Nie ma winy bez kary; nie zawsze winnego – „Zabicie świętego jelenia” w reż. Yorgosa Lanthimosa

Adam i Ewa z rajskiego ogrodu, przykuty do skał Kaukazu Prometeusz, wtaczający ciężki kamień Syzyf, napiętnowany Kain, obłudny Tartuffe  z komedii Moliera, zimnokrwista Lady Makbet, porywczy Jacek Soplica, skłonny do bitki i wypitki Kmicic, Pani na kształt upiora z ballady „Lilije”, Kochanka wstydliwa ze „Świtezianki”, Ta z alabastrów, co ma pod rzęsą węgle, czyli „Balladyna”, Widmo Złego Pana z „Dziadów” to tylko najbardziej popularna garstka bohaterów biblijno-mitologiczno-literackich, którzy ponieśli zasłużoną karę za swoje winy. Niestety scenariuszu życia zwinnie pomysłowa dłoń pisarza cnotliwie nie zmieni, a Bóg do popełniania grzechów dał wolną rękę, więc nie wcina się między ludzką niesprawiedliwość, która swoje JA przeważnie wywyższa ponad innych; nawet niesłusznie – byle tylko mi było dobrze, nie ważne jakimi środkami, ale w imię czego (w imię mnie samego). Bo ileż to razy zrzuca się na kogoś, w celu uniknięcia; i tych śmiertelnie poważnych, i znacznie mniej, błahych, jak rozlany na stole kompot czy stłuczona szklanka.

Idę. Krokiem jeszcze wolniejszym niż zwykle. Z trudem łapię mroźny oddech, nie mogąc zrzucić z serca nałożonego balastu. Mijam nieznane twarze i pogrążone w śnie rośliny, podczas gdy nad moją głową krążą czarne kruki. Na chwilę zatrzymuję się przy złoto-żółtych pajączkach oczaru, a w moim umyśle dudnią słowa Sylvii Plath: Atrament wilgotnych świtów roztapia błękit. Na bilbularzu drzewa wyglądają jak botaniczny rysunek – wspomnienia narastają, słój po słoju…

Wspominam, choć usilnie hamuję lawinę wspomnień.

By tym wspomnieniom zapobiec kieruję się do kina, ze mną On ze swoimi błękitnymi oczami. I wtedy wszystko jakoś tak bardziej znośne stara się być, kiedy My razem wśród Nich, lecz sami sobie; mimo to nie wyrzekam się przelotnej samotności, bo lubię ją, niezmiernie.

I wtedy wiem, że mam dla kogo nie nękać myślami własnej duszy, świadomie wybierając niemyślenie, a czerpanie z chwili tej tutaj.

A tutaj na ekranie puszczają film, dramat, może nawet dreszczowiec po brzegi wypełniony symboliką, co to już na wstępie ogłusza przeraźliwymi symfoniami i odrzuca widokiem odzianych w zastraszająco białe, lateksowe rękawiczki dłoni gmerających na otwartym sercu – puszczają „Zabicie świętego jelenia” w reż. Yorgosa Lanthimosa, który jak żadna w tym roku produkcja nakazał siedzieć w napięciu przez 2 kompletnie długością niewyczuwalne godziny i jeszcze dłużej; już jak minęły chorobliwie niespokojnie.

Bo małżeństwo szacownego kardiochirurga Stevena Murphy’ego (Colin Farrell) i okulistki Anny (Nicole Kidman) z Cincinnati na pierwszy rzut oka prezentuje się całkiem przeciętnie albo i powyżej tej przeciętnej: zamożni, wykształceni, zrównoważeni (może trochę za bardzo), mieszkający w pięknym, przestronnym domu z ogrodem, usytuowanym w bezpiecznej dzielnicy, posiadający dwójkę ślicznych, inteligentnych, mających pasje [nastoletnia Kim (Raffey Cassidy) śpiewa w chórze, czasem tym śpiewem zatrważa, pokazując własną niestabilność; nie musimy się niczego bać, bo płonie w nas ogień i spalimy nim cały świat, i będą nas widzieć nawet  w kosmosie], poukładanych dzieci [poza niedużym buntem Boba (Sunny Suljic), dotyczącym ścięcia włosów] oraz małżeńskie fetysze (seks „w znieczuleniu ogólnym”). Jednak jakby się tak bliżej przyjrzeć, jakby dokładniej wsłuchać i wczuć w panującą tam atmosferę to okazuje się, że tam, gdzie metalowy bądź skórzany pasek od zegarka staje się nie lada problemem, wszystko zbyt przykładne, sterylne, poukładane, zbyt sztywne, bezemocjonalne, bo puste, bez miłości, wykreowane, zdystansowane tudzież schematyczne. I jeszcze te potajemne spotkania nad rzeką lub w barze z 16-letnim złudnie nieszkodliwym Martinem (Barry Keoghan) o osobliwie beznamiętnej, wszakże czasem upiornie bezpośredniej masce (nawiasem: sposób w jaki spożywa spaghetti jest obrzydliwy, a epizod wyszarpania niczym rozwścieczona, jednocześnie diabolicznie opanowana zwierzyna fragmentu własnej skóry autentycznie przejmuje lękiem, zresztą podobnie jak zwięzłe wypowiedzi i prawie zerowa mimika). Jakaś dziwna więź między nimi, która z zadośćuczynienia przemienia się w prawdziwy koszmar, bo kiedy tylko ten neurotyczny, wręcz psychopatyczny chłopak przekracza próg ich wymuskanej kondygnacji stopniowo zaczyna odbierać im przestrzeń i zaburzać rytm stabilizacji, bo uświadamia, że nadszedł czas na zemstę za ojca, który stracił życie na stole operacyjnym, jest wyrzutem sumienia, opatrznością; i choć nie wiadomo czy zawiniła wada, czy 2 butelki wypitego wcześniej piwa, to trzeba wyrównać straty, oko za oko, 1,2,3… gra rozpoczęta. A zasady tej zabawy chociaż błyskawicznie i chłodno wypowiedziane to w swym przesłaniu tak makabryczne, że aż momentami absurdalne i groteskowe: utrata władzy w nogach, śmierć z niedożywienia, krwawiące oczy – albo wszyscy albo jedno przypadkowo lub specjalnie wybrane; jedno niewinne, które ma złożyć ofiarę za tego, który zawinił. Pojawia się bezradność oraz frustracja i wynikające z nich rozwścieczenie, ale po odbyciu pokuty trzeba porzucić tragizm i powrócić do normalności, udając, że przecież nic się nie stało, że już wszystko dobrze: niby cierpienie, jednakże odpowiedzialność trochę zepchnięta, pycha nienaruszona.

