoś inny stara się odpowiedzieć znużona przedświąteczną atmosferą, co raz zajadająca słodkie ciągutki Jaine Austin (i w ślad za nią podążający, troskliwy tatunio).

W trzecim, ostatnim opowiadaniu „Rewolwer i stare pierniczki” Leslie Meier żona stolarza, renowatora Billa, matka licealistki Sary, gimnazjalistki Zoe, wiodącego szczęśliwe małżeńskie życie z MollyToby’ego i Elizabet (pracuje w Palm Beach, w eleganckim Hotelu „Cavenolish”), babcia 2-letniego Patricka, dodatkowo reporterka i publicystka lokalnego tygodnika „Skarbonka” nie przepada za świątecznymi przygotowaniami, bo bez tego i tak ma zbyt napięty grafik, stąd podziwia zapał pozostałych kobiet, które są miłosiernie oddane sprzątaniu, pakowaniu, zdobieniu, pieczeniu, ubieraniu choinki, gotowaniu i kupowaniu. A gdy w tym całym szale dociera do niej nadana przez radio informacja o porwaniu sprzed nieczynnego Oceanarium, przez rzekomo postawną, ciemnoskórą kobietę w pikowanej bordowej kurtce, w szarej hondzie CR-V, uroczego 4-letniego Nemo – synka ogolonej na łyso, z furą kolczyków oraz tatuaży Ocean Anderson - usilnie postanawia go odszukać. Niestety sytuacja komplikuje się, gdy podczas spaceru z psem nad Jagodową Sadzawkę natrafia na otwarty samochód, a w nim znajduje ciało Ricka (obecny ojciec chłopca), nadgryzionego piernika, którego sama podarowała chłopcu oraz do połowy wypitą gorącą czekoladę…

„Pierniczkowe makabreski”, mimo pojawiających się zbrodni, są naprawdę przyjemne  w odbiorze, i nawet te 436 stron, co prawa wydrukowanych dużą czcionką, czyta się migiem, a to za sprawą pozytywnej, serdecznej kreacji głównych bohaterek i lekkiego pióra autorek, które darowały sobie głęboką psychologizację czy zawiłe intrygi (zagadki są dość łatwe do rozwiązania) – zamiast tego czytelnik otrzymuje przytulną świąteczną atmosferę oraz dobre poczucie humoru, które umili ten ponury, jesienny czas.

To taka książka od kobiet dla kobiet ;)

Zaintrygowana podanymi w książce przepisami postanowiłam wypróbować chociaż jeden, by przekonać się czy one są tak dla picu, czy faktycznie coś z nich wyjdzie. Zdecydowałam się na tak wychwalane w treści najlepsze maślane ciasteczka Hanny. Ponieważ nie posiadałam w domu maślanych wiórków, a nie chciało mi się trzeć masła na tarce, zgodnie z zaleceniami autorki dodałam podwojoną ilość wiórków z białej czekolady i myślę, że to była dobra decyzja, bo nawet ze zmniejszoną ilością masła ciastka w trakcie pieczenia bardzo się rozlewają, naprawdę bardzo, niezależnie od wielkości uformowanych kulek, co przyznam trochę mnie zdenerwowało. Wybrnęłam z tego tak, że z tych nieładnie rozlanych wycięłam foremką ładne maślane kwiatuszki, a wierzch przyozdobiłam białą czekoladą i solonymi orzeszkami arachidowymi. Koniec końców wyszły pyszne: malutkie, tak na jeden kęs, niewysokie, intensywnie maślane, z wyczuwalnym smakiem białej czekolady, orzechów nerkowca oraz ziemnych ;)

Przepis na najlepsze maślane ciasteczka Hanny (z pierwszego opowiadania):

Składniki:

  • 3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 3/4 szklanki białego cukru
  • 3/4 szklanki brązowego cukru
  • 170 g masła (miękkiego)
  • 170 g waniliowego serka homogenizowanego
  • 2 duże jajka
  • 510 g wiórków z białej czekolady (albo 170 g wiórków maślanych + 170 g wiórków z białej czekolady)
  • 1,5 szklanki solonych orzechów nerkowca (posiekanych)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki aromatu waniliowego

Dodatkowo:

  • 100 g białej czekolady
  • prażone, solone orzeszki arachidowe

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć na puch, potem dodać biały i brązowy cukier oraz waniliowy serek homogenizowany. Następnie wlać aromat waniliowy i wsypać sodę oczyszczoną – wymieszać. Do powstałej masy, kolejno, jedno po drugim, cały czas miksując, wbić jajka.  Dalej wsypać mąkę – połączyć. Na sam koniec delikatnie wmieszać wiórki z białej czekolady oraz posiekane orzechy nerkowca.

Przy użyciu łyżeczki nabierać nieduże porcje ciasta i układać w sporych odległościach od siebie na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 8-10 minut ,w temperaturze 160°C

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu ozdobić rozpuszczoną w kąpieli wodnej białą czekoladą i prażonymi, solonymi orzeszkami arachidowymi.

Opublikowano Ciasteczka, Literatura, Przepisy, Wszystkie wpisy | Skomentuj

„Myślałem, że zagranicą będę się wreszcie czuć człowiekiem, nie tylko Polakiem”, czyli o pracy na obczyźnie, typowej wigilii, nałogach, wyrzutach sumienia i braterskim konflikcie w filmie „Cicha noc” w reż. Piotra Domalewskiego

Nigdy nie lubiłam śpiewać (wyjątek stanowiły jakieś epizodyczne wygłupy z koleżankami, kiedy to wrzeszczałyśmy ogłuszająco jakieś kiczowate utwory w samym środku miasta albo  na koloniach, na kolei linowej), co potrafiło uwidaczniać się tym, że nawet odmawiałam samodzielnego odśpiewania piosenki na lekcji muzyki (jak kiedyś zanuciłam „Jadą wozy kolorowe”, to zrobiłam to niemalże bezdźwięcznie; w zasadzie ledwo usłyszał mnie sam nauczyciel, obok którego stałam, bo zagłuszyły mnie jego organki, w efekcie otrzymałam satysfakcjonujące 4-) – sama nie wiem czy bardziej się krępowałam czy wkurzałam, że ktoś mi nakazuje, a ja zwyczajnie tego nie lubię, ale myślę, że zapewne i jedno i drugie po trochu. I mogę zapewnić, że do dnia dzisiejszego nie ujrzy się mnie radośnie śpiewającej, co ja piszę: W OGÓLE ŚPIEWAJĄCEJ; i nie ma znaczenia czy jest to „Sto lat, sto lat” przed zdmuchnięciem przez solenizanta świeczek tkwiących w urodzinowym torcie czy „Przybieżeli do Betlejem pasterze” w trakcie wigilijnej kolacji (odstępstwem od prywatnej reguły było kolędowanie na blokowiskach, co muszę przyznać stanowiło dla mnie fajną zabawę – naturalnie byłam przebrana za diabła) – nie zaśpiewam, a okoliczności nie mają tu żadnego znaczenia (podobnie mam z przebieganiem przez ulicę lub podbiegnięciem do autobusu – nie podbiegnę; mogę się spóźnić, może mi odjechać sprzed nosa, to sobie zwyczajnie pojadę następnym, mogę czekać milion godzin po drugiej stronie ulicy, aż zaświeci pustkami, ale: NIE PODBIEGNĘ). Wbrew temu wszystkiemu uważam, że istnieje wiele pięknych kolęd i świątecznych piosenek, więc nie zaśpiewam, ale chętnie posłucham, gdzieś snując zaśnieżonymi (choć podobno zima w tym roku ma był łagodna – tak mówią), tajemnymi, migoczącymi od kolorowych lampek uliczkami czy skulona pod kocem opodal niedużej choinki, w domowym zaciszu, sącząc najlepszy z bożonarodzeniowych potraw susz.