To naprawdę mocna, warta obejrzenia propozycja na zakończenie tego roku.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/61/69/776169/7813240.6.jpg

źródło ilustracji: http://gfx.dlastudenta.pl/uploads/images/e/cd/zabicie_swietego_jelenia_1030x578.jpg

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/49/85/15/z22567497IER,-Zabicie-swietego-jelenia-.jpg

źródło ilustracji: https://pixel.nymag.com/imgs/daily/vulture/2017/10/18/costumes/18-killing-deer.w710.h473.jpg

źródło ilustracji: http://2.s.dziennik.pl/pliki/10624000/10624406-nicole-kidman-900-556.jpg

źródło ilustracji: http://1.s.dziennik.pl/pliki/10624000/10624469-raffey-cassidy-900-557.jpg

źródło ilustracji: https://i.ytimg.com/vi/4gwcr_ZMQTs/maxresdefault.jpg

 

 

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Skomentuj

Miodowe rogaliki z czekoladą i orzechami

Idąc za ciosem świątecznych miodowo-orzechowych klimatów proponuję szybciutki i nieskomplikowany przepis na bardzo smaczne ciasteczka w kształcie rogalików. Ciasto jest dość klejące, jednak ja w trakcie formowania starałam się użyć jak najmniej dodatkowej mąki, ponieważ nie chciałam, by stały się twarde po upieczeniu i udało mi się, bo są naprawdę mięciutkie, z dobrze wyczuwalnym smakiem masła oraz miodu, do tego oblane czekoladą i obtoczone w ulubionych orzechach ;)

Doskonałe zarówno na bożonarodzeniowy stół, jak i na dzień powszedni – do popołudniowej bądź wieczornej herbaty ;)

Przepis na miodowe rogaliki z czekoladą i orzechami (mi wyszło 40 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/ )

Składniki:

  • 300 g mąki pszennej (tortowej)
  • 30 g masła
  • 150 g cukru
  • 1 jajko
  • 5-6 łyżek miodu
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

Dodatkowo:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 2 łyżki mleka
  • posiekane orzechy (wedle uznania: włoskie, laskowe, arachidowe, nerkowce, pinii, itd.)

Sposób przygotowania:

Masło i miód zagotować w rondelku, lekko wystudzić i wymieszać z mąką przesianą z sodą. Następnie wbić jajko i zagnieść ciasto, z którego należy odrywać po kawałku i ręcznie formować rogaliki (jeśli będzie się za bardzo kleiło można dodać trochę mąki).

Piec około 10-12 minut, w temperaturze 200°C (aż się zarumienią).

Wyjąć. Oblać z wierzchu do połowy rozpuszczoną w kąpieli wodnej gorzką czekoladą z mlekiem i obtoczyć w posiekanych orzechach.

Opublikowano Przepisy, Rogaliki | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Bakaliowe pierniczki

Myślę, że właśnie nadszedł ten moment, kiedy w kuchni może rozchodzić się korzenny aromat pierniczków – i ja już swoje mam: w tym roku są dość grube, niesamowicie puszyste i smakowicie najeżone bakaliami (jest suszona żurawina, są rodzynki, płatki migdałowe oraz orzechy włoskie), miękkie zaraz po upieczeniu, a z wierzchu połyskujące od białka (choć polanie ich cytrynowym lub czekoladowym lukrem będzie pewnie znakomitym pomysłem).

Początkowo ciasto ma raczej luźną konsystencję, ale po odstawieniu na kilka dni w chłodne miejsce gęstnieje (nie można dodać więcej mąki niż sugeruje przepis, bo po upieczeniu staną się zbyt twarde i zbyt kruche), więc lepiej uzbroić się w cierpliwość i po prostu poczekać, zwłaszcza, że do świąt jest jeszcze trochę czasu ;)

Akurat te zawierają w składzie smalec, co jak wiadomo mi nie odpowiada – przepis więc podaję za autorką, ale ja zamieniłam smalec na masło i wyszły wspaniale (zastanawiałam się jeszcze nad masłem kokosowym, jednak nie zaryzykowałam, ale sądzę, że również się udają). Odstąpiłam też od dodania 0,5 łyżeczki pieprzu, bo… bo jakoś mi tu nie pasował – bałam się, że będą za ostre :-P

Samo ciasto robi się dość szybko, więcej czasu zajmuje wałkowanie, wycinanie i pieczenie, ale… z tego przepisu wychodzi aż 160 sztuk! I to wcale nie małych, stąd będzie można cieszyć się nimi jeszcze długo po Bożym Narodzeniu, bo jak wiadomo: w zamkniętym pojemniku przechowują się świetnie.

By zaoszczędzić czas, warto upiec je już teraz ;)

Przepis na bakaliowe pierniczki (około 160 sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

  • 4,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 1,5 szklanki mąki żytniej jasnej
  • 200 g masła
  • 150 g smalcu (można zastąpić masłem lub margaryną)
  • 2 szklanki płynnego miodu
  • 1 szklanka cukru
  • 4 jajka
  • 0,5 szklanki kwaśnej śmietany 18%
  • 3 opakowania przyprawy do piernika
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka imbiru
  • 0,5 łyżeczki mielonego kminku
  • 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 g suszonej żurawiny
  • 100 g rodzynków
  • 100 g płatków migdałowych
  • 100 g posiekanych orzechów włoskich

Dodatkowo:

  • 2 białka do posmarowania wierzchu

Sposób przygotowania:

Miód, cukier, masło, smalec (ewentualnie masło lub margarynę) i wszystkie przyprawy zagotować w garnku, a kiedy cukier się rozpuści odstawić na 20 minut do przestygnięcia.

Do przestygniętej masy dodać jajka, śmietanę i obie mąki przesiane z proszkiem oraz sodą – wymieszać na głado (ciasto będzie miało luźną konsystencję, ale takie ma być).

Na sam koniec połączyć z bakaliami.

Gotowe ciasto przykryć lnianą ściereczką i pozostawić w chłodnym miejscu na okres kilku dni do nawet kilku miesięcy (pozostawione w chłodzie zgęstnieje).

Ciasto wałkować, lekko podsypując mąką, na grubość 5 mm i wycinać foremkami pierniczki, które należy ułożyć w odległości około 1,5 cm na wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia blaszce, a z wierzchu posmarować białkiem.

Piec 10-12 minut, w temperaturze 190°C (do lekkiego zezłocenia; zbyt długo pieczone staną się twardsze i bardziej kruche).

Wyjąć i przez kilka minut nie zdejmować z blaszki, ponieważ początkowo są bardzo miękkie, następnie przenieść je na kratkę lub po prostu talerz.

Przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.

Opublikowano Pierniki, pierniczki, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Zbrodnia (nie)idealna, czyli „Morderstwo w Orient Expressie” w reż. Kennetha Branagha

Istnieją idealne zamysły, ale nie ma idealnych ludzi, więc czynności przez nich wykonane nigdy nie będą najwyższej próby (nawet „jednostka wszawa” wzbudza u Raskolnikowa takie poczucie winy, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować, popada w obłęd, bo jest rozczarowany własną słabością – a przecież plan był taki piękny, taki bez zarzutu, i choć udał się, to zaszwankowała psychika; bardzo nędzna, zawodna, i nie zrobisz z tym nic); zawsze wkradnie się gdzieś błąd, który prędzej czy później odkryje świetny, spostrzegawczy umysł, doskonały obserwator, mający możliwość bacznej rejestracji i skrupulatnego łączenia – jakaś drobnostka, iskierka, która po dłuższym namyśle gorączkowo zapłonie, rozjaśniając (niekoniecznie wyjaśniając, bo bywa, że powody są potwornie niewytłumaczalne) całą tajemnicę z piekła rodem. Nie ma nadludzi i nie istnieje logiczno-moralne wyjaśnienie zbrodni popełnionej w imię jakichś urojonych wartości wyższych – no chyba, że… z uzasadnionej  zemsty za skrzywdzenie niewinnego, z żalu rozdzierającego, że ktoś tak bestialsko uczynił, że się posunął do tego, że miał odwagę i czelność, bo barbarzyńcą jest, katem obrzydliwym z odrażającym półuśmieszkiem, draniem wyrzekającym się sumienia, a takich tu nie potrzeba, bez takich lepiej, i jeszcze kiedy to się rozkłada na kilku unieszczęśliwionych, to wtedy jakoś tak łatwiej wszystko udźwignąć, bo tak każdy po troszeczku, więc nie ma jednego konkretnego obarczonego grzechem ciężkim, można wzajemnie na siebie palcem wskazywać i jakoś z tym żyć…

…stwierdziłam sobie w niedzielę wieczorem, kiedy to wracałam z kina zatłoczonymi alejkami katowickiej galerii (bo Black Friday; ale dzięki temu w księgarni „Mole Mole” nabyłam za pół ceny „W głębi lasu” Harlana Cobena i „Duchy Jeremiego” Roberta Rienta), co wewnętrznie doprowadzało mnie do szału (do tego stopnia, że odstąpiłam od wypicia planowanej sezonowej herbatki; podelektowaliśmy się sypanym Kompotem Wigilijnym z Biofixu, czując mieszankę jabłka, gruszki, śliwki, miodu, cynamonu i goździków, w domowym zaciszu, SAMI SOBIE, bez nikogo za ramieniem ani obok, najlepiej; poza tym, że stłukłam przykrywkę do jednego z kubeczków, a przecież z tłuczenia słynie moja mama – ja jestem od przypalania), mimo że również ten tłum tworzyłam – podobnie stwierdził wybitny detektyw w filmie ”Morderstwo w Orient Expressie” w reż. Kennetha Branagha, który powstał w oparciu o powieść Agaty Christie, wszakże jej tutaj w ogóle nikomu przedstawiać nie trzeba, bo królowa.

Ja patrzę na tę ekranizację z perspektywy osoby, która nie oglądała ponoć tej lepszej wersji z 1974 roku w reżyserii Sidneya Lumeta, z Albertem Finneyem w roli głównej, w efekcie nie mam porównania, więc moja ocena może się odnosić wyłącznie do tej produkcji – mam więc czystą kartę do zapisania.

Akcja kryminału rozpoczyna się w Syrii, gdzie trochę dandysowaty, cudaczny, przyzwyczajony do luksusu i dobrego jedzenia (zwłaszcza słodkich ciastek), sfiksowany na punkcie własnych, zachodzących na policzki, podwiniętych do góry wąsów oraz symetrii (nawet w zwierzęce wydaliny musi wdepnąć równo), ale niezwykle inteligentny belgijski detektyw Hercules Poirot (Kenneth Branagh) właśnie z sukcesem zakończył kolejną misję, w związku z tym postanawia zrobić sobie krótkie wakacje w Stambule, jednak po odczytaniu depeszy o spodziewanym, lecz szybszym niż podejrzewał obrocie w sprawie Kassnera, z pomocą (bo pociąg jest nienaturalnie przepełniony) zaprzyjaźnionego dyrektora Compaigne Internationale des Wagon Lits Bouca (Tom Bateman) wsiada do wielce ekskluzywnego pociągu Orient Express, by odbyć 3-dniową ekspedycję przez Europę, w towarzystwie konduktora wagonowego Pierra Michela (Marwan Kenzari) oraz 12 ludzi w rożnym wieku, o odmiennych pozycjach społecznych tudzież narodowościowych, i ostatecznie wysiąść w Londynie. W trakcie podróży zaczepia go pewien amerykański bogacz (już na pierwszy rzut oka wydaje  się bestialski, fałszywy i wrogi) Edward Ratchett (Johnny Depp) i składa natarczywą propozycję ochrony, bowiem jego nieuczciwe interesy doprowadziły do tego, że zaczął otrzymywać anonimowe pogróżki, stąd zwyczajnie boi się o swoje życie. Niewzruszony tym faktem detektyw z miejsca odmawia, wyjaśniając, że po pierwsze ma na tyle dużo pieniędzy, iż wybiera jedynie interesujące go sprawy, a po drugie nie podoba mu się chytra, wzbudzająca przerażające napięcie twarz milionera. Po tym zajściu, nocą, między Vincovi a Brodem  pociąg wjeżdża w zaspy, do tego zostają odnalezione zmasakrowane zwłoki Ratchetta. Poproszony przez obsługę Hercules postanawia wszcząć śledztwo, przypuszczając, że sprawcą jest ktoś z podróżujących, ponieważ drzwi do innych przedziałów były zamknięte, a śnieżne kopce skutecznie uniemożliwiły zbrodniarzowi ucieczkę, toteż podejrzany jest: sekretarz ofiary Hector MacQueen (Josh Gad), jego kamerdyner Edward Henry Masterman (Derek Jacobi), guwernantka Mary Bebenham (Daisy Ridley), czarnoskóry lekarz Arbuthnot (Leslie Odom Jr.), Księżna Dragomiroff  (Judi Dench), jej służąca Hildegarde Schmidt (Olivia Colman)Hrabia Rudolph Andrenyi (Sergei Polunin), jego żona Hrabina Helena Andrenyi (Lucy Boynton), misjonarka Pilar Estravados (Penélope Cruz), nauczycielka Caroline Hubbard (Michelle Pfeiffer), niemiecki uczony Gerhard Hardman (Willem Dafoe) i Biniamino Marquez (Manuel Garcia-Rulfo). Początkowo każdy posiada mocne alibi, aczkolwiek po odkryciu, iż Ratchett w rzeczywistości nazywał się Casetti i był poszukiwany w głośnej sprawie Armstrongów za kierowanie szajką, która porwała i zamordowała ich małą córkę Daisy sytuacja ulega zmianie, ponieważ na podstawie przesłuchań i dostrzeżonych detali śledczy odkrywa, że wszyscy byli w jakimś stopniu spokrewnieni z tą rodziną, a dokonana zbrodnia to zbiorowa zemsta: razem uknuli intrygę, by wykupić miejsca w przedziale, którym jechał Ratchett i sprawiając wrażenie jakby byli sobie obcy wymierzyć sprawiedliwość – każdy po jednym ciosie – potem utrzymywać, że widzieli uciekającego sprawcę. Cały spisek zaczął się zaburzać z chwilą gdy do przedziału niespodziewanie dosiadł się Hercules, a pociąg utknął w zaspach, wtedy też postanowili wzajemnie się chronić, jednak detektyw okazał się bardziej spostrzegawczy niż założyli. Nieoczekiwanie Hercules, poruszony ich solidarnością i jakoby rozumiejący motywy tej zbrodni, postanawia przekazać policji informację o nieznanym sprawcy, któremu udało się zbiec z pociągu.