I choć co prawda akurat za „Cichą nocą” szczególnie nie przepadam, to „Cicha noc” w reż. Piotra Domalewskiego, na której byliśmy w niedzielny wieczór, poprzedzając seans wybitną kawą piernikową oraz białą czekoladą z zimowej oferty „Starbucksa”

bardzo, baaardzo przypadła mi do gustu – zwłaszcza dlatego, że jest taka autentyczna, taka zza okna, taka wyjęta z ludzkiego życiorysu, bo nie brakuje tu świątecznej krzątaniny, chaosu, urazów, krzyków, przekleństw, intryg, sączących się ran, przytyków, niestabilnych relacji, nieautentycznych uśmiechów na zdjęciach, „Kevina samego w domu”, powierzchownego traktowania tradycji, naganiania do stołu, bezmyślnego wydeklamowania często nieszczerych życzeń przy dzieleniu opłatkiem, odczytania-odklepania Ewangelii o narodzeniu Jezusa, obgadywania, knucia, podśmiewywania, zatajania, okłamywania, przyozdabiania skradzionego drzewka, sklejania pierogów, nalewania barszczu, rubasznych wujaszków (Adam Cywka), nagrzanych dziadków (Paweł Nowisz), przejętych oraz starających się nadać temu harmonię mam (Agnieszka Suchora), również rozładowujących napiętą atmosferę babć (Elżbieta Kępińska) tudzież towarzyszących im ciotek (Jowita Budnik), niewinnych najmłodszych (w roli pobrzękującej na skrzypeczkach Kasi Amelia Tyszkiewicz), zbuntowanych nastolatków [mam na myśli prowadzącego hodowlę marihuany Jacka (Mateusz Więcławek)] i dulczących z nosem w smartfonach nastolatek (Magdalena Żak jako Gośka), co skleja się na historię Adama (Dawid Ogrodnik), który przybył wprost z Holandii, by ten dzień spędzić z bliskimi. Jednak jego intencje nie są tak do końca czyste, bowiem nie o wspólny posiłek tutaj chodzi, nie o skąpanie w cieple domowego ogniska, lecz o sprzedanie chałupy seniora rodu, co umożliwi mu otworzenie własnego biznesu poza granicami kraju. Szkopuł polega na tym, że musi otrzymać zgodę: od mającego alkoholowy problem ojca (Arkadiusz Jakubik), który sam większość życia przepracował na emigracji, co przekreśliło zaangażowanie w rodzinną codzienność, wypełniając go ogromnymi wyrzutami sumienia, połączonymi z niedoszłymi aspiracjami oraz ciężarem świadomości braku odwagi, by sprowadzić tam żonę i dzieci, co miało swoje źródło w tym, że będąc na obczyźnie jeszcze bardziej czuł się Polakiem, a w swoim kraju, pomimo skrajnej nędzy, czuje się po prostu człowiekiem, od wykształconej, wszakże nie potrafiącej podjąć jakiejkolwiek rewolucyjnej decyzji siostry Jolki (Maria Dębska) [i chodzi tu zarówno o zmianę pracy, jak i pogonienie znęcającego nad nią męża Marcina (Tomasz Schuchardt); swoją drogą scena jak dostał porządny oklep i dla upozorowania upadku został upojony alkoholem była genialna] oraz od jakby pretensjonalnego, trochę zazdrosnego, jak później się okazuje romansującego z jego dziewczyną Aśką (Milena Staszuk) brata Pawła (Tomas Ziętek), który to planuje założyć tam warsztat samochodowy.

„Cicha noc” to taka mieszanina upokarzającej nędzy, lęków, narodowych kompleksów, problemu tożsamości i człowieczeństwa. To jednocześnie świąteczna opowieść o braku porozumienia, niespełnieniu, rodzinnych konfliktach, dramacie emigrantów oraz stwarzaniu pozorów – emocjonalna opowieść, która angażuje widza, bo pozwala mu się rozsiąść w rzeczywistości, która przecież tak naprawdę nie jest mu obca.

To naprawdę doskonały debiut, więc główna nagroda tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni jest jak najbardziej zasłużona.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/03/09/790309/7804625.6.jpg

źródło ilustracji: http://paradoks.net.pl/read/33542-zlote-lwy-dla-cichej-nocy-film-debiutanta-zwyciezca-festiwalu-w-gdyni

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/f6/61/15/z22421238IER,-Cicha-noc-.jpg

źródło ilustracji: https://kulturalnemedia.pl/film/cicha-noc-pierwszy-zwiastun-juz-jest/

źródło ilustracji: http://culture.pl/sites/default/files/images/imported/film/filmy%20kadry%20i%20dvd/Cicha_noc_Piotr_Domalewski/full_cicha_noc_770.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Domowa chałka z wanilią i kruszonką

Rozpadało się listopadowym śniegiem; gęsto i intensywnie, tak bardzo, że przed oczami derealizuje się krajobraz – jest baśniowy, choć nie jak w krainie pięknej, lecz złowrogiej Królowej Śniegu.

Chłód podstępnie wkrada się pod ciepłe kurtki, pokazując, że w istocie ma je za nic, że się nie liczą i w tej potyczce nigdy nie wygrają; podobnie jak człowiek z koszmarnym Losem, który jak sobie zaplanuje, to realizuje bezpardonowo i nie wskórasz nic, nigdy.

Pachnie u mnie wampirzym kadzidełkiem i herbatą z hibiskusem, jabłkiem, papają, rodzynkami, czarną porzeczką, truskawką, maliną, płatkami słonecznika oraz bławatka o wdzięcznej nazwie „Wyspa marzeń” – lubię marzyć, ale marzenia zwiększają tęsknotę (nie mam tu na myśli stawiania sobie celów).

Pachnie jeszcze delikatnie ciastem drożdżowym, które w postaci słodkich drożdżówek z serem i właśnie chałki z wanilią i kruszonką gościły niedawno na moim stole.

Chałka jest obłędna: domowa, ogromna, smakowita, puszysta, delikatna, z wyczuwalnym smakiem masła oraz wanilii, no i co najważniejsze ze złocistą, chrupiącą kruszonką, którą ukradkiem podskubywało się w dzieciństwie, ale można zastąpić ją na przykład gruboziarnistą solą albo makiem.

Z poniższego przepisu można wykonać 1 dużą bądź 2 mniejsze; ja zdecydowałam się na dużą, ale ponieważ splatałam ją pierwszy raz (to w ogóle nie jest skomplikowane) to zrobiłam tak, jak sugeruje przepis, w efekcie wyszła ciut za długa (nawet się obawiałam, że w trakcie pieczenia wypłynie sobie poza blachę; na szczęście tak się nie stało) – następnym razem zamiast 4 wałeczków zroluję 7, wtedy też będę miała krótszą i trochę szerszą.

Polecam; na te rodzinne śniadania ;)

Przepis na chałkę z wanilią i kruszonką (1 duża sztuka lub 2 małe) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 3 i 1/4 szklanki mąki chlebowej (użyłam pszennej tortowej; dosypałam jakieś 0,5 garstki więcej, tak, by ciasto się nie kleiło)
  • 10 g suchych drożdży (lub 20 g świeżych, z których najpierw trzeba wykonać rozczyn)
  • 60 g cukru 
  • 16 g cukru waniliowego
  • 60 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)
  • 1 szklanka letniego mleka
  • 1 duże jajko
  • 0,5 łyżeczki soli

Kruszonka:

  • 0,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 5 płaskich łyżek cukru
  • 10 g cukru z prawdziwą wanilią
  • 60 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)

Dodatkowo:

  • 1 jajko roztrzepane z 2 łyżkami mleka

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami (ze świeżych najpierw wykonać rozczyn). Dodać resztę składników i wyrobić ciasto tak, by stało się miękkie i elastyczne – uformować z niego kulę, włożyć do miski oprószonej mąką i odstawić w ciepłe miejsce pod przykryciem na 1,5 h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto ponownie wyrobić, podzielić na 4 równe części, zrolować je w wałeczki i uformować chałkę (przeplata się od prawej do lewej strony, naprzemiennie; czwarty pod trzeci, trzeci nad drugi, drugi pod pierwszym i tak aż do skończenia ciasta) – TUTAJ filmik.

Chałkę ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką lub lnianym ręcznikiem i odstawić na 30 minut do ponownego wyrośnięcia.

Przed wstawieniem do piekarnika wierzch posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem i obsypać kruszonką (połączyć wszystkie składniki).

Piec około 30-35 minut, w temperaturze 175°C

Wyjąć. Wystudzić.

Opublikowano Drożdżowe, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Najlepsze drożdżówki z białym serem

Mam na blogu przepis na drożdżówki z cynamonem, wiśniami, malinami, jagodami, czekoladą, nawet z masą szampańską czy gruszkami i karmelem, ale brakowało tu jednych, podstawowych, może najważniejszych, bo nierozerwalnie kojarzących się z dzieciństwem, kiedy to nie było takiego wyboru jak obecnie, jednak to, co oferowała osiedlowa piekarnia lub nieduża cukierenka było znacznie lepsze, aromatyczne, pyszne tak bardzo, że smakowało nie tylko nadzienie, ale i każdy kęs puszystego ciasta, które co prawda nie było tym, jakie wypiekały babuleńki mieszkające na wsi, które korzystały z  mleka od odganiającej ogonem muchy na pobliskiej łące krówki, jajek od drepczących po podwórku kurek, mąki wprost od znanego młynarza i własnoręcznie ubitego masła – a mowa cały czas o drożdżówkach z serem: wyrośniętych, miękkich, w środku lekkich, a z wierzchu cudownie przypieczonych, słodkich, pachnących, ze znakomitym nadzieniem serowym, po prostu doskonałych na podwieczorek, deser albo drugie śniadanie, NAJLEPSZYCH ;)

Przepis na drożdżówki z białym serem (u mnie 10 sporych sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 15 g suchych drożdży (lub 30 g świeżych, z których najpierw trzeba wykonać rozczyn)
  • 3 łyżki cukru
  • 75 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)
  • 250 ml mleka
  • 2 jajka
  • 0,5 łyżeczki soli

Masa serowa:

  • 400 g twarogu półtłustego lub tłustego (zmielonego dwukrotnie)
  • 1 żółtko
  • 4 łyżki masła (miękkiego)
  • 0,5 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżka cukru waniliowego

Dodatkowo:

  • 1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, dodać resztę składników, wyrobić ciasto, uformować w kulę i odstawić w misce oprószonej mąką pod przykryciem na 1,5 h.

W międzyczasie przygotować masę serową, łącząc i ucierając wszystkie składniki.

Następnie ciasto krótko wyrobić, podzielić na 10 równych części, uformować okrągłe bułeczki, ułożyć je na 2 blaszkach, wcześniej wyłożonych papierem do pieczenia, w sporych odległościach od siebie – pozostawić pod przykryciem na 30 minut.

Gdy bułeczki podwoją objętość, dnem szklanki wykonać w nich wgłębienia, przyciskając ją mocno, prawie do samej blaszki, a powstałe miejsce wypełnić serowym nadzieniem, a naokoło posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec około 15 minut, w temperaturze 200°C

Wyjąć. Wystudzić.

Opublikowano Bułki słodkie, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Sernik w cieście orzechowym z kremem śmietanowym

Ostatnio było o świątecznych filmach, to dzisiaj dalej pociągnę temat i zaproponuję coś w świątecznym klimacie, ale już dla przyjemności podniebienia: sernik, czyli ciasto, które nierozerwalnie kojarzy się z Bożym Narodzeniem, wszakże jeszcze mający coś z jesiennej aury, a chodzi o znakomite, mięciutkie, biszkoptowe blaty orzechowe, przełożone kremem z kwaśnej śmietany, otaczające aksamitną, wręcz kremową warstwę sera, zwieńczone polewą z gorzkiej czekolady i oprószone startymi orzechami włoskimi.

Sernik wbrew pozorom nie jest jakoś szczególnie pracochłonny, do tego nie trzeba wszystkiego piec za jednym zamachem; można na przykład dzień wcześniej upiec blaty (należy mieć na uwadze, że są pieczone w oddzielnych blaszkach; poniżej podałam proporcje na jeden blat, a trzeba upiec takie dwa), ale można też zacząć od masy serowej.