Moim zdaniem film jest fajny (czyli nie odbiera oddechu z zachwytu, ale też nie zanudza), chociaż wraz z rozwojem akcji można się domyślić, że wszyscy są wmieszani w zbrodnię – tylko dla tych co nie czytali wcześniej akurat tej książki (czyli na przykład ja) przyczyna jest nieokreślona. Tym, co szczególnie mnie urzekło jest scenografia: dbałość o detale, oddanie klimatu przepychu wnętrz, widok zaśnieżonych krajobrazów, gdy pociąg, gwiżdżąc parą, samotnie wśród nich stukocze, no i sam fakt znakomitej obsady, pomiędzy którą niestety nie poczułam swoistej wspólnoty; było przykładnie, ale nie z napięciem. Najbardziej podobała mi się postać zagrana przez Michelle Pfeiffer, a najmniej sam detektyw, który został wykreowany na drętwego, niezbyt sympatycznego, przesadnie rozgadanego zuchwalca. Zabrakło mi też dramatyzmu śledztwa, które zostało jakoś tak pobieżnie i chaotycznie przeprowadzone; jest chyba trochę zbyt poważnie, brakuje tej specyficznej ironii, ale dobrze się to wszystko ogląda, nie mam poczucia, że straciłam czas – ot taki paradoks ;)

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/61/14/746114/7805251.6.jpg

źródło ilustracji: https://d-tm.ppstatic.pl/8b/1e/1c4419f312f6fca0c499d27e65a5.1000.jpg

źródło ilustracji: https://i.ytimg.com/vi/GOyb5BiyNKQ/maxresdefault.jpg

źródło ilustracji: http://www.ponapisach.pl/wp-content/uploads/2017/11/Morderstwo-w-Orient-Expressie-2017-5.jpg

źródło ilustracji: https://www.metro.us/sites/default/files/main/articles/2017/06/01/murder_on_the_orient_express.jpg

źródło ilustracji: https://media1.popsugar-assets.com/files/thumbor/E4qIdzMge1J36PZSUJ4dq_K06wU/fit-in/1024×1024/filters:format_auto-!!-:strip_icc-!!-/2017/10/18/992/n/1922283/f47d645459e7da7b7dd3c9.55366444_edit_img_image_42214379_1506815705_15083669418442/i/Books-Being-Made-Movies-2017.jpg

źródło ilustracji: https://www.buro247.ru/thumb/625x1250_0/images/2017/10/nina_rasiuk/pene_krys_main.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Skomentuj

A na dzisiejszy podwieczorek: krucho-drożdżowe rogaliki z morelową marmoladą, białą czekoladą i płatkami migdałowymi

Ponoć dzisiejszy dzień jest takim mało przyjemnym przecinkiem pod względem pogodowym – mam nadzieję, bo czuję się po prostu fatalnie; ciśnienie tak bardzo mi skacze, że osiągam wyniki jak stara babka z zaawansowaną miażdżycą (a jest to potworne uczucie, bo przeważnie mam tak niskie, że ledwo chodzę). Muszę więc oderwać swój chory umysł sumiennie wspierany rozdygotanymi nerwami i udać się do kina na co prawda nie lukrowaną komedię romantyczną, lecz na film kryminalny – chodzi oczywiście o „Morderstwo w Orient Expressie” – który mam nadzieję odpowiednio zaangażuje moją psychiczną głowę do rozwiązania zagadki, w efekcie przestanę się choć na chwilę osobiście mentalnie katować.

Dla spotęgowania wątpliwego u mnie relaksu myślowego sięgnęłam również po coś, po co w zasadzie sięgać mi się nie zdarza, mianowicie znany, już dawno nawet zekranizowany meksykański melodramat „Przepiórki w płatkach róży” Laury Esquivel – zobaczymy co z tego wyjdzie.

Ja więc czytam i idę do kina (niestety przez wzgląd na to haniebne ciśnienie muszę sobie darować kawkę i zastąpić ją kawiarnianą sezonową herbatą), a tutaj podaję propozycję na przepyszny podwieczorek, naprawdę przepyszny: krucho-drożdżowe rogaliki (to ciasto jest najlepsze na świecie – tak dobre, że nadzieję nim chyba wszystko co się da: elastyczne, szybciutko się wyrabia, wałkuje, wycina, idealnie formuje i skleja, a ponieważ jest krucho-drożdżowe to nie wymaga wyrastania, czyli wystarczy około godziny i na tacy ląduje masa cieplutkich, smakujących masłem i drożdżami, złocistych rogalików) nadziane soczystą morelową marmoladą (niestety nie miałam twardej marmolady, toteż posmarowałam je konfiturą, jednak ta okazała się zbyt rzadka, w konsekwencji z połowy wypłynęła na zewnątrz. Wniosek jest następujący: trzeba bezdyskusyjnie nadziać twardą marmoladą), zaś z wierzchu posmarowane słodziutką białą czekoladą i oprószone płatkami migdałowymi – no genialne!

Przepis na krucho-drożdżowe rogaliki z morelową marmoladą, białą czekoladą i płatkami migdałowymi (mi wyszło 40 sztuk) (Przepis pochodzi z bloga: http://cukierenkaklementynki.blogspot.com/ )

Składniki:

  • 4 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 250 g masła
  • 50 g drożdży
  • 2 łyżki cukru
  • 0,5 szklanki gęstej, kwaśnej śmietany 18%
  • 1 jajko

Dodatkowo:

  • twarda morelowa marmolada 
  • 1 roztrzepane jajko
  • 100 g białej czekolady
  • płatki migdałowe

Sposób przygotowania:

Drożdże rozkruszyć i wymieszać ze śmietaną oraz cukrem – odstawić pod przykryciem na 10 minut. Po upływie tego czasu rozczyn wymieszać z mąką, posiekanym masłem i jajkiem. Następnie zagnieść ciasto, podzielić na 5 równych części, każdą z nich rozwałkować i wyciąć okrąg. Powstały okrąg poprzecinać nożem na 8 trójkątów, na każdy wyłożyć łyżkę twardej morelowej marmolady i zwinąć podstawą do węższego końca, potem skleić rogi i uformować rogalika.

Rogaliki posmarować roztrzepanym jajkiem.

Piec około 12-15 minut, w temperaturze 200°C (aż się zarumienią).

Wyjąć. Oblać z wierzchu rozpuszczoną w kąpieli wodnej białą czekoladą i oprószyć płatkami migdałowymi.

Opublikowano Przepisy, Rogaliki, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Domowe batoniki Bounty

Od zawsze wychodzę z założenia, że to, co wykona się samodzielnie jest nie tylko sprawdzone, bo człowiek po prostu wie co tam sobie wymiesza, ale również znacznie smaczniejsze, stąd często szukam domowych alternatyw dla sklepowych przysmaków.

Dzisiaj są to popularne batoniki Bounty, które autentycznie są w smaku lepsze (i większe) niż te wyciągnięte z błękitnego papierka z palmą: w środku kremowe, wilgotne, intensywnie kokosowe, a z zewnątrz oblane przyjemnie trzaskającą mleczną czekoladą.

No po prostu pyszne, a do tego wykonane błyskawicznie i w hurtowej ilości! :)

Przepis na domowe batoniki Bounty (10 sztuk) (Przepis autorski)

Składniki:

Masa kokosowa:

  • 400 g gęstego mleka kokosowego
  • 1/4 szklanki mleka (do rozrobienia budyniu)
  • 200 g wiórków kokosowych
  • 2 tabliczki białej czekolady
  • 1 duże opakowania budyniu śmietankowego
  • 1/4 szklanki cukru
  • 1 opakowanie cukru waniliowego
  • 1 płaska łyżka masła

Dodatkowo:

  • 300 g mlecznej czekolady

Sposób przygotowania:

Gęste mleko kokosowe zagotować z cukrem oraz cukrem waniliowym, po czym dodać wiórki kokosowe oraz masło – wymieszać. Budyń rozpuścić w 1/4 szklanki mleka – wlać do masy kokosowej – wymieszać. Na samym końcu dodać połamaną na kostki białą czekoladę – mieszać aż do rozpuszczenia – schłodzić w lodówce przez około 1,5h.

Po upływie wskazanego czasu z masy uformować półokrągłe, podłużne (ale nie za długie) batoniki (na wzór tych sklepowych) i przy pomocy łyżki albo pędzelka posmarować je rozpuszczoną w kąpieli wodnej mleczną czekoladą, pomijając spód – wstawić do lodówki do momentu aż czekolada stwardnieje, potem jeszcze posmarować czekoladą spód i ponownie wstawić do lodówki do całkowitego zestalenia.

Opublikowano Batonikowo - pralinowe wypieki | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Zbrodnie o zapachu pierniczków, czyli „Piernikowe makabreski” autorstwa Joanne Fluke, Laury Levine oraz Leslie Meier + przepis z książki na najlepsze maślane ciasteczka Hanny

Zapach świeżo zmielonej kawy, odrobinę wilgotnej ziemi dopiero co strząśniętej z wydobytego z pola ziemniaka, benzyny wlewanej do baku, wdzierającej na stacji przez okienną szczelinę, nieodkrytego, wiekowego strychu tłoczącego w wielkich skrzyniach i szklanych słojach dziwne historie, jeszcze ciepłego druku nowej książki lub pożółkłych stronic tej z antykwariatu, ściekającego z płonącej świeczki wosku czy emocjonującej tajemnicy, której nie zna nikt zupełnie zawsze należały do moich ulubionych – mogłam się nimi odurzać i wtedy albo czas stawał w miejscu, odgradzając mnie od świata szklanym kloszem, albo wręcz przeciwnie, nie mające ze sobą absolutnie nic wspólnego strzępy mojego życia przelatywały przed smutno zamyślonymi oczami. Mam tak do tej pory. Do tej pory też nie potrafię wyrzucić ze świadomość informacji czym jest piżmo i jak się je pozyskuje, bo nieodwracalnie upajają mnie perfumy z jego domieszką w składzie.

A jak już jestem przy perfumach to przypomniało mi się jak pod koniec podstawówki i na początku gimnazjum chadzałam do „Rossmanna” i ukradkiem tudzież nieskromnie, bo darmowo wylewałam na siebie hektolitry nieznanych wonności; nie mając pojęcia o nutach, tonacjach zapachowych nonsensownie łączyłam to, co po pierwszym pociągnięciu nosem uznałam za pięknie słuszne. Potem, roztaczając tak bukiet bezwzględny, wychodziłam na ulicę, by dezorientować przechodniów nie tyle osobliwą mieszaniną, co faktem pachnięcia mężczyzną, bo muszę doprecyzować, że przeważnie spryskiwałam się… męskimi perfumami – tak właśnie, męskimi, bo te podobały mi się najbardziej (z tego miejsca pozdrawiam serdecznie częstochowski „Rossmann” na rogu I Alei; ten, który mija się idąc do Domu Handlowego „SEKA”).

A teraz jest okres przedświąteczny, więc w drogeriach znowu wzmożone rozpylanie. Wzmożony również w pasażach handlowych i mieszkaniach aromat pomarańczy, orzechów, likierów, przypraw korzennych i pierniczków, bowiem nadchodzą jedne z najbardziej lubianych i nielubianych, często niepotrzebnie stresujących, bo nadmiernie wydumanych świąt – Święta Bożego Narodzenia.

Rozsiadam się zatem w wygodnym fotelu, w głaszczącej moje ramię ciszy. Obok Ofelia zwinięta w psią kuleczkę, a po chwili i pakująca swoje kudłate ciałko Klara; wszak nie może być tak, że któraś bliżej mnie w pojedynkę – ALBO RAZEM, ALBO WCALE, a że razem na tak małej przestrzeni niekomfortowo to trzeba przenieść się na kanapę – mus to mus, ale nie da się ukryć, iż bardzo wygodny mus:

Na zewnątrz wieczorna mgła rozsnuwa się po osiedlowych ławkach i zamarzniętych trawach, koty rezygnują z nocnych wędrówek na rzecz drzemki przy gorącym piecu, ja wciągam nosem balsam pierniczkowego ciasta najeżonego bakaliami, które dojrzewa sobie spokojnie już od kilku dni przykryte lnianą ściereczką, biorę łyk przyjemnie gorącej kawy i rozczytuję w świątecznych opowiadaniach kryminalno-sensacyjnych Joanne Fluke, Laury Levine oraz Leslie Meier zebranych w książce „Piernikowe makabreski”, gdzie właśnie, pomimo ludzkiego okrucieństwa i tak przewijają się pierniczki, bo co one temu winne, że świat przez człowieka zły? Są przecież święta, a w święta pierniczków zabraknąć nie może; co innego serca – serca brakuje zbyt często, ale cóż: sami sobie.

W pierwszym opowiadaniu, a więc w „Pierniczkowych makabreskach” Joanne Fluke mieszkająca w Minnesocie, w Lake Eden rudowłosa, samotna, ale posiadająca kocura o imieniu Mosze właścicielka piekarni i cukierni „Ciasteczkowa Dolina” Hanna Swensen, będąca dodatkowo członkiem zarządu wspólnoty lokatorów wybiera się do mieszkania rozwodnika, jednocześnie niedawnego zwycięscy w totolotka Erniego Kusaka (po 21 latach rozwiódł się z Lorną) z prośbą, by ściszył hałaśliwą muzykę świąteczną oraz wyłączył dekorację złożoną z oślepiających świateł laserowych, lecz gdy przekracza próg kuchni znajduje go martwego, przyciśniętego otwartą lodówką, spod której wypływa krew, a wokoło są pokruszone ciasteczka. Wtedy też, wraz z gliniarzem Mikiem Kingstonem i pracującym w klinice dentystycznej Normanem Rhodesem rozpoczyna prywatne śledztwo. 