Ciasto jest duże, wysokie, podzielne, co więcej pięknie prezentuje się na stole, jednak chyba najważniejsze jest to, że bardzo, bardzo smakuje ;)

Polecam na wszelkiego rodzaju większe uroczystości.

Przepis na sernik w cieście orzechowym z kremem śmietanowym (blacha o wymiarach 37x25cm) (Przepis na ciasto pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/; zwiększyłam ilość produktów, ponieważ posiadam większą blaszkę i tak też podaję)

Składniki:

Ciasto orzechowe (to są proporcje na jeden blat, a trzeba upiec takie dwa):

  • 0,5 szklanka mąki krupczatki
  • 1/3 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 100 g zmielonych orzechów włoskich
  • 6 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Masa serowa:

  • 900 g twarogu półtłustego (dwukrotnie przemielonego)
  • 450 g cukru pudru
  • 9 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 3/4 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 kostki masła (miękkiego)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Krem śmietanowy:

  • 1,5 szklanki kwaśnej śmietany 18%
  • 1,5 kostki masła (miękkiego)
  • 9 łyżek cukru pudru (płaskich)

Polewa:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 80 ml śmietany 30%

Dodatkowo:

  • zmielone orzechy włoskie

Sposób przygotowania:

Ciasto orzechowe:

Białka ubić z cukrem na sztywno, wlać żółtka – zmiksować. Następnie dodać zmielony twaróg – połączyć, po czym zmiksować z masłem. Na sam koniec wmieszać obie mąki przesiane z proszkiem do pieczenia.

Ciasto przelać do blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 20-30 minut, w temperaturze 180°C.

Wyjąć. Wystudzić.

Czynność wykonać dwukrotnie.

Masa serowa:

Żółtka utrzeć z cukrem na gęstą, jasnożółtą masę, potem dodać zmielony twaróg – wymieszać. W dalszej kolejności wmiksować miękkie masło. Następnie wsypać mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Na sam koniec delikatnie połączyć z pianą ubitą z białek ze szczyptą soli.

Masę serową przelać do blaszki wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 1h, w temperaturze 170°C.

Wyjąć. Wystudzić.

Krem śmietanowy:

Masło utrzeć z cukrem na puch, po czym dodać kwaśną śmietanę – wymieszać (nie miksować długo, bo może się zważyć).

Wykonanie:

Pierwszy blat ciasta posmarować połową kremu śmietanowego, na nim ułożyć masę serową, posmarować ją pozostałym kremem, przycisnąć drugim blatem, oblać polewą (zagotować śmietanę, zdjąć z palnika, wrzucić połamaną na kostki czekoladę, chwilę odczekać i wymieszać na gładki sos) i oprószyć zmielonymi orzechami włoskimi – schłodzić.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Przepisy, Serniki | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Świątecznej gorączce – mówią NIE, czyli „Złe mamuśki 2: Jak przetrwać święta”, reż. Jon Lucas, Scott Moore

Zasadniczo sprawiam wrażenie jakbym nie znosiła świąt – żadnych (choć teraz wiadomo mam na myśli Boże Narodzenie), ale to nie jest do końca tak, bo jak tu nie lubić świąt, jeśli poza pięknym przesłaniem i całą tą magią dają jeszcze wolne oraz są prezenty (którymi rzecz jasna wolę obdarowywać, bo tej szczerej radości z otrzymanego nie jest w stanie zastąpić nic; znaczy można konkurować, bo jest i miłość, i troska, i cierpliwość, i pomoc, wszakże w tym miejscu chodzi o tę dziecięcą, czyli prostolinijną uciechę, że ktoś pamięta, że myśli, że słucha, że wie) ? Ja lubię święta same w sobie, lecz irytuje mnie to, co zrobili z nich ludzie (oczywiście nie generalizuję, bo są takie rodziny, że można im pozazdrościć autentycznego przeżywania i wyczuwalnej miłości), którzy często zapominają nawet czyje to są urodziny i jaka jest ich kluczowa idea – liczy się choinka z brokatowymi bombkami, superhiper ozdoby, kompot z suszu, kapucha, barszcz z uszkami, karp pływający w wannie w oczekiwaniu na rzeź lub już konający w siatce, potem zalany galaretą i otoczony zieloną pietruchą, makowiec, pośpiewanie kolęd dla rozrywki, pasterka również dla rozrywki, przedświąteczna spowiedź (bo tak trzeba), przełamanie opłatkiem (bo tak trzeba), sianko pod obrusem (bo tak trzeba) i pusty talerz dla samotnego wędrowca (bo tak też trzeba), no i te pocałunki judaszowe, te życzenia szalbiercze, to zakłamanie okrutne, ta telewizja w tle, ten alkohol na stole.

Wigilia stała się teraz dobrą imprezą i to bardzo mi się nie podoba: ten marketing, te błyszczące łańcuchy, renifery i mleczne czekolady z mikołajem już na początku października, ta głośna muzyka na każdym kroku (na mnie na przykład to kompletnie nie działa), ta łgarska otoczka, ta dobroć na chwilę, ta ogromna wystawność, przesada. Kiedyś było inaczej, skromniej (szczyt bogactwa tkwił w butelce „Coca-Coli”), ale chyba dzięki temu cieplej, z jakąś taką większą życzliwością, z brakiem pozowania – ja wiem, że świat daje teraz multum propozycji, impulsów, nowości, niemniej jednak to my ten świat tworzymy i niekiedy warto się zatrzymać, by zastanowić za czym właściwie tak pędzimy, a co jest tak naprawdę istotne.

Ja zamierzam się temu szałowi, temu konsumpcjonizmowi, tej hipokryzji, masówce nigdy nie poddać; jasne, że owinę pudełeczka papierem tłoczonym w gwiazdy betlejemskie, włączę kolorowe lampki na drzewku, nakleję pierogów i postawię na stole piernik, by podtrzymać cudowną tradycję, jednak nie zapomnę po co i dla kogo to robię, i co, mimo permanentnego buntu, jaki w sobie noszę, strasznej zadziorności (co akurat bywa korzystne), braku zewnętrznej wylewności, pamiętliwości (choć są rzeczy o których nie sposób zapomnieć i po prostu trzeba, przynajmniej ja muszę, z niektórych relacji zrezygnować, bo nie potrafię, chyba nawet nie chcę, bo nie pojmuję; są dla mnie zbyt toksyczne i przez nie pojawiają się złe myśli i złe emocje, a do Chrystusowego miłosierdzia jest mi niestety daleko) jest dla mnie najważniejsze: rodzina, poczucie wspólnoty, świadomość, że ma się najbliższych i że można na nich liczyć w szczęściu i niedoli, prostota, uduchowienie (na przekór osobistym żalom, wynikającym z niezrozumienia Niebieskiego). I nawet choćbym miała tylko siedzieć przy jednej świeczce, siorbiąc z talerza najcieńszą w świecie grzybową, to będę w ich towarzystwie, wiedząc i czując, że od zawsze na zawsze są dla mnie wszystkim.