W tym oto opowiadaniu znajduje się pełno dokładnie opisanych przepisów na:

pierniczki

ulubiony mus czekoladowy Hanny

podwójne ciasteczka czekoladowe

sportowe hamburgery

chrupiącą sałatkę warzywną

fasolkę na gorąco

kokosowo-żurawinowe żujki lub kokosowe żujki z wiórkami czekoladowymi

magiczne karmeladki

ciągutki krasnoludki

TNMB (To Nie Może Być) ciasto owocowe

najlepsze ciasteczka maślane Hanny

W drugim opowiadania, czyli w „Czy pierniczki mogą być bezpieczne?” Laury Levine homoseksualna twórczyni reklam telewizyjnych Jaine Austin leci z Los Angeles w towarzystwie złośliwego kota Prozaca wprost na Florydę, do Tampa Vistas, by wspólnie z dość ekscentrycznymi rodzicami, a więc ubierającą kiczowato, bardzo emocjonalną matką Klaudią i upartym, rozmiłowanym w telezakupach, określającym córkę pieszczotliwie „małą Smerfetką” ojcem Hankiem, spędzić Święta Bożego Narodzenia. Okres ten okraszony wizją obiadu u ciotki Klary i wuja Eda wydaje się być potwornie nudny, jednak akcja gwałtownie nabiera tempa, gdy udają się na beznadziejną świąteczną sztukę o nagle ożywającym pierniczkowym ludziku, który pomaga starej kobiecie odnaleźć szczęście, zatytułowanym „Pierniczek, który uratował Gwiazdkę” napisaną przez na co dzień robiącą na drutach narzuty tudzież pokrowce na imbryki, należącą do Stowarzyszenia Emerytów w Teatrze Społecznym, Ednę Lindstrom, która w roli imbirowego ciasteczka obsadza podstarzałego chirurga plastycznego, będącego równocześnie jej narzeczonym. Niestety Preston McCay okazuje się niesamowitym babiarzem, kręcącym na boku także z „imponująco grubą” Glorią Di Nardo, wyniosłą blondynką Laurette Kendall oraz ponętną instruktorką wodnego aerobiku Ginny. I kiedy u kobiet rozpacz zaczyna prześcigać się z nienawiścią amantowi w trakcie spektaklu pęka lina i upadając na scenę skręca kark, w efekcie umiera. A na pytanie: kto jest zabójcą? Czy to któraś ze skrzywdzonych dam, czy poniżony uchodźca z Kuby Raymond, czy może jeszcze ktoś inny stara się odpowiedzieć znużona przedświąteczną atmosferą, co raz zajadająca słodkie ciągutki Jaine Austin (i w ślad za nią podążający, troskliwy tatunio).

W trzecim, ostatnim opowiadaniu „Rewolwer i stare pierniczki” Leslie Meier żona stolarza, renowatora Billa, matka licealistki Sary, gimnazjalistki Zoe, wiodącego szczęśliwe małżeńskie życie z MollyToby’ego i Elizabet (pracuje w Palm Beach, w eleganckim Hotelu „Cavenolish”), babcia 2-letniego Patricka, dodatkowo reporterka i publicystka lokalnego tygodnika „Skarbonka” nie przepada za świątecznymi przygotowaniami, bo bez tego i tak ma zbyt napięty grafik, stąd podziwia zapał pozostałych kobiet, które są miłosiernie oddane sprzątaniu, pakowaniu, zdobieniu, pieczeniu, ubieraniu choinki, gotowaniu i kupowaniu. A gdy w tym całym szale dociera do niej nadana przez radio informacja o porwaniu sprzed nieczynnego Oceanarium, przez rzekomo postawną, ciemnoskórą kobietę w pikowanej bordowej kurtce, w szarej hondzie CR-V, uroczego 4-letniego Nemo – synka ogolonej na łyso, z furą kolczyków oraz tatuaży Ocean Anderson - usilnie postanawia go odszukać. Niestety sytuacja komplikuje się, gdy podczas spaceru z psem nad Jagodową Sadzawkę natrafia na otwarty samochód, a w nim znajduje ciało Ricka (obecny ojciec chłopca), nadgryzionego piernika, którego sama podarowała chłopcu oraz do połowy wypitą gorącą czekoladę…

„Pierniczkowe makabreski”, mimo pojawiających się zbrodni, są naprawdę przyjemne  w odbiorze, i nawet te 436 stron, co prawa wydrukowanych dużą czcionką, czyta się migiem, a to za sprawą pozytywnej, serdecznej kreacji głównych bohaterek i lekkiego pióra autorek, które darowały sobie głęboką psychologizację czy zawiłe intrygi (zagadki są dość łatwe do rozwiązania) – zamiast tego czytelnik otrzymuje przytulną świąteczną atmosferę oraz dobre poczucie humoru, które umili ten ponury, jesienny czas.

To taka książka od kobiet dla kobiet ;)

Zaintrygowana podanymi w książce przepisami postanowiłam wypróbować chociaż jeden, by przekonać się czy one są tak dla picu, czy faktycznie coś z nich wyjdzie. Zdecydowałam się na tak wychwalane w treści najlepsze maślane ciasteczka Hanny. Ponieważ nie posiadałam w domu maślanych wiórków, a nie chciało mi się trzeć masła na tarce, zgodnie z zaleceniami autorki dodałam podwojoną ilość wiórków z białej czekolady i myślę, że to była dobra decyzja, bo nawet ze zmniejszoną ilością masła ciastka w trakcie pieczenia bardzo się rozlewają, naprawdę bardzo, niezależnie od wielkości uformowanych kulek, co przyznam trochę mnie zdenerwowało. Wybrnęłam z tego tak, że z tych nieładnie rozlanych wycięłam foremką ładne maślane kwiatuszki, a wierzch przyozdobiłam białą czekoladą i solonymi orzeszkami arachidowymi. Koniec końców wyszły pyszne: malutkie, tak na jeden kęs, niewysokie, intensywnie maślane, z wyczuwalnym smakiem białej czekolady, orzechów nerkowca oraz ziemnych ;)

Przepis na najlepsze maślane ciasteczka Hanny (z pierwszego opowiadania):

Składniki:

  • 3 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 3/4 szklanki białego cukru
  • 3/4 szklanki brązowego cukru
  • 170 g masła (miękkiego)
  • 170 g waniliowego serka homogenizowanego
  • 2 duże jajka
  • 510 g wiórków z białej czekolady (albo 170 g wiórków maślanych + 170 g wiórków z białej czekolady)
  • 1,5 szklanki solonych orzechów nerkowca (posiekanych)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki aromatu waniliowego

Dodatkowo:

  • 100 g białej czekolady
  • prażone, solone orzeszki arachidowe

Sposób przygotowania:

Masło utrzeć na puch, potem dodać biały i brązowy cukier oraz waniliowy serek homogenizowany. Następnie wlać aromat waniliowy i wsypać sodę oczyszczoną – wymieszać. Do powstałej masy, kolejno, jedno po drugim, cały czas miksując, wbić jajka.  Dalej wsypać mąkę – połączyć. Na sam koniec delikatnie wmieszać wiórki z białej czekolady oraz posiekane orzechy nerkowca.

Przy użyciu łyżeczki nabierać nieduże porcje ciasta i układać w sporych odległościach od siebie na blaszce wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia.

Piec około 8-10 minut ,w temperaturze 160°C

Wyjąć. Wystudzić. Z wierzchu ozdobić rozpuszczoną w kąpieli wodnej białą czekoladą i prażonymi, solonymi orzeszkami arachidowymi.