To niezapięte pod szyję podejście do świąt skierowało moje kroki w sobotni wieczór do kina na komedię „Złe mamuśki 2: Jak przetrwać święta”, reż  Jon Lucas, Scott Moore, której pierwszą część jakimś nieuzasadnionym dziwem nad dziwami pominęłam, ale teraz już wiem, że nadrobię, bo ten absurdalno-frywolny humor w damskim wydaniu autentycznie mi się spodobał i momentami nawet wiarygodnie rozbawił (a widok mnie rozbawionej to jakiś ewenement xD).

A jest to historia 3 przyjaciółek: Amy (Mila Kunis), Kiki (Kristen Bell) oraz Carly (Kathryn Hahn), które jako przedstawicielki domowego ogniska stanęły przed uciążliwym faktem przykładnego zrealizowania świąt (co wiąże się z patologicznym gotowaniem, wypiekaniem, dekorowaniem, kupowaniem, pakowaniem), zachowując jednocześnie odpowiednie wzorce oraz nadążając za nowymi trendami, by ludzie oraz świat nie tylko nie mogli ich obwinić za zlekceważenie, lecz nawet pozazdrościć tudzież pogłaskać po głowach, jak to one wszystko cacy-cacy rozplanowały i zrealizowały. Aczkolwiek po wtargnięciu do hałaśliwej i zatłoczonej galerii handlowej stwierdzają, że już dość, że to nie tak, że nie mają siły i zalewając się paroma butelkami piwa twardo postanawiają, iż w tym właśnie roku na przekór dziedzictwu oraz wymogom: będzie na ludzie, bez niepotrzebnej spiny. I kiedy ten zamysł tak ucieszył, zrelaksował, popchnął do kradzieży choinki, wykonania erotycznej sesji z podstarzałym mikołajem i wygłoszenia wszem i wobec informacji o własnym zmęczeniu oraz napaleniu do drzwi każdej z nich puka… mamunia; mamunia wraz ze stertą zesztywniałych koncepcji, bo przerażająco oziębła, zabójczo apodyktyczna, przy tym chorobliwie perfekcyjna Ruth (Christine Baranski) pragnie, by odbyło się z pompą, wystawnie, wręcz karykaturalnie, z kelnerami, bijącymi po oczach światełkami, wystrzeliwującymi gołębiami, łomotającymi w bębny kukiełkami, hucznym kolędowaniem w myśl „Opowieści wigilijnej” z udziałem chóru i statystów, z grającym na trąbce jazzmanem i stertą najrozliczniejszych potraw, lukrowa, neurotyczna, psychopatycznie prześladująca mocą toksycznych więzi Sandy (Cheryl Hines) żąda bliskości absolutnej, i niczym upierdliwy wrzód, Freddy Krueger z ulicy Wiązów, bestialsko obślizgła ośmiornica owija ją mackami czułości, wtranżalając się w prywatność do tego stopnia, że zakłada swetry i piżamy z córuchnową facjatą, do tego identycznie się  obcina i farbuje, zaś w trosce o dobre pożycie siada w zaciemnionym kącie, gdy tamta uprawia z mężem seks, do tego kupuje dom w sąsiedztwie, a w chwilach sprzeciwu szantażuje emocjonalnie na kozetce u psychoterapeuty, że córka niewdzięczna, a ona przecież zmaga się z rakiem serca w 12 stadium, leniwym okiem czy polio, trochę lepiej wypada odziana w kowbojski kapelusz, zanadto wyzwolona, wiecznie naćpana, uzależniona od mężczyzn oraz hazardu, wiecznie będąca w podróży Isis (Susan Sarandon), której jednak trzeba zarzucić, że pojawia się u pierworodnej tylko wtedy, gdy chce wyciągnąć pieniądze, za co tamta ma do niej ogromny żal. W wyniku zderzenia przeciwstawnych przekonań wybucha istny armagedon, gdzie zarówno młodsze, jak i starsze pokolenie, wrzeszcząc wniebogłosy, chce przejąć pałeczkę, uciekając się do surrealistycznych taktyk oraz podstępów, co doprowadza do nagłych wybuchów nienawiści, wypowiedzenia nieodpowiednich słów i wykonania nikczemnych gestów, które doprowadzając na skraj szaleństwa, ostatecznie oczyszczają, wyzwalają i pomagają zrozumieć, że pierwsza mama jest nadwrażliwa, zwyczajnie niedoceniona i zakompleksiona, stąd potrzebuje prestiżu i ogólnego uznania, druga cierpi po śmierci męża, przemożnie obawiając się samotności, a trzecia musi po prostu przystopować ze zbyt liberalnym podejściem do macierzyństwa, bo tak naprawdę łączy ją z córką genialna więź, więc by ją ulepszyć i podtrzymać musi uczestniczyć w jej życiu trochę więcej niż do chwili, aż uda jej się wycyganić plik banknotów.

A jak się ma do tego golenie męskiego odbytu, mikołajowy striptiz i trwający 5 godzin w oryginalnym, rosyjskim wydaniu „Dziadek do orzechów” trzeba przekonać się samodzielnie, a zaświadczam, że naprawdę warto, i mówię to ja: totalna przeciwniczka komedii i wydawałoby się niestrawnego, żenującego, orgiastycznego humoru, który w tym świątecznym kiczu i mamino-córkowych utarczkach jest zaskakująco pozytywnie przyswajalny ;)

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/74/73/787473/7808521.6.jpg

źródło ilustracji: http://gfx.dlastudenta.pl/photos/Nowe/zlemamuski-min.jpg

źródło ilustracji: https://moviesroom.pl/images/0.Aktualizacja_listopad/3.AGA/zlemamuski2swieta.jpg

źródło ilustracji: https://multikino.pl/-/media/images/news/zle_mamuski_2/zle-mamuski-news2-l.jpg

źródło ilustracji: https://cont5.naekranie.pl/wp-content/uploads/2016/08/Z%C5%82e-mamu%C5%9Bki-zdj%C4%99cie-640×360.jpg

źródło ilustracji: https://media.multikino.pl/thumbnails/50/rc/QTE2Qzky/eyJ0aHVtYm5haWwiOnsic2l6ZSI6WyIxMTA0IiwiMTAwMDAiXSwibW9kZSI6Imluc2V0In19/uploads/images/films_and_events/zle-mamski-main_5b710a3836.jpg

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/07/8c/15/z22593799IH,Kadr-z-filmu–Zle-mamuski-2–Jak-przetrwac-swieta-.jpg

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/wv/33/03/43303/a2.43303.4.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Rurki z kremem karpatkowym

Wczoraj podałam tutaj przepis na kawał porządnego ciacha z kremem, z kolei dzisiaj zaproponuję coś równie kremowego, lecz znacznie mniejszego, przywołującego na myśl dzieciństwo, a chodzi o rurki z kremem; co prawda ja jadałam przeważnie te waflowe z bitą śmietaną, ale to pewnie dlatego, że były wtedy łatwiej dostępne – te natomiast są kruche, subtelne, ze słodką cukrową warstwą, nadziane gęstym, aksamitnym kremem karpatkowym.