Opublikowano Ciasteczka, Literatura, Przepisy, Wszystkie wpisy | Skomentuj

„Myślałem, że zagranicą będę się wreszcie czuć człowiekiem, nie tylko Polakiem”, czyli o pracy na obczyźnie, typowej wigilii, nałogach, wyrzutach sumienia i braterskim konflikcie w filmie „Cicha noc” w reż. Piotra Domalewskiego

Nigdy nie lubiłam śpiewać (wyjątek stanowiły jakieś epizodyczne wygłupy z koleżankami, kiedy to wrzeszczałyśmy ogłuszająco jakieś kiczowate utwory w samym środku miasta albo  na koloniach, na kolei linowej), co potrafiło uwidaczniać się tym, że nawet odmawiałam samodzielnego odśpiewania piosenki na lekcji muzyki (jak kiedyś zanuciłam „Jadą wozy kolorowe”, to zrobiłam to niemalże bezdźwięcznie; w zasadzie ledwo usłyszał mnie sam nauczyciel, obok którego stałam, bo zagłuszyły mnie jego organki, w efekcie otrzymałam satysfakcjonujące 4-) – sama nie wiem czy bardziej się krępowałam czy wkurzałam, że ktoś mi nakazuje, a ja zwyczajnie tego nie lubię, ale myślę, że zapewne i jedno i drugie po trochu. I mogę zapewnić, że do dnia dzisiejszego nie ujrzy się mnie radośnie śpiewającej, co ja piszę: W OGÓLE ŚPIEWAJĄCEJ; i nie ma znaczenia czy jest to „Sto lat, sto lat” przed zdmuchnięciem przez solenizanta świeczek tkwiących w urodzinowym torcie czy „Przybieżeli do Betlejem pasterze” w trakcie wigilijnej kolacji (odstępstwem od prywatnej reguły było kolędowanie na blokowiskach, co muszę przyznać stanowiło dla mnie fajną zabawę – naturalnie byłam przebrana za diabła) – nie zaśpiewam, a okoliczności nie mają tu żadnego znaczenia (podobnie mam z przebieganiem przez ulicę lub podbiegnięciem do autobusu – nie podbiegnę; mogę się spóźnić, może mi odjechać sprzed nosa, to sobie zwyczajnie pojadę następnym, mogę czekać milion godzin po drugiej stronie ulicy, aż zaświeci pustkami, ale: NIE PODBIEGNĘ). Wbrew temu wszystkiemu uważam, że istnieje wiele pięknych kolęd i świątecznych piosenek, więc nie zaśpiewam, ale chętnie posłucham, gdzieś snując zaśnieżonymi (choć podobno zima w tym roku ma był łagodna – tak mówią), tajemnymi, migoczącymi od kolorowych lampek uliczkami czy skulona pod kocem opodal niedużej choinki, w domowym zaciszu, sącząc najlepszy z bożonarodzeniowych potraw susz.

I choć co prawda akurat za „Cichą nocą” szczególnie nie przepadam, to „Cicha noc” w reż. Piotra Domalewskiego, na której byliśmy w niedzielny wieczór, poprzedzając seans wybitną kawą piernikową oraz białą czekoladą z zimowej oferty „Starbucksa”

bardzo, baaardzo przypadła mi do gustu – zwłaszcza dlatego, że jest taka autentyczna, taka zza okna, taka wyjęta z ludzkiego życiorysu, bo nie brakuje tu świątecznej krzątaniny, chaosu, urazów, krzyków, przekleństw, intryg, sączących się ran, przytyków, niestabilnych relacji, nieautentycznych uśmiechów na zdjęciach, „Kevina samego w domu”, powierzchownego traktowania tradycji, naganiania do stołu, bezmyślnego wydeklamowania często nieszczerych życzeń przy dzieleniu opłatkiem, odczytania-odklepania Ewangelii o narodzeniu Jezusa, obgadywania, knucia, podśmiewywania, zatajania, okłamywania, przyozdabiania skradzionego drzewka, sklejania pierogów, nalewania barszczu, rubasznych wujaszków (Adam Cywka), nagrzanych dziadków (Paweł Nowisz), przejętych oraz starających się nadać temu harmonię mam (Agnieszka Suchora), również rozładowujących napiętą atmosferę babć (Elżbieta Kępińska) tudzież towarzyszących im ciotek (Jowita Budnik), niewinnych najmłodszych (w roli pobrzękującej na skrzypeczkach Kasi Amelia Tyszkiewicz), zbuntowanych nastolatków [mam na myśli prowadzącego hodowlę marihuany Jacka (Mateusz Więcławek)] i dulczących z nosem w smartfonach nastolatek (Magdalena Żak jako Gośka), co skleja się na historię Adama (Dawid Ogrodnik), który przybył wprost z Holandii, by ten dzień spędzić z bliskimi. Jednak jego intencje nie są tak do końca czyste, bowiem nie o wspólny posiłek tutaj chodzi, nie o skąpanie w cieple domowego ogniska, lecz o sprzedanie chałupy seniora rodu, co umożliwi mu otworzenie własnego biznesu poza granicami kraju. Szkopuł polega na tym, że musi otrzymać zgodę: od mającego alkoholowy problem ojca (Arkadiusz Jakubik), który sam większość życia przepracował na emigracji, co przekreśliło zaangażowanie w rodzinną codzienność, wypełniając go ogromnymi wyrzutami sumienia, połączonymi z niedoszłymi aspiracjami oraz ciężarem świadomości braku odwagi, by sprowadzić tam żonę i dzieci, co miało swoje źródło w tym, że będąc na obczyźnie jeszcze bardziej czuł się Polakiem, a w swoim kraju, pomimo skrajnej nędzy, czuje się po prostu człowiekiem, od wykształconej, wszakże nie potrafiącej podjąć jakiejkolwiek rewolucyjnej decyzji siostry Jolki (Maria Dębska) [i chodzi tu zarówno o zmianę pracy, jak i pogonienie znęcającego nad nią męża Marcina (Tomasz Schuchardt); swoją drogą scena jak dostał porządny oklep i dla upozorowania upadku został upojony alkoholem była genialna] oraz od jakby pretensjonalnego, trochę zazdrosnego, jak później się okazuje romansującego z jego dziewczyną Aśką (Milena Staszuk) brata Pawła (Tomas Ziętek), który to planuje założyć tam warsztat samochodowy.

„Cicha noc” to taka mieszanina upokarzającej nędzy, lęków, narodowych kompleksów, problemu tożsamości i człowieczeństwa. To jednocześnie świąteczna opowieść o braku porozumienia, niespełnieniu, rodzinnych konfliktach, dramacie emigrantów oraz stwarzaniu pozorów – emocjonalna opowieść, która angażuje widza, bo pozwala mu się rozsiąść w rzeczywistości, która przecież tak naprawdę nie jest mu obca.

To naprawdę doskonały debiut, więc główna nagroda tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni jest jak najbardziej zasłużona.

źródło ilustracji: http://1.fwcdn.pl/po/03/09/790309/7804625.6.jpg

źródło ilustracji: http://paradoks.net.pl/read/33542-zlote-lwy-dla-cichej-nocy-film-debiutanta-zwyciezca-festiwalu-w-gdyni

źródło ilustracji: http://bi.gazeta.pl/im/f6/61/15/z22421238IER,-Cicha-noc-.jpg

źródło ilustracji: https://kulturalnemedia.pl/film/cicha-noc-pierwszy-zwiastun-juz-jest/

źródło ilustracji: http://culture.pl/sites/default/files/images/imported/film/filmy%20kadry%20i%20dvd/Cicha_noc_Piotr_Domalewski/full_cicha_noc_770.jpg

Opublikowano Film, Wszystkie wpisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Domowa chałka z wanilią i kruszonką

Rozpadało się listopadowym śniegiem; gęsto i intensywnie, tak bardzo, że przed oczami derealizuje się krajobraz – jest baśniowy, choć nie jak w krainie pięknej, lecz złowrogiej Królowej Śniegu.

Chłód podstępnie wkrada się pod ciepłe kurtki, pokazując, że w istocie ma je za nic, że się nie liczą i w tej potyczce nigdy nie wygrają; podobnie jak człowiek z koszmarnym Losem, który jak sobie zaplanuje, to realizuje bezpardonowo i nie wskórasz nic, nigdy.

Pachnie u mnie wampirzym kadzidełkiem i herbatą z hibiskusem, jabłkiem, papają, rodzynkami, czarną porzeczką, truskawką, maliną, płatkami słonecznika oraz bławatka o wdzięcznej nazwie „Wyspa marzeń” – lubię marzyć, ale marzenia zwiększają tęsknotę (nie mam tu na myśli stawiania sobie celów).

Pachnie jeszcze delikatnie ciastem drożdżowym, które w postaci słodkich drożdżówek z serem i właśnie chałki z wanilią i kruszonką gościły niedawno na moim stole.

Chałka jest obłędna: domowa, ogromna, smakowita, puszysta, delikatna, z wyczuwalnym smakiem masła oraz wanilii, no i co najważniejsze ze złocistą, chrupiącą kruszonką, którą ukradkiem podskubywało się w dzieciństwie, ale można zastąpić ją na przykład gruboziarnistą solą albo makiem.

Z poniższego przepisu można wykonać 1 dużą bądź 2 mniejsze; ja zdecydowałam się na dużą, ale ponieważ splatałam ją pierwszy raz (to w ogóle nie jest skomplikowane) to zrobiłam tak, jak sugeruje przepis, w efekcie wyszła ciut za długa (nawet się obawiałam, że w trakcie pieczenia wypłynie sobie poza blachę; na szczęście tak się nie stało) – następnym razem zamiast 4 wałeczków zroluję 7, wtedy też będę miała krótszą i trochę szerszą.

Polecam; na te rodzinne śniadania ;)

Przepis na chałkę z wanilią i kruszonką (1 duża sztuka lub 2 małe) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 3 i 1/4 szklanki mąki chlebowej (użyłam pszennej tortowej; dosypałam jakieś 0,5 garstki więcej, tak, by ciasto się nie kleiło)
  • 10 g suchych drożdży (lub 20 g świeżych, z których najpierw trzeba wykonać rozczyn)
  • 60 g cukru 
  • 16 g cukru waniliowego
  • 60 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)
  • 1 szklanka letniego mleka
  • 1 duże jajko
  • 0,5 łyżeczki soli

Kruszonka:

  • 0,5 szklanki mąki pszennej (tortowej)
  • 5 płaskich łyżek cukru
  • 10 g cukru z prawdziwą wanilią
  • 60 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)

Dodatkowo:

  • 1 jajko roztrzepane z 2 łyżkami mleka

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami (ze świeżych najpierw wykonać rozczyn). Dodać resztę składników i wyrobić ciasto tak, by stało się miękkie i elastyczne – uformować z niego kulę, włożyć do miski oprószonej mąką i odstawić w ciepłe miejsce pod przykryciem na 1,5 h.

Po upływie wskazanego czasu ciasto ponownie wyrobić, podzielić na 4 równe części, zrolować je w wałeczki i uformować chałkę (przeplata się od prawej do lewej strony, naprzemiennie; czwarty pod trzeci, trzeci nad drugi, drugi pod pierwszym i tak aż do skończenia ciasta) – TUTAJ filmik.

Chałkę ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką lub lnianym ręcznikiem i odstawić na 30 minut do ponownego wyrośnięcia.

Przed wstawieniem do piekarnika wierzch posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem i obsypać kruszonką (połączyć wszystkie składniki).

Piec około 30-35 minut, w temperaturze 175°C

Wyjąć. Wystudzić.

Opublikowano Drożdżowe, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj

Najlepsze drożdżówki z białym serem

Mam na blogu przepis na drożdżówki z cynamonem, wiśniami, malinami, jagodami, czekoladą, nawet z masą szampańską czy gruszkami i karmelem, ale brakowało tu jednych, podstawowych, może najważniejszych, bo nierozerwalnie kojarzących się z dzieciństwem, kiedy to nie było takiego wyboru jak obecnie, jednak to, co oferowała osiedlowa piekarnia lub nieduża cukierenka było znacznie lepsze, aromatyczne, pyszne tak bardzo, że smakowało nie tylko nadzienie, ale i każdy kęs puszystego ciasta, które co prawda nie było tym, jakie wypiekały babuleńki mieszkające na wsi, które korzystały z  mleka od odganiającej ogonem muchy na pobliskiej łące krówki, jajek od drepczących po podwórku kurek, mąki wprost od znanego młynarza i własnoręcznie ubitego masła – a mowa cały czas o drożdżówkach z serem: wyrośniętych, miękkich, w środku lekkich, a z wierzchu cudownie przypieczonych, słodkich, pachnących, ze znakomitym nadzieniem serowym, po prostu doskonałych na podwieczorek, deser albo drugie śniadanie, NAJLEPSZYCH ;)

Przepis na drożdżówki z białym serem (u mnie 10 sporych sztuk) (Przepis pochodzi z Moich Wypieków od Pani Doroty)

Składniki:

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej (tortowej)
  • 15 g suchych drożdży (lub 30 g świeżych, z których najpierw trzeba wykonać rozczyn)
  • 3 łyżki cukru
  • 75 g masła (roztopionego i lekko przestudzonego)
  • 250 ml mleka
  • 2 jajka
  • 0,5 łyżeczki soli

Masa serowa:

  • 400 g twarogu półtłustego lub tłustego (zmielonego dwukrotnie)
  • 1 żółtko
  • 4 łyżki masła (miękkiego)
  • 0,5 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżka cukru waniliowego

Dodatkowo:

  • 1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka

Sposób przygotowania:

Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami, dodać resztę składników, wyrobić ciasto, uformować w kulę i odstawić w misce oprószonej mąką pod przykryciem na 1,5 h.

W międzyczasie przygotować masę serową, łącząc i ucierając wszystkie składniki.

Następnie ciasto krótko wyrobić, podzielić na 10 równych części, uformować okrągłe bułeczki, ułożyć je na 2 blaszkach, wcześniej wyłożonych papierem do pieczenia, w sporych odległościach od siebie – pozostawić pod przykryciem na 30 minut.

Gdy bułeczki podwoją objętość, dnem szklanki wykonać w nich wgłębienia, przyciskając ją mocno, prawie do samej blaszki, a powstałe miejsce wypełnić serowym nadzieniem, a naokoło posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem.

Piec około 15 minut, w temperaturze 200°C

Wyjąć. Wystudzić.

Opublikowano Bułki słodkie, Przepisy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | Skomentuj