Z ciastem współpracuje się genialnie (nie jest twarde ani suche, tylko elastyczne, ale nie za bardzo, więc szybko się je rozwałkowuje, a po rozwałkowaniu, bez obawy o podarcie czy postrzępienie, równie szybko nawija na specjalną foremkę, którą wcześniej należy dobrze natłuścić masłem, co ułatwi zdejmowanie rurek, które trzeba ściągnąć zaraz po wyjęciu z piekarnika), natomiast krem po prostu miksuje ze schłodzonym mlekiem – użyłam gotowego, bo po pierwsze jak na ten z paczki jest naprawdę wyśmienity, a po drugie zależało mi na zaoszczędzeniu czasu; naturalnie można wykonać go samodzielnie, na bazie ubitych z cukrem żółtek, ewentualnie wypełnić domowym budyniem waniliowym lub lekką jak chmurka kremówką.

Rurki można upiec dzień, dwa wcześniej, a dopiero tuż przed podaniem nafaszerować kremem, by pozostały cudownie chrupkie, ale akurat z tego przepisu ciasto aż tak bardzo nie wchłania wilgoci, stąd nie stają się jakoś niewybaczalnie miękkie.

Polecam, do szklanki jesiennej herbaty, która pachnie korzennie i miodowo ;)

Przepis na rurki z kremem karpatkowym (30 sztuk) (Przepis na ciasto pochodzi z bloga: http://ilovebake.pl/ )

Składniki:

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 300 g masła
  • 300 g kwaśnej śmietany 18%
  • szczypta soli

Krem karpatkowy:

  • 2 opakowania kremu do karpatki bez gotowania (jedno opakowanie na 400 ml mleka)
  • 700 ml mleka 3,2% (schłodzonego)

Dodatkowo:

  • 2 białka
  • kruszony cukier kandyzowany

Sposób przygotowania:

Z podanych składników zagnieść ciasto, uformować je w kulę, owinąć folią spożywczą i schłodzić w lodówce przez 2h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto rozwałkować na grubość 2mm, pociąć na pasy o szerokości 1,5cm i nawinąć na dobrze natłuszczone masłem foremki do rurek, rozpoczynając od tej węższej części.

Górną część rurek posmarować białkiem i obtoczyć w kruszonym cukrze kandyzowanym.

Piec około 10-15 minut, w temperaturze 200°C (muszą się lekko zarumienić).

Po wyjęciu z piekarnika, przy użyciu ściereczki, delikatnie kręcąc foremkami, wyciągnąć je z rurek.

Wystudzić i przy użyciu worka cukierniczego nadziać kremem (krem z paczki zmiksować ze schłodzonym mlekiem do gęstości).

Opublikowano Przepisy, Rurki | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Wytworny tort tiramisu

Pierwszym ciastem, jakie samodzielnie zamówiłam sobie w kawiarni (miałam jakieś 12-13 lat, a rzecz miała miejsce w „Consonni”) było tiramisu. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałam co to jest i jak smakuje, ale spodobała mi się i nazwa i wygląd (zwłaszcza ten wierzch udekorowany bitą śmietaną na kształt drobnych kuleczek, dodatkowo sowicie oprószonych słodkim kakao). Otrzymałam, spróbowałam i przepadłam, bo okazało się, że dominuje tutaj smak kawy, którą zaczynałam kochać miłością absolutną. Wtedy też poprzysięgłam sobie, że kiedyś je upiekę.

Kiedyś miało miejsce dopiero jakieś 5 lat temu i muszę przyznać, że był to udany debiut. Potem na długo, długo zapomniałam o tym wypieku, ale kiedy kilka dni temu, w trakcie sprzątania, wypadła mi karteczka z przepisem na krem, to postanowiłam jeszcze raz odtworzyć ten smak, jednak tym razem nadałam mu kształt eleganckiego tortu, do wykonania którego wykorzystałam moje ulubione, niezwykle mięciutkie, puszyste i wilgotne blaty – co więcej nasączyłam je świeżo zaparzoną czarną kawą z kieliszkiem wybornego amaretto. Boki obkleiłam wiórkami z gorzkiej czekolady, zaś wierzch udekorowałam tak, jak pamiętałam z nastoletnich czasów ;)

Co tu dużo pisać – tort jest przepyszny: wytworny, delikatny, z przenikającymi się smakami kawy, śmietany, czekolady, migdałów oraz kakao.

Idealny na większe oraz mniejsze przyjęcia, do filiżanki gorącej kawy lub herbaty, popijanej w gronie najbliższych osób ;)

Propozycje na inne rarytasy z udziałem tiramisu:

1. Kremowy sernik tiramisu

2. Babeczki tiramisu

3. Deser tiramisu w pucharkach: z musem truskawkowym oraz lodami

4. Drink tiramisu

Przepis na tort tiramisu (tortownica o średnicy 23 cm) (Przepis na biszkopt pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty, a na krem z jakiejś internetowej stronki – nie pamiętam jakiej, bo trafiłam na niego dawno, dawno temu)

Składniki:

Biszkopt:

  • 3/4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
  • 3/4 szklanki cukru
  • 5 jajek
  • szczypta soli

Krem tiramisu:

  • 4 żółtka
  • 170 g cukru pudru
  • 500 g serka mascarpone
  • 300 ml śmietany 36%
  • 50 ml likieru amaretto

Krem śmietanowy:

  • 400 ml śmietany 36%
  • 2 łyżki cukru pudru

Dodatkowo:

  • poncz: kawa z amaretto
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • słodkie kakao

Sposób przygotowania:

Biszkopt:

Białka ubić ze szczyptą soli, po czym powoli, łyżka po łyżce, wsypać cukier, następnie, cały czas miksując wlać żółtka. Na sam koniec masę jajeczną wymieszać ręcznie, szpatułką, z przesianymi mąkami.

Ciasto przelać do wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia tortownicy.

Piec około 35-40 minut, w temperaturze 170°C

Wystudzić. Przekroić na 3 blaty.

Krem tiramisu:

Żółtka ubić z cukrem pudrem do otrzymania gęstej, jasnożółtej masy. Następnie wymieszać z serkiem mascarpone.

Śmietanę ubić na sztywno i wmieszać do masy.

Na sam koniec wlać likier amaretto.

Wykonanie:

Pierwszy blat nasączyć kawą z likierem, posmarować kremem tiramisu, przycisnąć drugim blatem, nasączyć, posmarować kremem, przycisnąć ostatnim blatem, nasączyć, posmarować kremem włącznie z bokami, do których należy poprzyklejać startą na tarce gorzką czekoladę. Wierzch ozdobić ubitą na sztywno z cukrem pudrem kremówką przy pomocy rękawa cukierniczego z końcówką w kształcie kółeczka – schłodzić.

Przed podaniem oprószyć słodki kakao.

Przechowywać w lodówce.

Opublikowano Przepisy, Torty | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Kolejna część kultowej komedii romantycznej, czyli „Listy do M. 3″ w reż. Tomasza Koneckiego

Lubię ten czas, kiedy noc staje się dłuższa niż dzień; świat ogarnia spokój, wszystko poza demonami nawiedzającymi sny sprawia wrażenie bezproblemowego, a nienawiść śpi wraz z człowiekiem. Mogłabym egzystować tylko wtedy, przegapiając troski, frustracje oraz szelmostwa rażącej oczy, serca i świadomość jasności. Mogłabym samotnie lub z Nim spacerować wzdłuż wzburzonej granatem rzeki, sielankowo wdychając zapach przyrody: czułabym kwiaty, korę drzew, rozmoknięte liście, kurz i ptasie pióra. Mogłabym wspinać się po górach i rozpalać ogniska, pływać łódką po odbijającym księżyc jeziorze bądź zbierać zioła w butelkowym lesie, kompletnie zapominając o podstawowych potrzebach i wymuszonych interakcjach społecznych – mogłabym, a nie mogę, bo po nocy zawsze nadchodzi dzień (nie mylić z tym, że po burzy zawsze wschodzi słońce; choć to w ogóle mija się z prawdą).

Mogę za to owinąć się puchatym kocem, pić hektolitry kawy, czytać tony książek, przez okno widzieć błąkające po osiedlu sarny, lisy czy zające, nękać wspomnieniami i upajać marzeniami. Mogę żeglować po oceanach własnego umysłu po prostu; po oceanach niezmąconych doczesnością, która wymyka się nocy.

Dzisiaj poszwendałam się trochę po wczorajszej premierze 3 części „Listów do M.” w reż. Tomasza Koneckiego, na której byłam, zajmując jedno z siedzeń wypełnionej po brzegi sali. Byłam i właściwie to nie wiem czy być powinnam, czy może warto było uzbroić się w cierpliwość i poczekać rok cały aż zostanie wyemitowana w telewizji (?) Wszakże skusiłam się, więc nie ma co tworzyć niemożliwych wersji, tylko podzielić obejrzanym i przemyślanym.

Już na wstępie zirytował mnie fakt, że film został wprowadzony na ekrany, podczas gdy jeszcze nawet dobrze nie zapachniało choinką, pomarańczami i goździkami, gdy śnieg nie poprószył dłuższą chwilę (choć wiem, że tutaj człowiek wpływ ma nijaki), lampki nie pomigotały tak naprawdę (pomijam rządne kasy wystawy sklepowe, które przyciągają reniferem już w październiku), ponieważ puszczanie filmu o świętach na początku listopada, kiedy to dopiero zaczyna szumieć liśćmi i padać deszczem zwyczajnie nie przystoi (ja wiem, że pieniądze… no ale), bo nie ma wokół tej atmosfery, tej magii zasianej w człowieku, która sprawia, że  zwierzęta przemawiają ludzkim głosem a fałszywi stają się jeszcze bardziej fałszywi (to poza bożonarodzeniowym biznesem, odarciem tradycji z głębi i przykryciem ich starannie wyprasowanym obrusem jałowizny jest kluczowy powód, dla którego nie przepadam za uroczystościami wigilijnymi, bo obłudny, udający, że nie jest  w ten dzień obłudny, to dla mnie obłudny pomnożony razy dwa; bardzo nie lubię takich osób, a dobrych, prostolinijnie dobrych darzę sympatią tak po prostu i nie potrzebuję do tego żadnych świąt), przez co właśnie uważam tego klimatu nie da się wyczuć w owej produkcji (bo poza ozdobioną Arkadią, skradzioną gwiazdą betlejemską, paroma prezentami, rybą i pierogami na stole nie ma tu nic ze świątecznego nastroju), po drugie jest za dużo nowych bohaterów, przez to masa ledwo muśniętych, kiepsko rozwiniętych wątków, jak choćby uroczego weterynarza Rafała (Filip Pławiak), który, podążając na psią aukcję natrafia na piękną, ale nieszczęśliwą, bo trwającą w despotycznym związku ze zdradzającym ją Andrzejem (Marcin Kwaśny), Zuzę (Katarzyna Zawadzka); dla niej to nawet wiesza jemiołę i kupuje złamaną choinkę albo bez pamięci, mimo że platonicznie zakochanego w prezenterce radiowej (Magdalena Różdżka) policjanta Gibona (Borys Szyc) (żal mi też trochę nikłych ról, w jakich obsadzono Stanisławę Celińską i Hannę Śleszyńską), po trzecie pojawiają się osobistości mnie irytujące, a chodzi o denerwująco chichoczącego cwanego Pingwina (Bartosz Obuchowicz) i matackiego Czarka (Andrzej Grabowski), będącego nawiasem 15 lat temu zaginionym ojcem Melchiora (Tomasz Karolak), który może i w tym roku również pomyka w stroju Świętego Mikołaja, ale koncentruje się na jeżdżeniu po Warszawie w poszukiwaniu syna Kazika (Mateusz Winek), uparcie chcącego poznać swojego dziadka, po czwarte brakuje mi tu Mikołaja Koniecznego (Maciej Stuhr), Doris (Roma Gąsiorowska) oraz przesympatycznego Kostka (Jakub Jankiewicz), którego absolutnie nie zastępuje postać Dusi (Weronika Wachowska) (generalnie uważam tę dziewczynkę za nadzwyczaj utalentowaną aktorkę dziecięcą, ale tego typu przebiegłości, jaką przyszło jej odegrać nie trawię w autentycznym życiu), po piąte wkurza ta chamska nachalność sponsorów, po szóste fabuła jest boleśnie przewidywalna, po siódme dialogi pozostawiają wiele do życzenia, po ósme perypetie i dowcipy niekoniecznie są śmieszne, choć jak zwykle humor ratuje wybuchowa para, czyli Szczepan (Piotr Adamczyk) i Karina (Agnieszka Dygant), którzy tym razem mierzą się z misją dziadków, wizją późnego rodzicielstwa oraz nieubłaganym poczuciem nieuniknionej starości – to taki początek tego, co fajne, bo oczywiście plusy także się znajdą: jest to przede wszystkim powrót do konwencji komediowej, a nie jak w przypadku 2 części górowanie dramatu nad komedią, składająca ze znanych i chętnie nuconych utworów ścieżka dźwiękowa, zwrócenie uwagi na los psów przebywających w schroniskach, do tego niezwykle emocjonalny wątek pozostającego w żałobie po stracie ukochanej Małgorzaty (Agnieszka Wagner) Wojciecha (Wojciech Malajkat) (tutaj zwłaszcza rozwalił mnie moment, gdy usiadł na krześle w garderobie żony, bo dało się wyczuć, że tej pustki nikt nie jest w stanie mu wypełnić), no i oczywiście niechybny wdzięk tego filmu, który wynika z ofiarowania poczucia, że istnieje coś takiego jak rodzinne ciepło, miłość i przyjaźń oraz tego, że nadziei nie można tracić nigdy, a dobro zawsze wygrywa.

źródło ilustracji: https://media.multikino.pl/thumbnails/50/rc/QTRDNUEw/eyJ0aHVtYm5haWwiOnsic2l6ZSI6WyIxMDAwMCIsIjEwMDAwIl0sIm1vZGUiOiJpbnNldCJ9fQ==/uploads/images/films_and_events/listydom3-pl2_eb24d48978.jpg

źródło ilustracji: https://d-tm.ppstatic.pl/60/80/a608623f5790979f526933ea718a.1000.jpg

źródło ilustracji: http://gfx.archiwum.radiozet.pl/var/radiozetv3/storage/images/rozrywka/o-tym-sie-mowi/listy-do-m.-czas-niespodzianek-premiera-i-obsada-listow-do-m.3-00036303/1720871-1-pol-PL/Listy-do-M.-Czas-niespodzianek-3.-czesc-hitu-juz-niedlugo.jpg

źródło ilustracji: http://ars.pl/wp-content/uploads/2017/10/Listy-do-m-3_1.jpg

źródło ilustracji: https://d-nm.ppstatic.pl/kadr/k/r/e5/44/5a0182e8a09f8_o,size,933×0,q,70,h,9df6bf.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Ciasto czekoladowe z kulkami serowo-kokosowymi

Ponoć jak jest chłodniej, to wzmaga się apetyt na czekoladę (rzecz ma się podobnie w sytuacjach stresowych) – piszę „ponoć”, ponieważ akurat ja mam zawsze ochotę na kawę (i to kompletnie nie zależy od pogody), a odmawiam jej tylko wtedy, gdy nie odpowiada mi czyjeś towarzystwo^^ Niemniej jednak podpatrzone, sprawdzone i potwierdzone, więc dzielę się przepisem na ciasto czekoladowe z kulkami serowo-kokosowymi, na punkcie którego ostatnio oszaleli moi bliscy.

Spód jest genialny i to właśnie dzięki niemu ciasto wspaniale wygląda po przekrojeniu, a tworzą go serowo-kokosowe kulki, które raczej nie mają nic wspólnego z sernikiem (sernik jest bardziej kremowy, delikatny, z kolei te kulki są zbite, cięższe, intensywnie serowe, czyli nazwa serowe, a nie sernikowe, doskonale do nich pasuje). Konsystencja ciasta czekoladowego jest czymś pośrednim między tradycyjnym murzynkiem a kakaowym biszkoptem; nie jest soczyste, wytrawne ani gliniaste jak brownie, nie jest zupełnie wilgotne i miękkie jak murzynek, ale nie jest też suche jak chociażby babka piaskowa czy puchate jak biszkopt – to właśnie coś pomiędzy. Mi przeszkadzała górka z jaką wyrosło; i wizualnie i wydawała mi się zbyt skorupiasta względem sprężystego wnętrza (w tym momencie znalazłam idealne słowo dla tego ciasta: jest sprężyste), toteż po prostu ją ścięłam, dodatkowo nasączyłam kawą, w efekcie otrzymałam przepyszne ciasto czekoladowo-serowe, oblane najwspanialszą na świecie błyszczącą polewą kakaową, obsypaną wiórkami z mlecznej czekolady i chrupiącymi płatkami kokosowymi.

Ciasto należy przechowywać w lodówce, ale najlepiej smakuje, kiedy wystawi się je jakieś 30 minut przed spożyciem.

Robi się je naprawdę błyskawicznie, a tak urzeka wyglądem i smakiem.

Polecam je zwłaszcza tym, którzy jednocześnie miłują się w wypiekach czekoladowych oraz sernikach ;)

Idealne na te jesienne popołudnia ;)

Przepis na ciasto czekoladowe z kulkami serowo-kokosowymi (tortownica o średnicy 21 cm ) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/; dodatkowo nasączyłam kawą)

Składniki:

Kulki serowo-kokosowe:

  • 250 g twarogu półtłustego
  • 50 g wiórków kokosowych
  • 50 g cukru
  • 3 łyżki mąki pszennej (tortowej)
  • 1 jajko

Ciasto czekoladowe:

  • 225 g mąki pszennej (tortowej)
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 150 g cukru
  • 150 g gorzkiej czekolady
  • 4 łyżki gorzkiego kakao
  • 5 jajek (białka i żółtka osobno)
  • 150 ml mleka
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Polewa:

  • 1 łyżka gorzkiego kakao
  • 50 g masła
  • 1/4 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżka wrzątku

Dodatkowo:

  • 4 kostki mlecznej czekolady
  • płatki kokosowe
  • poncz: 2 łyżeczki kawy + 2 łyżeczki cukru rozpuszczone we wrzątku

Sposób przygotowania:

Na samym początku trzeba przygotować kulki serowo-koksowe: wszystkie składniki wrzucić do miski i dokładnie wymieszać, po czym uformować z nich kulki, które należy ułożyć na wyłożonym papierem do pieczenia dnie tortownicy – na czas przygotowywania ciasta czekoladowego wstawić do lodówki.

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej – wystudzić. Żółtka utrzeć z cukrem na jasnożółtą, gęstą masę i dodać do niej wystudzoną czekoladę – zmiksować. Następnie wsypać mąki przesiane z gorzkim kakao oraz proszkiem do pieczenia – połączyć. Dalej wlać mleko – zmiksować. Na sam koniec wmieszać ubite na sztywno z solą białka.

Ciasto przelać do tortownicy, dokładnie wypełniając wolne przestrzenie między kulkami.

Piec około 1h, w temperaturze 180°C (do suchego patyczka).

Wyjąć. Wystudzić.

*ja w tym miejscu ścięłam górkę, z którą urosło ciasto, bo wydawała mi się zbyt sucha i dodatkowo nasączyłam ciasto kawowym ponczem.

Na sam koniec wylać polewę (zagotować wszystkie składniki) i oprószyć wierzch startą na tarce mleczną czekoladą oraz płatkami kokosowymi.

Opublikowano Czekoladowe, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj